616 obserwujących
369 notek
3421k odsłon
401 odsłon

Stocznia kupiona na pralnię?

Wykop Skomentuj167

 

Żeby zrozumieć o co może chodzić w "aferze stoczniowej", i ocenić jak bardzo jest poważna, trzeba odkopać fakty spod narzuconej narracji, zobaczyć w jakie hipotezy się układają, a potem te hipotezy zweryfikować. Zapomnijmy na chwilę romantyczną legendę o oddanych urzędnikach, którzy z poświęceniem, ryzykując kariery i więzienie, naruszali prawo, żeby uratować polskie stocznie. Spójrzmy na fakty. Spróbowałam sobie uporządkować tę aferę, po odrzuceniu tego, na co nie znalazłam żadnych dowodów poza gołosłownymi zapewnieniami osób zainteresowanych w mąceniu obrazu, zostały mi następujące fakty (na razie tylko szkic, dokładne kalendarium kiedy indziej).

 

Stocznia była trupem nie do wskrzeszenia. Nie było żadnej realnej szansy na uratowanie jej, zresztą zgodnie ze specustawą samym warunkiem wszczęcia postępowania kompensacyjnego był brak nadziei na przetrwanie (tj. długi przewyższające aktywa netto, brak zdolności kredytowej i szans na inwestora). W przetargu sprzedawano jedynie "aktywa postoczniowe" a nie stocznie. Ratowanie stoczni było od początku nierealne, to tylko usypiająca narracja.

Zresztą nawet gdyby była szansa na cudowne uratowanie stoczni, to żaden dający na to nadzieję poważny inwestor nigdy nie istniał. Byli tylko pośrednicy, do dzisiaj nie wiadomo w czyim imieniu występujący. SPF to tylko byt prawny przez które miała zostać przepuszczona transakcja, nawet chyba nie miał własnego konta bankowego. Przez wiele miesięcy intensywnych kontaktów naszych najwyższych urzędników, z ministrem włącznie, nie ujawnił się faktyczny nabywca stoczni. Ministerstwo do dzisiaj nie umie lub nie chce go wskazać. Jeśli przez tyle miesięcy służbom specjalnych nie udało się ustalić kto chce kupić stocznie, wypadałoby sobie zadać pytanie dlaczego przyszłemu zbawcy polskiego przemysłu stoczniowego tak bardzo zależy na anonimowości. No chyba, że udało się ustalić, tylko teraz wstyd powiedzieć. 

 

To jest chyba bardziej prawdopodobne, zważywszy, że sprawę finansowo zabezpieczał podejrzany handlarz bronią. To z jego prywatnego konta wpłacono ponad 26 milionów złotych wadium, rzekomo w imieniu SPF. Drugie wadium wpłaciła tajemnicza firma Orient Discovery Consultancy, nawet nie zaznaczając na przelewie, że robi to w imieniu SPF.  Jak poważny może być inwestor, którego zobowiązania reguluje mający związki z terrorystami handlarz bronią i jakaś firma krzak? Jak poważny jest minister wciskający swojemu społeczeństwu, że oto trafił się zbawca-cudotwórca? No i jak poważni są dziennikarze, którzy to kupują?

 

Nawet dla osoby posługującej się wyłącznie wyszukiwarką google i własnym rozumem zerowa wiarygodność inwestora jest oczywista i taka też musiała być dla osób mających o nim pełne informacje. Z kim mają do czynienia wiedzieli jeszcze zanim zaczęli stawać na uszach, żeby przetarg wygrał. Nawet jeśli w trakcie spotkań wyglądał poważnie i brzmiał przekonująco, to przecież już sposób dokonania płatności wadium powinien wzbudzić podejrzenia urzędników. A już na pewno Głównego Inspektora Informacji Finansowej i służb specjalnych, zwłaszcza jeśli cała transakcja objęta była od początku troskliwą osłoną kontrwywiadowczą.

 

Tyle, że osłona kontrwywiadowcza była fikcją, nawet nasze służby specjalne nie są aż tak nieudolne. Najpóźniej 4 maja choćby najgłupsze służby musiały nabrać podejrzeń co do intencji tajemniczego inwestora. Nawet jeśli wcześniej można sobie było jakoś tłumaczyć to, że nie wiadomo kto i jaki kapitał stoi za SPF, to w momencie zaksięgowania wpłaty od powiązanego z terrorystami handlarza bronią, przelewającego miliony dolarów z prywatnego rachunku, trzeba się było zastanowić o co tu chodzi. Tymczasem wcale nie wygląda na to, że ktoś się zastanawiał, przeciwnie, urzędnicy najwyższego szczebla, z ministrem włącznie, zaangażowali się w holowanie "inwestora". Bardzo podejrzanego i nie dającego nadziei na ratowanie stoczni. A to wszystko pod osloną służb.

 

 

Chciałabym poznać argumenty za tym, że w którymkolwiek momencie tego procesu był choćby cień powodu aby uwierzyć, że inwestor jest poważny a szanse na uratowanie stoczni realne. Jeśli ktoś mi poda choć jeden, jestem skłonna zacząć rozważać podawaną nam do wierzenia narrację, póki co wszystko przemawia przeciwko niej. Na razie bowiem jedynym argumentem jest to, że jakiś przedstawiciel nieznanego inwestora złożył Gradowi ustną obietnicę. Maziarskiemu wystarczyło, mi nie bardzo.

 

Zbieram do kupy wszystko co o tej sprawie wiem i składa mi się to w jedną tylko hipotezę, trochę przerażającą. Choć niespecjalnie oryginalną.

 

Nikt nigdy nie chciał ratować stoczni, nie było żadnego poważnego inwestora. SPF to słup, na który miał zostać kupiony majątek stoczni, a sam zakup sfinansowany ze źródeł, które dzięki zagmatwaniu transakcji i odpowiednio długiemu łańcuszkowi, pozostałyby na zawsze nieznane. A których można się tylko domyślać, oceniając po tym kogo sobie wybrały na swojego najbardziej zaufanego przedstawiciela. Za plecami podejrzanego o związki z Al Kaidą handlarza bronią z pewnością nie chowa się uczciwy inwestor szukający pomysłu na zainwestowanie ciężko zarobionych całkowicie legalnych pieniędzy.

Zakup stoczni umożliwiłby wypranie gigantycznych pieniędzy. W czerwcu SPF założył spółkę Polskie Stocznie, której jest jedynym udziałowcem, a która miała stać się właścicielem postoczniowego majątku. W ten bardzo prosty sposób kilkaset milionów złotych niewiadomego pochodzenia zapłaconych za stocznię, zostałyby w Polsce zalegalizowane i wprowadzone do obrotu.  Bez względu na to, co ostatecznie miałoby się stać z zakupionym w taki sposób majątkiem, istotą tej transakcji było zalegalizowanie przepuszczonych przez nią pieniędzy. Nawet jeśli inwestor odzyskałby z odsprzedaży lub inwestycji mniej niż za stocznie zapłacił, to różnica zasadnicza byłaby taka, że pieniądze ze stoczni wyjęte, byłyby już czyste i do wykorzystania w dowolnym kraju Unii. Jeśli inwestorem był sam El Assir, zakup stoczni umożliwiłby mu legalne zainwestowanie w Polsce zarobionych nielegalnie milionów, które z konta Polskich Stoczni wyszłyby już czyste.  Rzecz warta zaryzykowania tych kilku milionów wadium, gdy kolejne kraje wprowadzają coraz ostrzejsze przepisy przeciwdziałające praniu brudnych pieniędzy i finansowaniu terroryzmu, i coraz trudniej ciężko zarobionego na handlu bronią dolara skutecznie wyprać.

 

Podsumowując. Nie wierzę w bajkę o perspektywicznym inwestorze, ostatniej nadziei, i oddanym urzędnikom, którzy jej chcieli dopomóc. Średnio rozgarnięty człowiek dość szybko nabrałby podejrzeń, a to byli doświadczeni urzędnicy, mający do dyspozycji służby. Służby, które zresztą podobno dostały wyraźne polecenie czuwania nad całym procesem. Jeśli niczego niepokojącego w nim nie dostrzegły, to nie dlatego, że tak sprytnie była prowadzona a jej uczestnicy przebiegli, tylko dlatego, że dostrzec nie miały. Co musi rodzić pytania o to na jak wysokim szczeblu była osłaniana ta transakcja. Wiele wskazuje, że na najwyższym. Z jakichś powodów bowiem przez cały czas trwania transakcji podległe premierowi służby specjalne nie dostrzegły nic podejrzanego, nikt też nigdy nie został ukarany za działania lub zaniechania w tej sprawie (odsunięcie kilku urzędników to gest symboliczny). To wszystko miało miejsce pod osłoną kontrwywiadowczą, więc polecieć powinni wszyscy szefowie służb i Jacek Cichocki. Tymczasem poleciał whistleblower Kamiński, jedyny, którego służba zrobiła co do niej należało. Teraz nawet ten bezpiecznik został wykręcony.

Wykop Skomentuj167
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale