Blog
Jerzy Żyżyński
Jerzy Żyżyński
Jerzy Żyżyński Profesor nauk ekonomicznych, poseł na Sejm RP
0 obserwujących 10 notek 24569 odsłon
Jerzy Żyżyński, 8 lutego 2015 r.

Bieda ci, oj bieda banków kredytujących frankowo

Tabela 4. Bilans banku po udzieleniu kredytu denominowanego we frankach wg kursu 2 zł/fr

   

Aktywa

Pasywa

we frankach

500 tys.

kredyt C

1000000

depozyt A

1000000

   

środki własne

1000000

kapitał własny

1000000

   

Razem

2000000

Razem

2000000

Po roku klient spłacił kredyt, ale w momencie spłaty kurs franka wzrósł do 4 zł, zatem w złotych musiał oddać 2 mln., bo w nowych warunkach narzuconych decyzją banku centralnego kraju Wilhelma Tella jest to zlotowy równoważnik 500 tys. franków – i w bilansie pojawiają się kłopoty:

Tabela 5. Bilans banku po spłaceniu kredytu denominowanego we frankach wg kurs 4zł/fr

   

Aktywa

Pasywa

we frankach

500 tys.

gotówka

2000000

depozyt

1000000

   

środki własne

1000000

kapitał własny

1000000

   

Razem

3000000

Razem

2000000

 

 

 

 

Niedobór

1000000

Rzeczywiście, aktywa w osobliwy sposób „spuchły” wynoszą teraz 3 mln, a przecież zobowiązania wobec deponenta nie zmieniły się, a kapitał akcjonariuszy, za który kupiono środki własne, to nadal 1 mln zł. Bank ma zatem dodatkowe realne środki, które musi zapisać jako jakieś zobowiązania, coś musi z tymi pieniędzmi księgowo zrobić, a na dodatek ma problem z adekwatnością kapitałową.

Interpretacja tego zjawiska w znacznej mierze zależy od tego, czy w tej całej operacji w ogóle pojawiały się franki. Uważa się, że nie – i także moim zdaniem tak było – i działo się to mniej więcej tak:

Przychodzi potrzebujący miliona do banku i prosi o kredyt. To mu się mówi: – Ależ drogi kliencie, kredyt w złotych jest drogi, wysoko oprocentowany, niech pan weźmie we frankach, tam procenty są niskie, będzie pan mniej obciążony spłatami i może wziąć więcej. – OK, biorę franki. – No ale po co panu do ręki te franki, pan chce franki, 500 tys. ale zaraz nam pan je sprzedaje po 2 zł i ma 1 mln, który przelewa na konto dewelopera, do ręki panu te franki nie są potrzebne, pan tylko formalnie nam jest winien franki. – OK, biorę niby franki, faktycznie złote. Klient zatem tych franków nie zobaczył na oczy. A gdy przyszedł czas na spłatę, mówi mu się: – Niech nam pan teraz odda 2 mln. – Jakie 2 mln, przecież daliście mi tylko 1 mln! – No nie, myśmy ci drogi kliencie pożyczyli 500 tys. franków, ty nam teraz oddajesz nie 2 mln zł lecz 500 tys. franków, to kosztuje 2 mln, bo kurs franka wynosi teraz 4 zł.

No więc były te franki, czy tylko się o nich mówiło? Klient może oczywiście oddawać we frankach, pójdzie do kantoru, kupi 500 tys. franków i odda bankowi – tak niektórzy robią, trochę mogą zyskiwać na różnicy między cenami kupna i sprzedaży – ale i tak kosztuje go to ok. 2 mln zł, choć przecież pożyczył 1 mln naszej kochanej waluty.

Być może formalnie jednak w czeluściach bankowych księgowości pojawił się frank, bo przecież umowa na niego niby opiewała. Nie musiał się jednak pojawiać realnie, mógł tylko w pewnym sensie symbolicznie, wirtualnie – w dzisiejszym świecie znaleziono na to sposób dość osobliwy: jest to współpraca z tzw. funduszami hedgingowymi, wobec których bank wystawia tzw. swapy – są to osobliwe instrumenty finansowe, tzw. „wynalazki finansowe XX w.” W ten sposób księgowo wszystko gra, rośnie pozycja funduszu hedgingowego na swapach, czyli zobowiązanie banku wobec tej instytucji, która potem wypłaca sobie pieniądze. I oto w rezultacie nadzwyczajny zysk zostaje przeniesiony poza granice naszego pięknego kraju. Poza granice, bo poletka na których pasą się tłuste stada firm hedgingowych  to łany gospodarki globalnej, ale „jak wieść gminna niesie”, bydełka z tego stada są zwykle ściśle kapitałowo i własnościowo powiązane z bankami.

Tabela 6. Bilans banku współdziałającego z funduszem hedgingowym.

   

Aktywa

Pasywa

we frankach

500 tys.

gotówka

2000000

depozyt

1000000

 

 

środki własne

1000000

kapitał własny

1000000

 

 

 

 

pozycja funduszu hedgingowego

1000000

   

Razem

3000000

Razem

3000000

Zatem nic w przyrodzie nie ginie, tylko zmienia właściciela, jak mówi stare porzekadło. Instrument pochodny, podobnie jak było ze słynnymi opcjami walutowymi, staje się w ten sposób narzędziem manipulacji i wyprowadzania dochodu narodowego z Polski. A przecież nie tylko w naszej ojczyźnie to się dzieje, nic dziwnego zatem że na całym świecie instrumenty pochodne, kiedyś ważne jako użyteczny sposób na zabezpieczenie transakcji obciążonych dużym ryzykiem (głównie w handlu produktami rolnymi i niektórymi surowcami o zmiennych i nieprzewidywalnych cenach), teraz są obiektem surowej krytyki jako narzędzia manipulacji i prymitywnego naciągactwa, które nie służy gospodarce, ale pozwala wąskiej grupie wyciągać miliardy z kieszeni milionów. To niestety smutne pokłosie czegoś co przed laty, gdy nie rozumieliśmy jeszcze tego skutków, było dla nas obiektem entuzjastycznej oceny – deregulacji sfery finansów, uruchomionej w ramach tzw. reaganomiki i thatcheryzmu. Wygląda na to, że politycy pełni werwy i zdecydowania – co doprowadziło ich do licznych godnych chwały sukcesów – ale niewykształceni ekonomicznie, dali się sami naciągnąć finansowej hochsztaplerce i powołali do życia smoka, który nas teraz zżera i jest główną przyczyną światowego kryzysu.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Tematy w dziale