4 obserwujących
51 notek
6464 odsłony
  60   0

Przychylniej o dekadentyzmie

Dekadentyzm kojarzy się ze zgnilizną, zepsuciem, pogardą dla życia, a sam dekadent widziany jest jako osoba o tendencjach antyspołecznych, destrukcyjnych lub obojętnych na destrukcję. Spróbuję spojrzeć na ten ruch, popularny dzisiaj jeszcze bardziej niż kiedyś, z innej, przychylniejszej perspektywy. Kiedy Tetmajer i jemu podobni, chyba przede wszystkim zza francuskiej granicy, rozpoczynali mówić głośno o schyłku cywilizacyjnym, nie spodziewali się być może, że ówczesny dekadent przerodzi się w XXI wieku w doomera, albo po prostu nastolatka. Pisząc swoje przeraźliwie rozpaczliwe wiersze, wyrażali swoją tragedię w słowach wymienionego wyżej Tetmajera: „Co zostało nam, co wszystko wiemy, dla których żadna z dawnych wiar już nie wystarcza?”.

Dekadenci są przekonani, że postęp naukowy nie ma sensu, bo nie ma szans na realny pozytywny koniec, na osiągnięcie wszechwiedzy naukowej, która i tak w obliczu śmierci człowieka i wizji odległej anihilacji tego świata wydaje się nic nie zmieniać. Wszelkie filozofie, prądy myślowe, nie wystarczają, nie dają żadnego syntetycznego ujęcia rzeczywistości, które mogłoby usensownić egzystencję. Dekadencja jawi się więc nie jako wybór, jako najlepsza metoda życiowa, ale po prostu jako nieunikniona konieczność. Ten fatalizm jest dojmująco dołujący, bo jak każda predestynacja, wyklucza jakąkolwiek walkę, przygodę, choćby z siedmiogłowym smokiem. Schyłkowiec cywilizacji zachodniej nie wierzy już, że istnieje jakakolwiek nadzieja. Pała wstrętem do ludowej, infantylnej religijności katolickiej, uważając - jakże fatalnie niesłusznie - że w tym jest sedno chrześcijańskiej doktryny. Większość tych wynędzniałych z braku nadziei intelektualistów nie zadało sobie trudu, aby przeanalizować tak wielką doktrynę chrześcijańską, jak np. Wolter. Uznając ją za zaściankową i bystro patrząc na świeckie filozofie, konsekwentnie doszli do wniosku, że igraszką, i to wcale nie bogów, lecz wszechświata (tudzież przypadku) jest ludzki byt.

Chcę jednak stanąć w obronie dekadentów, wierząc, że ich wybryki przeciwko moralności, fabrykowane skandale i skandaliki były tylko agonalnym wyrazem rozpaczy spowodowanej pustką egzystencjalną. W ich wierszach jakaś siła pragnie mi zauważyć nadprzyrodzoną chęć zamieszkania w raju, w ciepłym domowym ognisku, tam, gdzie „jak u babci sad, w którym śliwy zakwitają”. Choćby nawet pisali o sztucznych, narkotycznych rajach i przekonywali o ich cudowności. Jasne, że nieraz dobrze byłoby, aby swoje kontrowersyjne poezje chowali do szuflady, a swój nihilizm skrywali na ulicy w kieszeni. Jednak rozumiem, jak bardzo dla nich przykra, jak okropna musiała być świadomość, że ich życie poety, nie będzie nigdy polegało na niesieniu kaganka światu, gdyż ostatnie światła zgasły już dawno przed ich narodzeniem. Ich zdaniem, jasna rzecz. Życie schyłkowców jest jednak oparte na błędnej frazie Rimbauda: „Nie­ste­ty, Ewan­ge­lia prze­mi­nę­ła”, podczas gdy ona cały czas uparcie ma się dobrze. Oby także dobrze miał się Rimbaud. I Baudelaire, Verlaine i inni przeklinani artyści.  

Lubię to! Skomentuj2 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale