19 obserwujących
367 notek
528k odsłon
  12834   0

Ujawniam okoliczności 10 kwietnia - tajemnica katastrofy rozwiązana.

                   
                                                                           4. Fikcyjność miejsca katastrofy.

To najlepiej udowodniona sprawa. Bo na podstawie niewielu, ale jednak, dowodów nie-rosyjskiego pochodzenia. W sytuacji, gdy Rosjanie poinformowali o śmierci naszego Prezydenta w wyniku katastrofy Tupolewa ani przez chwilę nie istniał problem realności wskazanego miejsca katastrofy. Od razu było wiadomo, że to fikcja. Ale przed nami tą sprawę ukryto. Tym niemniej w końcu 2013 roku prof. Chris Cieszewski dokonał analizy zdjęcia satelitarnego z 5 kwietnia – porównanie jego z obrazem miejsca katastrofy – również do takiego samego wniosku prowadzi. Miejsce „katastrofy” było przez Rosjan przygotowywane przed faktem jej rzekomego zaistnienia. Dlaczego tak można uważać - ponieważ prof. Cieszewski odkrył, że "białe plamy" widoczne na zdjęciu to nie były, jak przedtem uważano - plamy śniegu. Ale dzieło "rąk ludzkich" . Najprawdopodobniej były to płachty, folie koloru srebrzystego o podobnej do śniegu odblaskowości. Co więcej - położeniu największych "białych plam" na zdjęciu z 5 kwietnia odpowiadało położenie największych części wraku po katastrofie. Nie da się na gruncie nauki wyjaśnić takiej zbieżności. Jedynym racjonalnym wytłumaczeniem tego jest dostrzeżenie fikcyjności miejsca katastrofy. Rosjanie jakiś złom lotniczy przygotowali wcześniej, ukryli go pod plandekami maskującymi - a rankiem 10 kwietnia pokazali światu jako wrak naszego Tupolewa.

Wielu z nas zadaje pytanie - po co Rosjanie mieli by tworzyć fikcyjne miejsce katastrofy? Podejmować ryzyko, że to zostanie odkryte? To niedorzeczne, nieprawdopodobne. A jest akurat zupełnie odwrotnie. Ponieważ - jeżeli tam zdecydowano się na popełnienie tej zbrodni - to rankiem 10 kwietnia musieli coś pokazać światu. Na dowód prawdziwości swojej wersji zdarzeń. Nie mogli mieć pewności, że gdyby doprowadzili rzeczywiście do katastrofy polskiego samolotu podczas lądowania - to uzyskają obraz miejsca zdarzenia taki jaki był im potrzebny. Bo przecież w realnej katastrofie ktoś mógł przeżyć, coś mogło pójść nie tak, coś mogło kazać pytać - dlaczego wszyscy pasażerowie zginęli etc. Bo zginąć musieli wszyscy - nie mogło być żadnych świadków zbrodni przecież. To tłumaczy dlaczego musieli przygotować miejsce fałszywe.

Ponadto są inne jeszcze dowody, które na fałszywość miejsca katastrofy wskazują. Najważniejszym dowodem jest brak jakiegokolwiek dowodu, że ta katastrofa w ogóle miała miejsce. Bo przecież gdyby taki dowód był - było by od razu po sprawie a moje rozważania byłyby bezprzedmiotowe. Znamy obraz katastrofy przede wszystkim z filmów - tego nakręconego przez montażystę TVP Wiśniewskiego oraz filmu nazywanego "1:24" . Pisałem kiedyś o nich. W żadnym razie nie można na nich polegać, traktować jako dowody w sprawie. To mistyfikacje, fałszywki. Ponadto - nigdy nie udowodniono co one właściwie dokumentują. A to jest sprawa podstawowa. Czy dokumentują miejsce rzeczywistej katastrofy naszego Tupolewa czy miejsce, na którym widać złom lotniczy, który tam wcześniej położono.  Na IV Konferencji Smoleńskiej p. Grzegorz Braun zadał te swoje niewygodne pytania. Zrazu nie chciano na nie odpowiedzieć. Ale gdy je ponowił - w końcu odpowiedział aktualny p.o. szefa KBWL - Nowaczyk. Jakie było to pytanie - "skąd wiadomo, że tam leżał rankiem, 10 kwietnia, wrak naszego Tupolewa?". I odpowiedź - nie wiemy tego. Ale przyjmujemy to jako "uprawdopodobnione domniemanie". Zgroza i hańba.

Są jeszcze inne ważne dowody wykluczające zaistnienie wówczas katastrofy we wskazanym  miejscu. To relacje oczekującego na przylot delegacji naszego amb. Jerzego Bahra. Pierwsza - w rozmowie telefonicznej z CO MSZ o godzinie 9:07, a więc 20 minut po rzekomej katastrofie, gdy niczego jeszcze nie ustalono - na pytanie czy widział katastrofę odpowiedział: "nie, myśmy słyszeli tylko, jak samolot przeleciał nad lotniskiem, nisko". Skoro tak - to jak mógł się rozbić we wskazanym miejscu, które znajdowało się przed lotniskiem? Amb. Bahr kilka razy w wywiadach powiedział, że ani on ani inne osoby razem z nim oczekujące na przylot Tupolewa, nie słyszeli odgłosów katastrofy. A przecież rozpadowi blisko 80-ciotonowego samolotu, obojętne z jakiego powody; wybuchów, czy od uderzenia w ziemię - musiał by towarzyszyć wielki huk. Rozrywanie poszycia, rozpad na tysiące, dziesiątki tysięcy części jak nam wmawiano. To musiał by być odgłos podobny do wybuchu bomby lotniczej średniego kalibru. Nasi ludzie tam obecni musieli by coś usłyszeć. A nie słyszeli nic. I jeszcze jedna ważna sprawa. Amb. Bahr w wywiadzie dla Gazety Wyborczej powiedział: "jeszcze przed 9-tą byłem na miejscu katastrofy. Jak zobaczyłem ogrom zniszczeń to chciałem pomagać kogoś ratować, wyciągać pasażerów. Biegałem między częściami wraku - ale nikogo nie znalazłem".  To absolutnie niemożliwe. Samolot rozpadł się na tyle elementów, rozrzuconych na dużej powierzchni - to gdzie ciała ofiar? A przecież akcja ratunkowa jeszcze się nie zaczęła. Tam powinny znajdować się ciała blisko stu pasażerów. A nikogo nie było? To jeden z najważniejszych argumentów przemawiających za fikcyjnością miejsca katastrofy.

Lubię to! Skomentuj3 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka