520 obserwujących
825 notek
2903k odsłony
  7301   0

Jeźdźcy tej no... Calipso!

A skoro już jesteśmy przy ekshumacjach, to muszę przyznać, że moje przeczucie graniczące z pewnością, że przy okazji ekshumacji świat może się wywrócić na nice, nie bierze się, ot tak, z powietrza. Otóż, zjawiska o charakterze niebywałym są zazwyczaj poprzedzane znakami. Każdy polityk partii pruskiej/ruskiej w Polsce winien ekshumacjami się cieszyć i ekscytować, bo te – przy założeniu prawdziwości tezy wypadkowo-brzozowej – kompromitują obóz patriotyczno-amerykański. „Po co” powinniśmy usłyszeć w styczniu Anno Domini 2017 „było wywlekać zwłoki naruszając  ich wieczny spokój, skoro ich badania tylko potwierdziły ustalenia prywatnych (MAK) i państwowych (KBWLLP) śledczych?”. Tylko, że tak nie będzie. Taki kismet.

To oczywiście może być doskonałym środkiem nacisku na Iwana, który – jak mam nadzieję wiemy – póki co nie odniósł się oficjalnie do wydarzeń z dnia 10 kwietnia 2010 i dni zbliżonych do tej daty. Iwan posiada co prawda stertę blach pomalowanych prawie że bliźniaczo porównując z malowaniami stosowanymi w statkach powietrznych lotnictwa państwowego Rzeczpospolitej, ale nie na tyle dobrze, żeby oddać, bo byłaby (po raz kolejny) poruta.

Ale zostawmy argumenty koronne na przyszły wpis zamykający sprawę smoleńską i przejdźmy do rzeczy lżejszej natury (takie czasy, że rzeczom na prawdę poważnym towarzyszą te mniej poważne). Od lat noszę w sobie takie swoiste poczucie winy. Otóż w wieku nastoletnim, z powodu ułomności czasów dorastania i potrzeby autoidentyfikacji w grupie, udawałem zainteresowanie tak zwaną muzyką popularną, a więc popowo-rockową. Od jakiegoś czasu odczuwam głęboką potrzebę ekspiacji właśnie z tego powodu. Szczególnie źle czuję się w związku z udawaniem fascynacji polską muzyką rockową, w nomenklaturze późno-komunistycznej zwaną „Muzyką Młodej Generacji”. Sprawa była natomiast prosta i grubymi nićmi szyta. W 1981 roku moda młodzieżowa była jednolita – moro. To strasznie wkurzało władze, bo w tym moro brakowało już tylko kałacha, a ponadto eLWuPe staczało się w odmęty jumy i z magazynów, w ramach wymiany na flaszkę, wyniesiono dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy, ubrań szturmowo-bojowych.

Jak się zepsuje samolot, wzywa się inżyniera, ale jak samolot nie chce z jakichś nieznanych powodów w ogóle latać, chociaż technicznie jest sprawny, wzywa się filozofów. I tak było i tym razem. PeeReL miał niezłych teoretyków od manipulacji masami i wymyślili rock’n’roll zatrudniając różnych klezmerów, dzieci nomenklatury, małopolskie prostytutki, etece... Zadziałało. To znaczy na mnie nie, ale udawałem z podanych powyżej powodów, że tak. A dlaczegóż nie? Przez mojego śp. Tatę. Otóż mój śp. Tato nie umiał zajmować się dziećmi poniżej dwudziestego roku życia (ani o polityce, ani o literaturze, ani się napić). Mną zajmowały się kobiety, ale raz na jakiś czas dochodziło do tego frustrującego dla obydwu stron momentu, kiedy to pozostawałem pod taty opieką. Po kilku minutach obustronnego, niewygodnego dla obu stron milczenia Tata podejmował decyzję o przerwaniu „Sound of silence” jakimś dobrym Prokofiewem, Brahmsem albo Szostakowiczem.

No i jako pięciolatek, po pięciu latach osłuchiwania się, mogłem odtworzyć sobie podczas spaceru, w pamięci, całego „Piotrusia i wilka” albo koncerty fortepianowe takich mistrzów jak wymienieni (że nie wypomnę zabrania mnie do Bułgarii na miesiąc w wieku lat dziesięciu, bez Niziurskiego i Nienackiego, za to ze „Stuleciem chirurgów” i „Na początku był wodór”, „Dzieci wszechświata” „Duch nie spadł z nieba” i „Nie z tego świata jesteśmy” Ditfurtha). Choćbym chciał, Hołdys mnie nie ruszał. To tyle spowiedzi. Generalnie, uważam całą tę muzyczną pop-kulturę za niezły numer filutów i lichwiarzy, i w związku z tym podejrzeniem miewam pomysły obrazoburcze (dla fanów). Dla przykładu kompletnie nie wierze w autorstwo większej części materiału muzycznego przypisywanego najsłynniejszemu boysbandowi XX wieku, a więc the Beatles. Moim zdaniem tym autorem (przynajmniej od płyty „Help!”) był zawodowy muzyk George Martin, co tłumaczy formę klasycznego walca angielskiego w „She’s Leaving Home” i wiele, wiele innych „klasycyzmów”. Umówmy się: chłopaki z Liverpoolu, z akcentem porównywalnym (przekładając na nasze lingwistyczne realia) z naszymi Hanysami (z całym szacunkiem) mogli w szóstym dziesięcioleciu dwudziestego wieku w Londynie na budowie robić, a nie płyty nagrywać.

A wracając jeszcze do „naszych” przekrętów w pop-kulturze, to nie wiem, czy państwo wiecie, ale nasze (to znaczy czterdziestolatków plus) wyobrażenie o brytyjskim rynku muzycznym z czasów naszej młodości miało (i częściowo ma) się nijak do samego rynku. Fascynowaliśmy (-ście, bo ja: „Piotruś i wilk”) różnymi boys- i girlsbandami „odkrytymi” dla nas przez smutnych prezenterów radiowych. Nie próbujcie, błagam, dopytywać Brytyjczyków o takich kolosów jak „Marillion”, „Nazareth”, „Saxon” czy „New Model Army” (ostatnie przesympatyczne), na które to kolosy wydawaliśmy kieszonkowe ( a ja miałem ciężej, bo udawałem, że mi się podoba). Nie słyszeli – co zrobić?

A na koniec – hit dnia świątecznego. Otóż zadzwoniła do mnie w niedzielę moja brytyjska parafia rzymskokatolicka z pytaniem, czy nie pomógłbym w opiece nad zorganizowanym właśnie w tym dniu... Halloween w przy-parafialnej świetlicy. Szczęśliwie zadzwonili na komórkowy, bo jeśli schwytaliby mnie domowo, to musiałbym się bardziej wysilić kłamiąc. A tak to powiedziałem, że aktualnie w Nowym Jorku na imieninach u cioci jestem. Mam nadzieję, ze dotarło. No czasy ostateczne!

 

Pozdrawiam

 

https://youtu.be/mD4w3nOAiY8

Lubię to! Skomentuj112 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale