8 obserwujących
10 notek
14k odsłon
  572   2

Jeden miesiąc, trzy kontynenty i dziesięć afer część II

Zestaw do obrony, fot. P. Jastrzębski
Zestaw do obrony, fot. P. Jastrzębski

W poprzednim odcinku opisałem Kaukaz i wyjazd z agencja prasową Press Tour, tym razem pora na Afrykę i posumowanie afer.

Po wylądowaniu w Bangui – stolicy Republiki Środkowoafrykańskiej, zakwaterowaliśmy się w przyzwoitym, wygodnym, ale niespecjalnie drogim i strzeżonym hotelu – było nas trzech. Jak na lokalne warunki – standard dosyć wysoki, tak przynajmniej myślałem dopóki nie zobaczyłem hotelu dla delegacji europejskich. Ale sami go wybraliśmy i za cholerę nie zamieniłbym go na inny, lepszy, z zakazem wstępu dla miejscowych. Bardzo się ucieszyłem, gdy okazało się że wstęp mają tam wszyscy. Nie tylko do restauracji, ale również basen był zwykle pełen miejscowej młodzieży. Zdaję sobie sprawę, że nie była to młodzież z najuboższych rodzin, ale nie byliśmy w getcie dla bogatych, gdzie rozlokowało się większość delegacji.

Tymczasem wdychałem afrykańskie powietrze, kontynent ten pachnie – specyficzna woń, całkiem przyjemna, upał, ale też niezbyt uciążliwy. Strefa zwrotnikowa. Od zachodu Kamerun, na południu za rzeką Ubangi - Demokratyczna Republika Konga i Kongo, na wschodzie Sudan i Sudan Południowy, a na południu Czad. Państwo formalnie wyzwoliło się spod władzy kolonialnej w 1960 roku, ale to jedynie pozory, do tej pory jedyną firma eksploatującą złoża jest francuski koncern Total. Kraj ostatniego cesarza - Bokassy, który zasłynął z brutalnych rządów i skrajnej megalomani – ogłosił się nawet apostołem. Zwykle władza zmieniała się tam pod wpływem puczu, intryg, walk czy rebelii. Teraz wreszcie społeczeństwo mogło wybrać „swojego” prezydenta i własną reprezentację do Zgromadzenia Narodowego – czyli parlament. Wprawdzie w 2011 roku miała miejsce pierwsza próba zorganizowania wyborów, ale skończyło się na powstaniu terrorystycznej organizacji Seleka, obrzuceniu ambasady francuskiej kamieniami i ewakuacji placówki USA. Kolejne wybory w 2016 roku, to wygrana Faustina Taudery – byłego premiera w rządzie znienawidzonego i oskarżanego o ludobójstwo – Francoisa Bozize. Już podczas wyborów, obserwatorzy i mieszkańcy skarżyli się na znaczne nadużycia, wiele skarg dotarło tylko do sąsiedniego Kamerunu, tam właśnie składali swoje protesty ci, którzy widzieli nadużycia. Taudera był kandydatem kompromisu, miał załagodzić napiętą sytuację w kraju.
Bozize, wspierany zarówno przez Francję jak i Czad – wciąż stacjonują tam oddziały Legii Cudzoziemskiej – pod pozorem walki z rebelią pacyfikował całe miasta i miasteczka. Dziesiątki tysięcy ludzi uciekło do dżungli w obawie przed jego okrucieństwem. W końcu mieszkańcy się wkurzyli i postanowili go zlinczować. Wojska francuskie i amerykańskie biernie przyglądały się wyczynom Bozize, ale podczas próby jego obalenia już bardziej aktywnie włączyły się w jego obronę – zabezpieczono lotnisko i inne drogi ewakuacji.


Niezależnie od różnic politycznych czy religijnych ruszyli w stronę stolicy. Bozize w ostatnim momencie wskoczył na łódkę i pływając po rzece Ubangi czekał na pomoc zaprzyjaźnionej Francji. Zabrali go z tej rzeki i ulokowali pod Paryżem w wygodnej willi, odpowiadającej prestiżowi urzędu jaki sprawował – mieli wobec niego plany i już niebawem okazało się jakie.
Nie obchodziło nikogo, że to zbrodniarz, że wymordował  ludzi. Nikt nie pytał czemu został wypędzony – od początku wspierany przez rząd dawnych kolonizatorów, czuł się tam jak u siebie, nikt nie zamierzał go rozliczać czy stawiać przed sądem. Oficjalna wersja jest taka, że uciekł do Konga i stamtąd odleciał do Paryża – mija się to jednak z relacjami świadków.
Tyle wiedziałem jeszcze zanim samolot wylądował na pasie stolicy Republiki, czyli w Bangui. Pierwszy raz byłem w Afryce, pierwszy raz w samym jej środku, państwie, które ONZ uplasowało niżej niż Somalię. Piękne, pokryte zupełnie nieznanymi mi wcześniej barwami niebo i ten charakterystyczny zapach. Według Grześka, właśnie tak wyglądała niemal cała Afryka: trzydzieści, czterdzieści lat temu – fantastycznie – pomyślałem – mam okazję zobaczyć kontynent z przeszłości.
Z lotniska odebrał nas Louis, pochodzący z Kamerunu Belg, pojechaliśmy do hotelu, a po rozpakowani, prysznicu pojechaliśmy się spotkać z przedstawicielami Komisji Wyborczej i niemieckiego Instytutu Geopolitycznego. Pracownicy komisji omówili w skrócie główne zasady głosowania i umówiliśmy się na dalszą rozmowę następnego dnia. W instytucie dostaliśmy terenowe auto, instrukcje jak się zachowywać, zapewniono, że będziemy mieli do dyspozycji samolot i helikopter oraz i wskazano miejsce, gdzie się ewakuować w razie niebezpieczeństwa. Tego nie brałem pod uwagę, następnego dnia mocno się więc zdziwiłem. Ucieszyłem się z Jeepa, wprawdzie w Polsce nie jeżdżę od kiedy zabrano mi prawo jazdy, ale zagranicą nie mam oporów, tym bardziej w kraju takim jak Afryka.

Lubię to! Skomentuj6 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo