3 obserwujących
551 notek
225k odsłon
  146   0

Triumf śmierci: Mystic Festiwal 2022 - Relacja


Szwedzi jednak nie poprzestają na hołubieniu jeno prymitywizmowi, pod koniec koncertu dowiedli wszem i wobec, że potrafią grać technicznie wyrafinowanie (w ramach death metalu rzecz jasna) zabłysnąć gdzieniegdzie naprawdę świetnymi partiami solowymi. Podsumowując dobrze rokująca załoga - swedeath metal w pięciu smakach.

Pierwotnie następny na liście miał być Napalm Death, doszło jednak do pewnych zmian w lineupie. Zastępstwo jedno z najbardziej godnych i oczywistych. Padło na weteranów z Liverpoolu, którzy mieli równie fundamentalny wpływ na ekstremę zarówno grindcorową jak i szeroko rozumiany Death Metal. Mowa oczywiście o…

Carcass (Park Stage)

Jeff Walker wyszedł w maseczce tak (jakby trzeba było o nich przypominać) oczywiście zgrywał się i po chwili ja zdjął. Komu, jak komu ale takie rekwizyty idealnie wpisują się w klimat patologii medycznej Carcass.

Już na wstępie stwierdzam, że był to bardziej udany koncert niż na poprzedniej edycji Mystic Festiwal, kiedy to Jeffowi dawało się we znaki znacznie ostrzejsze słoneczko – co nie znaczy, że trzy lata temu było niedobrze. Świadczy o tym rozbudowany set – żelazny repertuar został wzmocniony głównie kawałkami z ostatniego krążka.

Błyszczał gitarzysta Bill Steer, zdecydowanie w formie - żywy dowód na to, że nie trzeba wirtuozerii aby zachwycać. Siłą kunsztu Billa jest szczerość, która wyziera z pod jego palców pod czas jego znakomitych partii solowych. Zaczęto od „Exhume to Consume” z Symphonies of Sickness (1989), po czym przeskoczono do przełomowego dla Carcass krążka Heartwork (1993) przypominając o korzeniach melodyjno death’n’rollowej wolty, która trwa do dziś. W rolach głównych opus magnum tj. wspomniany wyżej czwarty spust, i dwa ostatnie poronienia Surgical Steel (2013) wraz z jeszcze parującą świeżynką Torn Arteries (2021) z okładką niebezpiecznie kojarzącą się z pewną płytą Kwasożłopów... w sumie im też zdarzyło się zerżnąć okładkę.

Przez to, że nowości nie wnoszą nic nowego, koncert był spójny brzmieniowo i widać i słychać, że to bezpieczne zabetonowanie w tym stylu służy całemu zespołowi i fanom zresztą też. Najżywiej reagowali na próbki pobrane z Heartwork (1993) z tytułowym na czele, który rzecz jasna pozostawiono na finał. Z chorych melodii, których obecność została doceniona przez wygłodniałe gremium wspomnieć należy o: „Genital Grinder”, który pierwotnie otwierał demo Flesh Ripping Sonic Torment (1987) i „Corporal Jigsore Quandary”, którego gorączkowo domagano się już podczas pierwszej połowy operacji. Jak widać Carcass przeleciał się po całym swoim niezdrowym dorobku, zahaczyli również o tytułowy numer z EPki Tools of the Trade (1992).

Jak na festiwalowe warunki zagrali naprawdę nabrzmiały set i nawet dysfunkcyjne nagłośnienie parkowej sceny nie zdołało zepsuć dobrego wrażenia. Świadczy o tym najlepiej stan darni - napoczęta przez publiczność Decapitated, została wystawiona na próbę szaleństwa fanów Carcass, którzy dosłownie dokonali jej anihilacji.

Heathen (Shrine Stage)

To przyznać muszę też gig, który nie był w mych planach festiwalowych i (o zgrozo) o mało a bym go przeoczył. Byłoby to sromotnym, niewybaczalnym błędem stracić szansę posłuchania weteranów amerykańskiego technicznego thrashu.
Chwała, że koncert odbył się w zamkniętym pomieszczeniu, dzięki temu kwestie nagłośnienia zostały uratowane. A było czego słuchać oj było! US do bólu ejtisowy techniczny thrash metal, podszyty epickością rozstrzelaną kapitalnymi pojedynkami na solówki Lee Altusa i Kyle’a Edissego (ponoć specjalnie przybył do nas z samej Kanady).

Umiarkowany gitarowy onanizm wszystko w granicach rozsądku wszak jednak to przede wszystkim thrash - a taki nic, a nic się nie starzeje. Czuć było autentycznego ducha lat 80. Heaten został świetnie przyjęty, choć publiczność musiała się rozkręcić – chyba, że Heathen skupił samych muzycznych analityków, do reszty zanurzonych w rozbieraniu technicznych niuansów na czynniki pierwsze.
Amerykanie ciśną swój czwarty krążek Empire of the Blind (2020), na którzy fani czekali dekadę – poważnie, fani grupy z San Fransisco nie mają lekko, średnio nowy album wychodzi raz na dziesięć lat… Grupa współtworzona przez Lee Altusa zaczęła od przedstawienia w warunkach bojowych próbki najnowszej twórczości.

Wystartowali „The Blight” i „Blood to Be Let”  i słusznie - bardzo mocne i reprezentatywne dla Heathen granie. Stopniowo cofnięto się o dekadę wystrzeliwując przeszywające „Arrows of Agony” z The Evoultion of Chaos (2010). Ostatecznie to na tych dwóch krążkach oparto w dużej mierze set, nieśmiało przemycając coś starszego jak „Goblin’s Blade” z debiutanckiego albumu. Nowemu materiałowi nic do zarzucenia nie mam ale jednak największe szaleństwo pod sceną wywołał szlagier „Dead by Hanging”. Ludziska ochoczo skandowali z Davidem:
Lubię to! Skomentuj5 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura