9 obserwujących
93 notki
167k odsłon
  450   2

Tomasz Mann: Oni ze sobą się przespali

Poszlaka numer dwa. Na początku drugiego tomu wychodzi na jaw, że Hans znalazł się w posiadaniu rentgenowskiego zdjęcia z portretem wnętrza Kławdii i że był to podarunek od niej. Kiedy mu to zdjęcie wręczyła? Czy nie wtedy, gdy odważył się do niej pójść tej nocy pod pretekstem zwrotu ołówka? Wiedział, że Kławdia następnego dnia wyjedzie, na co miał czekać? To mogła być jedyna jego szansa. Autor powieści jeszcze spotęgował wymowę tej poszlaki snując liryczną narrację o nieobecnej Kławdii będącej dla tęskniącego za nią w sanatorium Hansa duchem tego miejsca, którego w występnie słodkiej godzinie on poczuł i posiadł.

– Występnie, rozumiesz, występnie słodkiej! – powtórzał w uniesieniu mój kolega.

W dodatku na poprzedniej stronie Mann otwarcie przyznał, że w okresie przepuszczonym przezeń bez słów, między Hansem i Kławdią doszło do drugiej rozmowy.

– Słyszysz?! W okresie przepuszczonym bez słów! – emocje mego kolegi sięgały tu szczytu.

Wyjazd Kławdii miał być tymczasowy. Mann stwierdził wprost, że co do tego Hans Castorp miał jej bezpośrednie ustne zapewnienie.

- Nie składa się takich obietnic po uprzejmej wymianie ołówka na rentgenowskie zdjęcie - argumentował mój kolega. - Składa się je po seksie.

Trzeciej, również bardzo twardej poszlaki dostarczyło użalanie się zakochanego beznadziejnie w Kławdii innego mieszkańca sanatorium, indywiduum o odpychającej powierzchowności i równie odrażającej osobowości, niejakiego Wehsala, któremu na jego usilne prośby i błagania Hans w przypływie litości w końcu się zwierzył z przeżyć pamiętnej pobalowej nocy. Człowiek ten jadąc z Hansem Castorpem w konnym powozie na wycieczką do huczącego wodospadu skomentował drwiący uśmiech Kławdii, która wsiadła z Peeperkornem (swoim nowym kochankiem) i jeszcze jedną osobą do innego powozu:

- Widzi pan, jak się śmieje z pana, że musi pan jechać ze mną? Czy bardzo to pana złości i brzydzi, że siedzi pan koło mnie?

Hans przywoławszy Wehsala do porządku usiłował mu wytłumaczyć, że przecież ma on swoje zalety, na przykład dobrze gra na fortepianie i powinien znowu kiedyś zagrać. W odpowiedzi Wehsal przez dwie strony uskarżał się na swój los, ale wspomniana poszlaka zawarta była już w pierwszym zdaniu:

- Dobrze panu tak mówić i mnie pocieszać, bo kiedyś była pańska kolej, był pan w siódmym niebie, czuł pan jej ramiona wokoło swojej szyi.

To już nie była nawet poszlaka, tylko niezbity dowód. Wehsal wiedział. Hans mu się zwierzył.

Ostateczna odsłona prawdy nastąpiła podczas rozmowy Hansa z zazdrosnym o Kławdię Peeperkornem, z którym Hans się zaprzyjaźnił. Rozmowa była długa i męcząca, zataczała wielkie kręgi, wreszcie dobiegła do kulminacyjnego punktu:

- Pan był kochankiem Kławdii, gdy była tu po raz pierwszy – stwierdził Peeperkorn.

Hans nie odpowiadział wprost, dopiero po długim kołowaniu potwierdził domysł Peeperkorna, chociaż nic nie zostało wyrażone wyraźnie. Peeperkorn odebrał to spokojnie. Po jego samobójczej śmierci Kławdia przybiła pieczęć:

- Czy wiedział o naszej głupocie?

- Nie mogłem jej ukryć przed nim, Kławdio! – odparł Hans Castorp.

- Tak więc widzisz – reasumował mój kolega - sprawa jest oczywista. Hans z Kławdią po tym karnawałowym balu na pewno się ze sobą przespali. Ściślej mówiąc poszli tylko do łóżka, bo o spaniu w ogóle nie może tu być mowy. Nie był to nawet tak zwany z angielska one-night stand, raczej godzina seksu i może kwadrans rozmowy. Resztę nocy Hans spędził we własnym pokoju. Ale tę kobietę miał. Mało który z czytelników, łącznie z tobą, się w tym połapał.

Po wysłuchaniu powyższych argumentów, spisaniu ich i zweryfikowaniu za pomocą tekstu „Czarodziejskiej góry” muszę przyznać mojemu koledze rację. Nie połapałem się. Nic dziwnego. Książka jest sążnista, dwa tomy to nie żarty, przeczytałem ją po łebkach i odłożyłem na półkę z przekonaniem, że Hans był za poczciwy i nie dość atrakcyjny, żeby mieć okoliczność ze zjawiskową Kławdią. Myślałem, że do końca książki pozostał prawiczkiem. Winię o to siebie, ale winię i autora. Dlaczego Tomasz Mann od razu nie powiadomił wyraźnie czytelników, że tych dwoje było przez chwilę kochankami? Dlaczego zamiast rozsiewać po ogromnym tekście niejasne aluzje, poszlaki i dowody, po prostu nie opisał tego zdarzenia, dlaczego „przepuścił je bez słów”? Wielokrotnie przecież opisywał w najdrobniejszych szczegółach każde trzaśnięcie drzwiami, którego dopuściła się Kławdia, każde jej poruszenie przy stole jadalnym, każdą wypowiedź Peeperkorna składającą się z niedokończonych zdań, wszelkie zajęcia i rozrywki, jakim oddawali się mieszkańcy sanatorium. Tylko w tej jednej sprawie zachował powściągliwość. Chyba nie z obawy przed cenzurą, bo o seksualnych poczynaniach innych postaci pisał wprost. Tutaj Tomasza Manna wciąż nie rozumiem. Latem zapytam o to mojego kolegę.


Lubię to! Skomentuj3 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura