3 obserwujących
53 notki
45k odsłon
  294   0

Amerykańskie "piaskownice" na terytorium RP. Bazy wojskowe przynoszą Polsce straty

Polskie Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii wraz z firmą Poland – U.S. Operations Sp. z o.o. wydało niedawno przewodnik dla polskich przedsiębiorców pod znamiennym tytułem „Zostań dostawcą wojsk amerykańskich stacjonujących w Polsce”. Już wcześniej zresztą militarna obecność Amerykanów nad Wisłą miała oznaczać złote góry dla Polaków.

A jak jest faktycznie?

Nepotyzm u dostawców armii

Okazuje się, że większość przetargów wygrywają spółki bynajmniej nie krajowe, lecz te, które w obsłudze armii Stanów Zjednoczonych mają odpowiednie doświadczenie. Przede wszystkim zaś wiedzą, w jaki sposób podejść do przetargów. Bo – przypomnijmy – organizowane z myślą o istniejących już dziś dziewięciu bazach amerykańskich na naszym terytorium przetargi rozpisane są na podstawie amerykańskiego prawa o zamówieniach publicznych, które z polskim niekoniecznie ma wiele wspólnego.

Co ciekawe, obsługą i pilotowaniem większości inwestycji amerykańskich zajmuje się powstała w 2015 roku spółka z ograniczoną odpowiedzialnością zarejestrowana w Gdyni. Poland – U.S. Operations (PLUS Ops) założona została przez Ronalda Farkasa będącego do dziś jej udziałowcem. Farkas zapewne miał wykorzystać swoje kontakty i doświadczenie zawodowe w prowadzeniu biznesu nad Wisłą. Ten absolwent Akademii Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych, były wojskowy, w 2012 roku został oficerem ds. programów sił powietrznych w Biurze Współpracy Obronnej ambasady amerykańskiej w Warszawie. Z dyplomacji miękko przeszedł do prywatnego biznesu, co według standardów europejskich mogłoby budzić pewne wątpliwości.

Jego polskim wspólnikiem został szerzej nieznany absolwent zarządzania Paweł Bystrzejewski, a także trójmiejska spółka „Pol-Mare”, zajmująca się transportem i spedycją materiałów niebezpiecznych, w tym z przeznaczeniem dla wojska.

Ciekawostką jest to, że prezes Farkas wspiera jednocześnie wchodzi w skład organów statutowych Fundacji Świat Ludzkich (S)praw, zarejestrowanej w podwarszawskim Piasecznie i… popierającej na swoich profilach w mediach społecznościowych m.in. Strajk Kobiet.

Wwprowadzaniem polskiego biznesu do interesów z amerykańską armią ma się zajmować spółka byłego pracownika ambasady Stanów Zjednoczonych, wspierającego postulaty organizacji wyraźnie w sprawach obyczajowych i kulturowych występującej przeciwko stanowisku rządu polskiego.

Dowiadujemy się jednak, że współpraca z Amerykanami idzie jak po grudzie. Polskie firmy muszą legitymować się odpowiednim doświadczeniem, a najlepiej już wcześniejszą kooperacją z wojskowymi strukturami za oceanu. Wspominał o tym niedawno wiceminister rozwoju, pracy i technologii Robert Tomanek, który poinformował, że przewaga wykonawców i dostawców zagranicznych nad polskimi jest kilkukrotna. Właściwie trudno się dziwić: było to do przewidzenia. Pada jednak tym samym mit o kolejnym rodzaju korzyści, tym razem gospodarczych, jakie Polska miałaby uzyskać w wyniku stacjonowania na jej terytorium obcych wojsk.

Mówią o tym jednak wyjątkowo nieliczni spośród polskich polityków parlamentarnych.

Grzegorz Braun z Konfederacji zauważa, że sama obecność wojsk amerykańskich w Polsce jest równoznaczna z „okupacją i kolonizacją”. Podobnie negatywnie jej następstwa ocenia Janusz Korwin-Mikke. To wyjątki potwierdzające regułę. Pozostali albo milczą, albo wbrew elementarnym faktom, nadal podtrzymują narrację o wszechstronnych korzyściach z rozlokowania obcych sił zbrojnych w Polsce.

Warunki zaporowe dla polskich firm

Tymczasem zbliża się perspektywa kolejnych inwestycji armii amerykańskiej, z których pewnie część powstanie nie bez udziału polskiego podatnika. W Powidzu pod Poznaniem ma powstać kompleks dowodzenia brygadą pancerną, którego wartość ocenia się na 190 mln dolarów. W Żaganiu, Skwierzynie, Toruniu i Świętoszowie również planowane są nowe obiekty: od budynków koszarowych po infrastrukturę kolejową, magazyny i zbiorniki paliwowe. Mówi się także o nowych obiektach w Lublińcu i Łasku.

Co jednak musiałby zrobić polski dostawca czy wykonawca, żeby stanąć do przetargu? W praktyce warunki skonstruowane są w taki sposób, że rola podmiotów krajowych ograniczać się może wyłącznie do poziomu podwykonawcy/poddostawcy.

Spośród wielu z nich warto zwrócić uwagę na rolę ustawy „kupuj amerykańskie” (Buy American Act), która powoduje, że w wielu przypadkach konieczne do udziału w przetargu jest wykazanie, że co najmniej 50% danego produktu powstało w Stanach Zjednoczonych. Liczne są też innego rodzaju zastrzeżenia, np. te dotyczące zakazu zatrudnienia przez podmioty biorące udział w realizacji kontraktu cudzoziemców (zapomnieć można np. o zatrudnianiu obywateli Ukrainy do robót budowlanych), czy wreszcie – skomplikowane procedury uzyskania certyfikatu dostępu do amerykańskich informacji niejawnych dotyczących obiektów wojskowych.

Można chyba założyć, że żadnego boomu inwestycyjnego w związku z obecnością Amerykanów w Polsce nie będzie.

Zresztą, te proste usługi, które wykonywać będą na rzecz baz podmioty polskie (wyżywienie, wywóz śmieci i inne usługi komunalne) pokryte mają zostać z budżetu państwa polskiego, co kosztować ma ok. 500 mln złotych rocznie. Wygląda na to, że amerykański mit, jak zwykle, okaże się całkowitą iluzją.


Lubię to! Skomentuj12 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale