4 obserwujących
65 notek
68k odsłon
  234   0

O sprawie Piotra Maślaka... i niektórych problemach granic wolności słowa

Bohater bajki Krasickiego, chcąc się zemścić na psie za ugryzienie go nie zachęca wprost do tego, by psu zrobić krzywdę. Nadchodzącym ludziom przekazuje tylko kłamliwą (tak można założyć, przecież wiersz ten przedstawia sytuację abstrakcyjną) informację, że pies jest wściekły. Lecz umiejscówmy jednak tę informację w jej historycznym i konkretnym kontekście. Wścieklizna, jak chyba wiemy, jest straszną, nieuleczalną chorobą, która w przypadku rozwinięcia się jej u zakażonej nią osoby (czy też zwierzęcia) w sposób praktycznie nieuchronny prowadzi do śmierci; i to w okropnych męczarniach. Zachorowaniu człowieka na wściekliznę w przypadku jeśli został on ugryziony przez chore na nią zwierzę można obecnie z powodzeniem zapobiec, podając temu człowiekowi szczepionkę – a np. psy szczepi się na wściekliznę rutynowo, w sposób profilaktyczny. Lecz w czasach Krasickiego szczepionek na wściekliznę nie było – ugryzienie człowieka przez wściekłego psa musiało prowadzić do jego śmierci. Wścieklizna jest chorobą wywołującą strach i dzisiaj – musiała ona wywoływać jeszcze większy strach wówczas, gdy przeciwko zakażeniu wirusem wścieklizny (oczywiście, ludzie w XVIII wieku nie wiedzieli nic o wirusach, ale mniejsza tu o to) nie było żadnego remedium. Jak można było zapobiec niebezpieczeństwu stwarzanemu przez chore na wściekliznę zwierzę? Otóż, praktycznie rzecz biorąc tylko w jeden sposób: zabijając je – tak szybko, jak jest to tylko możliwe. W omówionym kontekście, literalnie rzecz biorąc nie nawołujące do żadnego działania krzyknięcie przez hipokrytę z bajki Krasickiego, że idący drogą pies jest wściekły (musimy tu przyjąć założenie, że ów hipokryta nie miał podstawy do uważania czegoś takiego) zarówno w jego intencji, jak i w odbiorze tych, do których jego wypowiedź była skierowana w oczywisty sposób musiało stanowić wezwanie do tego, by owego psa natychmiast zabić – do czego w bajce Krasickiego doszło. Pozornie niezawierająca wezwania do zakazanego prawem działania wypowiedź stanowiła więc nawoływanie (czy też podżeganie) do dokonania czynu będącego przestępstwem określonym w ustawie o ochronie zwierząt (rzecz jasna… w czasach Krasickiego nie było takiej ustawy… ale wyobraźmy sobie, że by była), mającym na celu spowodowanie natychmiastowego dokonania takiego czynu i z pewnością mogącym spowodować jego natychmiastowe dokonanie.

I weźmy też przykład z – tak można rzec – klasyki dyskusji na temat granic wolności słowa: ktoś w pełnym ludzi teatrze czy też kinie kłamliwie krzyczy „pożar!” i wywołuje przez to niebezpieczną panikę. Odnośnie kogoś takiego sędzia Holmes w uzasadnieniu decyzji Sądu Najwyższego USA w sprawie Schenk v. United States z 1919 r. stwierdził jak wiadomo, że kogoś takiego przed odpowiedzialnością karną (i cywilną) nie mogłaby chronić nawet najściślejsza ochrona swobody wypowiedzi. Można powiedzieć, że kłamliwe krzyczenie „pożar!” w teatrze czy też kinie jest paradygmatycznym przykładem wypowiedzi, która nie powinna być prawnie tolerowana i która rzecz jasna nie jest chroniona przez amerykańską Pierwszą Poprawkę.

Lecz jaka intencja może stać za wzniesieniem przez kogoś okrzyku „pożar!” w kinie czy teatrze? Oczywiście, może być ona różna. Hipotetycznie rzecz biorąc może się zdarzyć, że jakiś widz zauważy pożar, który wybuchł na scenie i krzyknie „pali się!” – ktoś taki oczywiście nie powinien być karany za wzniesienie takiego okrzyku, gdyż działa on w celu zapobieżenia skutkom wybuchu pożaru. Może być również tak, że ktoś błędnie zinterpretuje coś dziejącego się na scenie jako wybuch ognia i krzyknie „pożar!” w przekonaniu o tym, że teatr naprawdę się pali – zachowanie kogoś takiego powinno być wybaczalne – działa on w urojonym przekonaniu o istnieniu stanu wyższej konieczności. Lecz sędzia Holmes w swej opinii w sprawie Schenk v. United States pisał jednak o kimś fałszywie krzyczącym „pożar!” w teatrze. Fałszywie – to znaczy, to znaczy – tak można się domyślać – fałszywie w sposób świadomy, nie tylko obiektywnie, ale nieumyślnie niezgodny z rzeczywistością.

Czy o kimś świadomie fałszywie krzyczącym „pożar!” w teatrze na pewno można powiedzieć, że krzyczy on tak w celu wywołania paniki i wzajemnego tratowania się uciekających w popłochu ludzi? Otóż niekoniecznie – można sobie wyobrazić, że okrzyk „pożar” wznosi ktoś w formie głupiego żartu, nie myśląc o tym, jakie będą jego skutki, bądź myśląc o tym, że nie będzie on miał jakichś groźnych następstw. Oczywiście, takie nie mające za sobą bardzo złych intencji – to jest intencji, by ludziom stała się krzywda krzyczenie „pożar!” w pełnym ludzie teatrze czy też kinie niekoniecznie byłoby chronione przez Pierwszą Poprawkę do Konstytucji USA – sądzę, że nie byłoby. W grę wchodziłby tu inny, niż umyślne i bezpośrednio niebezpieczne podżeganie do popełnienia przestępstwa wyjątek od zasady ochrony wypowiedzi przez I Poprawkę, a mianowicie ten dotyczący wypowiedzi świadomie fałszywych. Lecz ten wyjątek z pewnością nie jest nieograniczony. Zgodnie z orzecznictwem amerykańskiego Sądu Najwyższego karalne może być rozpowszechnianie pewnych świadomie fałszywych informacji – takich, jak zniesławienia konkretnych osób (tu sankcjom prawnym mogą podlegać także takie wypowiedzi, odnośnie których ich autorzy nie zadali sobie trudu, by potwierdzić ich prawdziwość, a w przypadku osób prywatnych nawet takie, które zostały opublikowane w wyniku jakiegoś niedbalstwa, jeśli chodzi o stwierdzenie ich prawdziwości) czy oszukańcza reklama handlowa – mająca na celu przekonywanie ludzi do nabywania towarów lub usług, których nie nabyliby oni, gdyby znali ich prawdziwą naturę – a więc będąca w istocie formą złodziejstwa. Jednak poza takimi, szczególnymi sytuacjami, rozpowszechnianie fałszywych informacji – w tym również takich, o których rozpowszechniające je osoby wiedzą, że są one fałszywe – jest chronione przez I Poprawkę. W 2011 r. Sąd Najwyższy USA uznał za niezgodną z Konstytucją ustawę przewidującą kary dla osób wypowiadających świadome kłamstwa na temat posiadania przez siebie pewnych medali wojskowych – takich m.in. jak tzw. Purpurowe Serce i Kongresowy Medal Honoru. Ogólnie rzecz biorąc, nie może w zgodzie z Pierwszą Poprawką być karane rozpowszechnianie nawet świadomie fałszywych informacji, o ile nie jest to bezpośrednio szkodliwe czy groźne. Nie można więc zakazać np. rozpowszechniania informacji o tym, że Ziemia jest płaska, nie można zakazać np. negowania tzw. efektu cieplarnianego czy wpływu ludzkiej działalności na jego występowanie, nie można zakazać tzw. grupowych zniesławień – przynajmniej wówczas, gdy nie są one czymś bezpośrednio groźnym, nie można zakazać szerzenia kłamstw na temat historii – a więc np. tzw. „kłamstwa oświęcimskiego”, nie można też – jak sądzę – zakazać np. negowania istnienia pandemii COVID-19 czy głoszenia poglądów na temat szkodliwości szczepionek, gdyż jakkolwiek szerzenie takich informacji z pewnością może przyczyniać się do szkód, to groźba takich szkód nie jest na tyle bezpośrednia, by w rozsądny sposób nie można było próbować zapobiegać im w inny sposób, niż poprzez zakaz rozpowszechniania tego rodzaju twierdzeń, zaś zakaz szerzenia takich – powiedzmy sobie jasno – kłamstw z dużym prawdopodobieństwem mógłby przynieść skutki odwrotne od oczekiwanych – np. mógłby zrobić z antyszczepionkowców męczenników zwalczanej przez rząd (czy wręcz jakiś międzynarodowy spisek, którego rząd jest tylko częścią) prawdy. Lecz kłamliwe krzyczenie „pożar!” w kinie czy teatrze, niezależnie od tego, czy stoi czy też nie stoi za nim jakaś bardzo zła intencja, to z pewnością jest zupełnie inna, niż wspomniane powyżej, kategoria wypowiedzi – jest to wypowiedź stwarzająca bezpośrednie zagrożenie dla zdrowia, a nawet życia ludzi.

Ponadto chciałbym zauważyć, że w przynajmniej pewnych przypadkach komuś kłamliwie krzyczącemu „pali się” w pełnym ludzie kinie i teatrze może chodzić o to, by uciekający przed nieistniejącym w rzeczywistości zagrożeniem ludzie tratowali i rozdeptywali się nawzajem i zamiar taki może być czymś możliwym do udowodnienia ponad rozsądną wątpliwość. Wyobraźmy tu sobie, że takie zdarzenia, jak krzyknięcie przez kogoś znajdującego się na widowni w teatrze czy też kinie „pożar!” nieodmiennie skutkują wywołaniem paniki i wzajemnym tratowaniem się uciekających w popłochu ludzi i fakt ten jest powszechnie znany. Załóżmy dalej, że ktoś kłamliwie krzyczący „pali się!” w takim miejscu, jak pełne ludzi kino bądź teatr jest człowiekiem całkowicie zdrowym psychicznie, o znacznej wiedzy dotyczącej otaczającego go świata. Z informacji, z którymi się on styka wie on o tym, jak kończą się przypadki krzyknięcia „pali się!” w miejscach, gdzie pożar potencjalnie może wybuchnąć, a jest w nich pełno ludzi – nie można zatem byłoby przypisać mu intencji właśnie spowodowania paniki i wzajemnego tratowania się uciekających przed nieistniejącym ogniem osób? Sądzę, że trudno byłoby wykazać, że ktoś taki takiej właśnie intencji nie miał. Nie trudno jest też zauważyć, że literalnie rzecz biorąc nie będące wezwaniem do działań wyrządzających krzywdę innym ludziom – w postaci np. rozdeptywania ich – krzyknięcie „pożar!” w takimi miejscu, jak kino czy teatr jest czymś bez porównania bardziej niebezpiecznym, niż mające w takim miejscu nawoływanie do takich zachowań. Przypuśćmy, że jakiś widz w kinie czy w teatrze wstałby ze swego miejsca i krzyknął: „Ludzie, uciekajcie w popłochu, tratujcie się nawzajem i rozdeptujcie się!”. Czy jego wypowiedź spowodowałaby paniczna ucieczkę i wzajemne tratowanie się usiłujących wydostać się z teatru bądź kina ludzi? Oczywiście nie – jedynym aktem przemocy, który taka wypowiedź z dużym prawdopodobieństwem mogłaby spowodować byłoby to, że jej autor – kolokwialnie wyrażając się – dostałby od kogoś innego w mordę. Rzecz jasna, taka wypowiedź nie byłaby chroniona przez amerykańską Pierwszą Poprawkę. Pierwsza Poprawka do Konstytucji USA z pewnością nie chroni takich wypowiedzi, które mają na celu utrudnianie innych wypowiedzi czy też odbioru czyichś wypowiedzi przez ich słuchaczy i mają taki skutek. Pomijając już to, że wspomniane powyżej zachowanie mogłoby być karane „prywatnie” – przez właściciela kina bądź teatru, który jeśli jest prywatną osobą nie jest związany Pierwszą Poprawką – sądzę, że mogłoby ono być także karalne „państwowo” jako zakłócenie porządku publicznego (pod warunkiem istnienia przepisu, w myśl którego zachowanie takie mogłoby zostać uznane za wykroczenie czy przestępstwo – w grę mógłby tu wchodzić np. przepis zabraniający robienia zbędnego i nadmiernego hałasu, czy też zakłócania seansów filmowych bądź przedstawień teatralnych – tego rodzaju przepisy, aczkolwiek pozwalające na karanie za pewne wypowiedzi – i w tym sensie ograniczające wolność słowa – nie zakazywałyby żadnych wypowiedzi z powodu ich treści). Jednak zachowanie, o którym była tu mowa zdecydowanie nie mogłoby być karane jako czyn bezpośrednio niebezpieczny dla czyjegoś życia czy zdrowia. Z kłamliwym krzyczeniem „pożar!” w teatrze jest inaczej – sędzia Holmes w uzasadnieniu sformułowanej przez siebie decyzji w sprawie Schenk v. U.S. najprawdopodobniej posłużył się tym przykładem – przy użyciu którego chciał on wykazać, że ochrona wolności słowa pomimo kategorycznego sformułowania I Poprawki („Żadna ustawa Kongresu nie może wprowadzić religii ani zabronić swobodnego praktykowania jej, ograniczać wolności słowa lub prasy ani prawa ludu do spokojnych zgromadzeń lub do składania naczelnym władzom petycji o naprawienie krzywd”) nie może być po prostu absolutna – z tego powodu, że w czasach, w których on żył, kiedy to teatry paliły się dosyć często, co niekiedy pociągało za sobą setki ofiar – krzyknięcie przez kogoś „pożar” w teatrze bądź kinie nader często miało tragiczne skutki.

Jak zatem widać, ktoś nie literalnie rzecz biorąc nie wzywający innych do zachowania wyrządzającego komuś szkodę może mieć zamiar spowodowania takiego zachowania z ich strony i w pewnych – rzadkich zapewne przypadkach – można byłoby wykazać taki zamiar ponad rozsądną wątpliwość. Kiedy taki zamiar byłby – jak sądzę – możliwy do wykazania w przypadku kogoś rozpowszechniającego świadomie kłamliwą informację o porwaniu w celach rytualnych dziecka przez Żydów? Otóż, wydaje mi się, że wówczas, gdyby było tak, że rozpowszechnienie tego rodzaju informacji nieodmiennie prowadzi do antyżydowskiej przemocy, tak, że fakt ten byłby tak powszechnie znany, że musiałby on być znany jej autorowi, jeśli byłby on człowiekiem o zdrowych zmysłach i nieoderwanym od rzeczywistości. Lecz trudno byłoby wykazać taki zamiar wówczas, gdyby przypadki bezpośredniego doprowadzenia do przemocy przeciwko Żydom w następstwie rozpowszechnienia takiej, jak wspomniana informacji nie były czymś powszechnym, bądź tym bardziej w przypadku gdyby w czasach najbliższych wobec omawianego tu, hipotetycznego zdarzenia, przypadki takie się nie zdarzały.

Załóżmy jednak, dla dobra argumentacji, że komuś rozpowszechniającemu kłamliwą informację o szokującym przestępstwie popełnionym przez jakichś bliżej nieokreślonych Żydów mieszkających w jakimś mieście chodzi o to, by przeciwko owym Żydom w krótkim czasie wywołać przemoc i że intencja, z jaką ktoś taki rozpowszechnia tego rodzaju wiadomość jest czymś, co można udowodnić. Czy gdyby tak było, czy można byłoby powiedzieć, że przypadek rozpowszechnienia takiej informacji niczym nie różni się od kłamliwego krzyknięcia „pożar!” w pełnym ludzi kinie czy teatrze – zakładając, że coś takiego ma na celu wzniecenie paniki, bądź krzyknięcia do idących drogą ludzi, że idący tą samą drogą pies jest wściekły – co w bajce Krasickiego musiało być równoznaczne z wezwaniem do natychmiastowego zabicia owego psa?

Otóż, wydaje mi się, że pomiędzy tymi przypadkami byłaby pewna różnica. Na czym by ona polegała? Otóż, na powodach, dla których ludzie, do których uszu, względnie oczu dotarła jakaś, uznana przez nich za prawdę wiadomość, posuwają się do przestępczych czy niebezpiecznych zachowań.

W przypadku kłamliwego krzyknięcia przez kogoś „pali się!” w zatłoczonym kinie czy teatrze ludzie wpadają w panikę, i uciekają – niekiedy tratując jedni drugich – w przekonaniu o tym, że walczą oni o swoje przeżycie w obliczu grożącej im w krótkim czasie śmierci. Podobnie w bajce Krasickiego – ludzie pod wpływem fałszywej informacji zabijają psa, gdyż myślą, że jest to jedyny sposób obrony ich, oraz ich bliskich przed zarażeniem wścieklizną. W obu przypadkach ludzie robią pewne rzeczy, które wyrządzają krzywdę innym czującym istotom przede wszystkim ze strachu, że ich fizyczne bezpieczeństwo – w tym również ich życie – jest bezpośrednio zagrożone. Na gruncie prawnym można powiedzieć, że działają oni w przekonaniu, iż zachodzi stan wyższej konieczności. Oczywiście, zarówno w jednym, jak i drugim przypadku stan taki w rzeczywistości nie występuje. Lecz prawo zna mimo wszystko coś takiego, jak urojony stan wyższej konieczności – podobnie, jak zna taką rzecz, jak urojona obrona konieczna. Sytuacje, w przypadku których można byłoby mówić o czymś takim, jak urojony stan wyższej konieczności – podobnie jak sytuacje urojonej obrony koniecznej – są z pewnością rzadkie. Lecz nie są one ani prawnie, ani faktycznie wykluczone – i o takich sytuacjach można byłoby mówić w odniesieniu do wspomnianych w tym akapicie zdarzeń.

Czy o czymś takim, jak działanie w urojonym stanie wyższej konieczności (albo w urojonej obronie koniecznej) można byłoby mówić w przypadku osób, które pod wpływem usłyszenia, bądź przeczytania obiektywnie fałszywej, lecz prawdziwej w ich subiektywnym przekonaniu o porwaniu dziecka przez Żydów dopuszczają się aktów antysemickiej przemocy? Jak dla mnie jest jasne, że nie. Hipotetyczni ludzie, o których jest tu mowa posuwają się do przestępczych działań w następstwie takich emocji, jak gniew, nienawiść i wściekłość. Emocje, o jakich tu jest mowa, jak najbardziej mogą odgrywać rolę w przyczynianiu się do przestępczych zachowań. Lecz mimo wszystko trudno byłoby powiedzieć, że emocje takie wymuszają przestępcze zachowania – polegające na fizycznym atakowaniu innych osób, czy też należącego do nich mienia – w jakiś nieuchronny sposób i oczywiście też przestępcze zachowania nie mogą być po prostu usprawiedliwione tym, że zostały one dokonane pod wpływem takich emocji.

Jakie z tego wszystkiego wynikają wnioski w kwestii odpowiedzialności kogoś, ktoś świadomie i z zamiarem wywołania przemocy rozpowszechnia kłamliwą wiadomość o porwaniu dziecka przez Żydów, co w krótkim czasie prowadzi do skierowanej przeciwko nim fizycznej agresji? Jakby nie było, wszystkie wspomniane tu rodzaje wypowiedzi – kłamliwe poinformowanie ludzi o tym, że idący drogą pies jest wściekły w bajce Krasickiego, kłamliwe krzyczenie „pożar!” w teatrze i fałszywe rozpowszechnienie informacji o popełnieniu szokującego przestępstwa przez mieszkających w jakiejś miejscowości Żydów są z pewnością bardzo wysoce naganne. Lecz dwie pierwsze z nich są moim zdaniem cokolwiek bardziej perfidne. Wypowiedzi te bowiem wywołują u ludzi przekonanie, że muszą się oni zachować w sposób normalnie niedopuszczalny, jeśli chcą przeżyć. Zauważmy też, że czas pomiędzy wspomnianymi wypowiedziami, a zachowaniami do których wypowiedzi te takich czy innych ludzi motywują jest skrajnie krótki – liczony w sekundach. Jednak wypowiedź mówiąca o tym, że jacyś – nie wiadomo konkretnie jacy – Żydzi porwali dziecko, jakkolwiek może u niektórych osób wywołać uczucia gniewu czy wściekłości wobec Żydów – a te emocje mogą lec u podłoża przestępczych zachowań z ich strony – to wypowiedź taka nie może wytworzyć u jej adresatów przekonania, że muszą oni bić bądź zabijać Żydów, jeśli tylko sami chcą uniknąć śmierci. Jakkolwiek we wszystkich wspomnianych tu przypadkach adresaci pewnych wypowiedzi zostają błędnie przekonani co do istnienia pewnych stanów faktycznych, to psychologiczne mechanizmy prowadzące od takich przekonań do określonych zachowań nie są we wszystkich tych przypadkach takie same. W ostatnim z nich ludzie, aczkolwiek są owładnięci pewnymi negatywnymi emocjami, to jednak mają największą możliwość powstrzymania się od zachowań wyrządzających innym krzywdę i posunięcie się do  przestępczych działań jest w największym stopniu wynikiem swobodnej decyzji o podjęciu takich działań z ich strony.

Czy wynika z tego – bądź powinien wynikać – wniosek, że kłamliwe rozpowszechnienie wiadomości o porwaniu dziecka przez mieszkających w jakimś mieście bliżej nieokreślonych Żydów, w krótkim – wynoszącym co najwyżej godziny - czasie prowadzące do wybuchu skierowanej przeciwko społeczności żydowskiej przemocy powinno być czymś bezkarnym? To dla mniej nie jest bynajmniej oczywiste. Wydaje mi się, że na gruncie obowiązującego w amerykańskim prawie „testu Brandenburga” taka wypowiedź, pod warunkiem możliwości udowodnienia, że autor tej wypowiedzi miał zamiar wywołać kryminalne działania (lub może nawet, że miał absolutną świadomość, że wypowiedź ta może mieć takie skutki, choćby nawet nie chciał wywołania takich skutków w jakiś bezwzględnie konieczny sposób) mogłaby zostać uznana za przestępstwo. Lecz są tacy, którzy uważają, że ochrona wolności słowa powinna iść dalej, niż zapewnia to „test Brandenburga”. I tak np. teksański profesor prawa David R. Dow (nawiasem mówiąc szczególnie specjalizujący się w tematyce kary śmierci i występujący jako adwokat osób zagrożonych taką karą, czy skazanych na taką karę w Teksasie) w opublikowanym w 1998 r. artykule „The Moral Failure of the Clear and Present Danger Test” (oraz napisanym wspólnie z R. Scott Shieldes’em „Rethinkig the Clear and Present Danger Test”) proponował, by Klauzula Wolności Słowa Pierwszej Poprawki do Konstytucji USA chroniła wszelkie wypowiedzi z wyjątkiem takich, które spełniałyby trzy łączne warunki: (1) konkretną intencją autora wypowiedzi było spowodowanie bezprawnej szkody, (2) szkoda faktycznie powstała jako bezpośredni wynik wypowiedzi, oraz (3) autor wypowiedzi, poprzez swoją mowę, przytłoczył (tj. kontrolował) wolę słuchacza. Jak ma się ten test do wspomnianych przeze mnie hipotetycznych przypadków wypowiedzi? Z punktu widzenia odpowiedzi na to pytanie kluczowe wydaje się jego trzecie kryterium, czyli to, czy autor wypowiedzi poprzez swoje słowa „przytłoczył” – kontrolował wolę jej odbiorcy. Pojęcie „przytłoczenia” – kontrolowania woli odbiorcy należy rozumieć jako wywołanie u niego wrażenia, że nie może się on zachować inaczej, jak w przestępczy – w normalnym w każdym razie przypadku – sposób. Czy kryterium to byłoby spełnione w przypadkach wspomnianych przeze mnie rodzajów wypowiedzi? Otóż myślę, że w dwóch pierwszych tak. Ludzie zabijający psa pod wpływem usłyszenia informacji, że jest on wściekły oraz ludzie uciekający przed nieistniejącym w rzeczywistości pożarem zachowują się w określony sposób w wyniku wywołanego u nich przez autorów pewnych wypowiedzi przekonania, że muszą się oni tak zachować, jeśli chcą uniknąć zagrażającego im bezpośrednio niebezpieczeństwa. Można zatem powiedzieć, że wola tych osób jest kontrolowana – jest, można powiedzieć, fałszywie stworzona, przez autorów skierowanych do nich słów. Lecz o ludziach, do których dociera kłamliwa informacja o porwaniu jakiegoś dziecka przez Żydów i która to informacja wywołuje u nich uczucia gniewu, nienawiści czy wściekłości – w następstwie których to uczuć postanawiają oni dać Żydom „nauczkę” trudno byłoby powiedzieć, że powstała u nich wola przestępczego działania była w 100% wynikiem oddziaływania na nich takiej informacji. Owszem, może byłoby powiedzieć to, że istniał związek przyczynowo skutkowy – całkiem przy tym bliski – pomiędzy usłyszeniem przez nich wspomnianej informacji, wywołaniem pewnych emocji oraz powstaniem woli posunięcia się do przestępczych działań i faktycznym posunięciem się do tych działań. Lecz trudno byłoby powiedzieć, że wola tych osób została „przytłoczona”, owładnięta wskutek skierowania do nich takiej wiadomości.

Jak więc widać, o ile „test Brandenburga” mógłby nie chronić kogoś, kto w zamiarze wywołania w najbliższym czasie przemocy przeciwko Żydom rozpowszechniłby świadomie kłamliwą informację o porwaniu dziecka przez Żydów, co faktycznie prowadziłoby do przemocy w krótkim czasie (choć oczywiście nie byłoby to czymś bezspornym – w myśl „testu Brandenburga” osobie takiej należałoby przede wszystkim udowodnić, że rozpowszechniła ona taką informację w zamiarze spowodowania popełnienia przestępstwa, co mogłoby nie być łatwe), to test zaproponowany przez prof. Dow’a najprawdopodobniej chroniłby taką wypowiedź. Wypowiedź taka byłaby również chroniona według zaproponowanego przez Franklyna S. Haimana w jego wydanej w 1981 r. książce „Speech and Law in a Free Society” podejścia, zgodnie z którym autor podżegającej do popełnienia przestępstwa wypowiedzi mógłby odpowiadać za jej efekt wyłącznie wówczas, gdyby pozbawił jej odbiorców możliwości wyboru w kwestii tego, czy popełnić przestępstwo czy też nie. Chroniłoby ją zapewne również zaproponowane przez sędziego Williama O. Douglasa w jego opinii w sprawie Brandenburga podejście, w myśl którego jedynym rodzajem wypowiedzi niechronionym przez I Poprawkę z tej racji, że prowadzi ona czy też może prowadzić do jakichś szkodliwych czy przestępczych działań miałaby być „mowa połączona z akcją” (speech brigaded with action), której klasycznym przykładem według sędziego Douglasa było kłamliwe krzyczenie „pożar!” w teatrze i wywołanie paniki. Co prawda w przykładzie, o którym była tu wcześniej mowa – takim, że ktoś fałszywie oskarża Żydów o porwanie dziecka, co w krótkim czasie prowadzi do pogromu – wypowiedź w możliwy (jak sądzę) do udowodnienia sposób prowadzi do przemocy. Lecz wydaje się jednak, że czas, po jakim taka przemoc by ewentualnie nastąpiła, byłby zbyt długi, by można było powiedzieć, że hipotetyczna wypowiedź o której była tu mowa, byłaby wypowiedzią bezpośrednio połączoną z przestępczym działaniem. Przede wszystkim, w odniesieniu do takiej wypowiedzi nie dałoby się powiedzieć tego, że jej odbiorcy zostali zmuszeni do dokonania aktów przemocy i w praktyce pozbawieni możliwości dokonania wyboru w kwestii tego, czy popełnić przestępstwa czy też nie.

Jak zatem widać, jakkolwiek wypowiedź kłamliwie oskarżająca żyjących w jakimś mieście bliżej nieokreślonych Żydów o porwanie dziecka i w ciągu co najwyżej godzin prowadząca do antyżydowskiego pogromu być może mogłaby zostać uznana za wypowiedź niechronioną przez I poprawkę do konstytucji USA na mocy „testu Brandenburga” (choć myślę, że ze stwierdzeniem czegoś takiego byłyby duży problem związany choćby z koniecznością udowodnienia przed sądem, że bezpośrednim zamiarem autora takiej wypowiedzi było wzniecenie przemocy w bardzo bliskim czasie) to według pewnych – proponowanych przez niektórych sędziów, czy profesorów prawa bądź komunikacji (Haiman był profesorem komunikacji międzyludzkiej) – podejść do kwestii granic wolności słowa wypowiedź taka logicznie rzecz biorąc musiałaby być bezkarna. Rzecz jasna, można zadać pytanie o to, czy wspomniane tu propozycje profesorów Dow’a, Haiman’a i sędziego Douglasa były dobre. Jakby się na nie nie patrzeć, były to propozycje skrajnego ograniczenia odpowiedzialności za słowa – mógłby ktoś powiedzieć, że były to propozycje wprowadzenia skrajnej nieodpowiedzialności za słowo. Według tych propozycji zachęcanie do popełnienia przestępstwa, czy to prowadzące czy też nieprowadzące do jego faktycznego dokonania niemal zawsze musiałoby być bezkarne – i mogłoby być przedmiotem odpowiedzialności prawnej tylko w pewnych wyjątkowych sytuacjach. Mógłby też ktoś twierdzić, że propozycje te były po prostu niebezpieczne. Czy bezkarność osób nawołujących do popełniania przestępstw – w możliwy sposób uchylona tylko w szczególnych, osobliwych, rzadko zdarzających się przypadkach nie byłaby czymś stwarzającym dla społeczeństwa poważne i niemożliwe do zaakceptowania ryzyko?

Pytać się o coś takiego można, a nawet warto. Lecz ja mimo wszystko sądzę, że komuś wysuwającemu wobec wspomnianych tu propozycji takie obiekcje i wyrażających obawy o ich możliwe konsekwencje (w postaci np. wzrostu zagrożenia dla bezpieczeństwa publicznego, które implementacja rzeczonych propozycji w wyobrażalny sposób mogłaby za sobą pociągnąć) warto byłoby zwrócić uwagę, że będący częścią amerykańskiego prawa „test Brandenburga” też zapewnia bardzo znaczną – choć nie absolutną – nieodpowiedzialność za słowa. Zgodnie z kryteriami ustalonymi przez Sąd Najwyższy USA w sprawie Brandenburg v. Ohio nie można karać ludzi za głoszenie takich czy innych poglądów z tego powodu, iż istnieje obawa – nawet racjonalnie uzasadniona – że poglądy te mogą stać się podłożem szkodliwych i krzywdzących inne osoby działań. Nie można zatem karać za np. „mowę nienawiści” czy też „propagowanie faszyzmu” ani żadnego innego ustroju czy jakiejkolwiek, choćby najbardziej niemoralnej i zbrodniczej ideologii czy filozofii. Nie można karać za propagowanie przestępczej działalności, o ile nie ma się na celu spowodowania takiej działalności w bardzo bliskim czasie. Nie można również karać za nawoływanie do przestępczego działania nawet w najbliższym czasie, jeśli nie jest prawdopodobne, że nawoływanie to faktycznie doprowadzi do takiego właśnie działania. Zgodnie z „testem Brandenburga” nie mógłby również zostać ukarany ktoś, kto swoimi słowami faktycznie doprowadziłby do natychmiastowego wywołania akcji sprzecznej z prawem (np. aktów przemocy), lecz odnośnie kogo nie dałoby się wykazać w sądzie, że chciał on wywołać taką akcję – zdawanie sobie sprawy z potencjalnej możliwości spowodowania takiej akcji byłoby niewystarczające.

Jak zatem widać „nieodpowiedzialności za słowo” jest pod rządami obecnego amerykańskiego prawa naprawdę dużo. Lecz… zadajmy takie pytanie: czy coś złego w praktyce z tego powodu się dzieje? Myślę, iż można powiedzieć, że nie. Zwróćmy tu uwagę na takie rzeczy, jak choćby na to, że w USA – inaczej, jak w zdecydowanej większości innych krajów świata, nie zabrania się tzw. „mowy nienawiści” – wyjątkiem szczególnych jej przypadków, takich, gdy taka „mowa” jest bezpośrednio niebezpiecznym w konkretnej sytuacji podburzeniem do przemocy (tj. wówczas, gdy spełnia ona „test Brandenburga”), lub gdy stanowi ona groźby przemocy wobec konkretnych osób bądź ich niewielkich, określonych grup (np. mieszkańców jakiegoś domu, pracowników jakiejś instytucji itd.), względnie kiedy jest ona bezpośrednią napaścią słowną twarzą w twarz, mogącą sprowokować jej adresata do najoględniej mówiąc mordobicia – czyli wtedy, gdy stanowi ona, jak to jest określane w amerykańskim slangu prawniczym „fighting words” czyli „słowa walczące”, a dalej kiedy jest ona uporczywym, bezpośrednim werbalnym dręczeniem innej osoby i wreszcie, teoretycznie rzecz biorąc, kiedy zniesławia ona jakąś osobę, ewentualnie też grupę osób, ale tylko wówczas, gdy grupa ta jest na tyle mała, że odbiorcy dyfamacyjnej wypowiedzi mogą w rozsądny sposób uznać, że przypisywanym przez nią tej grupie cechom odznaczają się wszyscy członkowie tej grupy – amerykańskie sądy stoją na stanowisku, że grupą, którą w sensie prawnym można zniesławić (i ponieść za to odpowiedzialność prawną) może być grupa licząca nie więcej, niż ok. 25 osób – reguła ta w oczywisty sposób wyklucza odpowiedzialność za zniesławianie całych grup narodowych, etnicznych, rasowych, religijnych, zawodowych, grup typu osoby LGBT itd., wyklucza też ona możliwość karania za znieważanie takich grup (co w Polsce w niektórych przypadkach stanowi przestępstwo określone w art. 257 k.k.) – tak nawiasem zresztą mówiąc, o ile amerykańskie sądy, na czele z federalnym Sądem Najwyższym uznają zniesławienia (dotyczące w pierwszym rzędzie konkretnych osób) za wypowiedzi niechronione przez I Poprawkę (choć też nie pozbawione całkiem daleko idącej ochrony – przypomnijmy tu jeszcze raz, że urzędnik publiczny, czy też ktoś będący osobą publiczną może wygrać proces o zniesławienie wyłącznie pod takim warunkiem, że wykaże on nie tylko to, że dotycząca go informacja była fałszywa, ale także, że udowodni on, iż autor tej informacji opublikował ją ze świadomością jej fałszywości bądź przynajmniej świadomie godząc się na to, że może być ona niezgodna z prawdą; zresztą nawet zniesławienia dotyczące osób prywatnych mogą być przedmiotem odpowiedzialności prawnej tylko wówczas, gdy chodzi o wypowiedzi nie odpowiadające prawdzie, choć na zniesławionej osobie nie ciąży w takim przypadku obowiązek wykazania w sądzie, że autor inkryminowanej wypowiedzi wiedział o jej fałszywości bądź był świadom tego, że może być ona fałszywa i godził się z tym – a tylko obowiązek wykazania jakiegoś niedbalstwa z jego strony) to orzecznictwo Sądu Najwyższego USA nie zna takiego wyjątku od ochrony, którą mówionym, czy pisanym słowom, albo tzw. wypowiedziom symbolicznym (takim, jak np. palenie flagi, wymachiwanie flagą, salutowanie, prezentowanie gestów kojarzonych z jakąś ideologią – np. „heil Hitler”) zapewnia Pierwsza Poprawka, jak znieważenie – czyli wyrażenie się o kimś w sposób obraźliwy, chamski, grubiański, poniżający – które nie jest jednak zniesławieniem, czyli przypisywaniem danej osobie postępowania bądź obiektywnych cech, które to postępowania, bądź cechy, w przypadku uznania ich za prawdziwe narażałyby tę osobę na nienawiść czy pogardę ze strony współobywateli – karalność zniewag w amerykańskim prawie ogranicza się do wspomnianych tu wcześniej „fighting words” i ewentualnie słownego dręczenia – obowiązujące w obecnym amerykańskim prawie reguły wykluczają karanie ludzi z tego powodu, że ktoś brzydko czy obraźliwie się o kimś wyraził. Jednak, mimo, iż w USA nie zabrania się „mowy nienawiści”, to tzw. „przestępstw z nienawiści” czyli aktów przemocy czy niszczenia czyjegoś mienia motywowanych wrogością wobec ludzi należących do takich czy innych grup narodowych, rasowych, religijnych bądź jeszcze innych (np. osób LGBT) jest w Stanach Zjednoczonych względnie (w stosunku do liczby ludności tego państwa) mniej, niż w tych krajach, gdzie za „hate speech” można nawet trafić do więzienia (pisałem o tym m.in. w tym tekście). Nie jest w USA zakazane (inaczej jak w Polsce) „publiczne propagowanie faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa”) lecz nic nie daje podstaw do obawy, że Stany Zjednoczone w jakiejś względnie bliskiej przyszłości mogą stać się czymś przypominającym np. III Rzeszę – faszystowskie, czy komunistyczne organizacje, które oczywiście istnieją i legalnie działają w tym kraju, są tam kompletnym politycznym marginesem. Wolno w USA nawoływać do np. rewolucji komunistycznej – lecz takich, którym by się marzyła taka rewolucja jest tam może tyle, co kot napłakał. W niedawnym tekście zwróciłem uwagę na to, że aktów terroryzmu – a więc przestępstw, które mają jakieś podłoże w szerzeniu takich czy innych idei i których prawdopodobieństwo w wyobrażalny (co nie znaczy, że faktyczny) sposób może zwiększać propaganda uciekania się do przemocy było w USA w latach 2012 – 2017 mniej, niż we Francji i Wielkiej Brytanii – choć nieco więcej, niż w Niemczech, które są jednak ludnościowo znacznie mniejszym, niż Stany Zjednoczone krajem (podobnie zresztą, jak dwa pozostałe). Badania amerykańskiego instytutu Pew Research Center wykazały, że w krajach zabraniających wypowiedzi bluźnierczych (czy obrażających uczucia religijne) konflikty na tle wyznaniowym są – średnio rzecz biorąc – bardziej nasilone, niż w tych, w których obrażanie Boga (czy też bogów) albo innych obiektów kultu religijnego nie jest przestępstwem. W Japonii liczba gwałtów i innych przestępstw seksualnych (np. molestowania dzieci) radykalnie spadła po tym, jak ostro tępiona tam jeszcze w latach 80. pornografia – przy okazji, nader często łącząca seks z przemocą – stała się tam łatwo dostępna – w tym także dla hipotetycznie najbardziej podatnych na jej oddziaływanie osób nieletnich. Analiza danych pochodzących z wielu krajów świata, jaką przeprowadzili duński prawnik Jacob Mchangama i politolog Rasmus Fonnesbaek Andersen wykazała, że jakkolwiek w najbardziej zamkniętych społeczeństwach świata poluzowanie cenzury potrafi prowadzić do zaostrzenia toczących się w nich konfliktów, to w pozostałej części świata związek między ochroną wolności słowa, a konfliktami jest negatywny. We wspomnianej analizie – o której jest mowa w artykule J. Mchangamy „How censorship crosses borders” zwrócili też oni uwagę na kompleksowe studium dotyczące prawicowego ekstremistycznego terroryzmu i przemocy w Europie Zachodniej. Jak pisze Mchangama, autor tego studium stwierdził, że „szeroko zakrojone publiczne represje wobec radykalnie prawicowych aktorów i opinii są jednym z prawdopodobnych czynników napędzających skrajną prawicową przemoc w Europie Północnej i podkreślił paradoks, że środki zaradcze mające na celu ograniczenie radykalnej prawicy wydają się podsycać skrajnie prawicową przemoc”.

Jak zatem widać, jakkolwiek to, co jedni ludzie mówią, piszą czy wyrażają w jeszcze inny sposób (weźmy tu muzykę, sztuki plastyczne, czy tzw. wypowiedzi symboliczne) może mieć czasem niebezpieczny wpływ na pewne osoby i obiektywnie rzecz biorąc przyczyniać się do szkodliwych i krzywdzących dla innych ludzi działań z ich strony – a przynajmniej pewne takie działania trudno byłoby sobie w sposób poważny wyobrazić bez wpływu takich czy innych wypowiedzi na ich sprawców (przepraszam bardzo, czy w ogóle może ktoś sobie wyobrazić np. to, że wspomniani tu wcześniej Francisco Lotero i Miriam Coletti z Argentyny mogliby zabić jedno ze swych dzieci, drugie próbować uśmiercić i popełnić samobójstwo ze strachu przed globalnym ociepleniem, gdyby wcześniej nic o globalnym ociepleniu i jego możliwych konsekwencjach nie czytali ani nie słyszeli?) to jednak niebezpieczeństwa, jakich często upatruje się w takich czy innych „niebezpiecznych” rodzajach wypowiedzi – a więc np. w „mowie nienawiści”, propagowaniu przemocy, pornografii, przemocy obecnej w mediach są zwykle wyolbrzymiane. Gordon Danning w swym artykule „’Hate Speech” Does Not Incite Hatred” bardzo dobrze wykazuje przesadne wiązanie „niebezpiecznych” wypowiedzi z przemocą na przykładzie Rwandy, w której „mowa nienawiści” uprawiana przez osławione „Radio Tysiąca Wzgórz” miała doprowadzić do ludobójstwa, jakiego stanowiący większość ludności tego kraju ludzie z plemienia Hutu dokonali na mniejszości Tutsi. Jak pisze on we wspomnianym tekście „popularna narracja dotycząca roli „radia nienawiści” ignoruje dwadzieścia lat badań, które znajdują niewiele dowodów na to, że audycje radiowe powodowały, że ludzie angażowali się w ludobójstwo. Na przykład badanie opublikowane w ‘Criminology’ z 2017 r. nie wykazało żadnego statystycznie istotnego związku między narażeniem na działanie radia a zabijaniem. Co więcej, antropolog Charles Mironko przeprowadził wywiady ze stu skazanymi sprawcami i stwierdził, że wielu z nich albo nie słyszało audycji ‘radia nienawiści’ albo błędnie je interpretowało, zaś politolog z University of Wisconsin, Scott Straus, odkrył, że to presja współobywateli i osobiste apele, a nie nienawiść pobudzana przez radio, były tym, co motywowało większość sprawców. Podobnie, obszerna książka politolożki Lee Ann Fujii na temat ludobójstwa w Rwandzie wykazała, że ci, którzy brali udział w ludobójstwie, nie wykazywali jakiegoś niezwykłego poziomu strachu lub nienawiści wobec Tutsi. Zamiast tego uczestniczyli oni w nim na skutek osobistych relacji z lokalnymi elitami, często dlatego, że obawiali się reperkusji, gdyby nie brali udziału. Nienawiść nie miała z tym nic wspólnego”. W każdym razie, jak pisze Danning „konsensus między naukowcami jest jasny: ‘mowa nienawiści’ nie powoduje nienawiści. Raczej, w zakresie w jakim ma ona jakikolwiek wpływ na przemoc, to poprzez to, że ułatwia takie działania osobom już skłonnym do stosowania przemocy, głównie poprzez nałożenie imprimatur oficjalnej aprobaty na akty przemocy i sprawienie tym samym, że ludzie, którzy już są nienawistni i skłonni do przemocy uznają, że akty przemocy mogą im ujść na sucho”. Jak Gordon Danning pisze dalej „to oznacza, że cenzurowanie ‘mowy nienawiści ze strony zwykłych ludzi jest bezcelowe – niebezpieczna może być wyłącznie „mowa nienawiści” ze strony elit (i nawet wtedy nie poprzez tworzenie nienawiści). Nie ma dowodów na to, że „mowa nienawiści” zwykłych ludzi ma jakikolwiek wpływ na przemoc”. To samo, co Gordon Danning pisał o „mowie nienawiści” można powiedzieć o wypowiedziach jakiegokolwiek rodzaju. Jak we wspomnianym tu już tekście o cenzurze i podżeganiu pisał Andrew Boyle psycholog Hugo Mercier zauważył, że „religijny prozelityzm, propaganda, reklama i tak dalej nie są bardzo efektywne w zmienianiu ludzkich umysłów, zaś akceptacja przekonań prowadzących do kosztownych zachowań jest czymś jeszcze mniej prawdopodobnym”. Jak pisze znów Gordon Danning „wbrew popularnemu przekonaniu mało jest dowodów na to, że propaganda jest zdolna zmieniać umysły – jest raczej tak, że jest ona generalnie rzecz biorąc efektywna wśród tych, którzy już się z nią zgadzają i przynosząca skutki odwrotne od zamierzonych wśród tych, którzy nie zgadzają się z nią. Ta prawidłowość dotyczyła nawet nazistowskiej propagandy antyżydowskiej w III Rzeszy, która zmniejszyła liczbę donosów na Żydów przez zwykłych ludzi na tych terenach, które historycznie nie były antysemickie”.

Jak zatem widać, daleko posunięta, w amerykańskim stylu wolność słowa nie jest niczym złym – nie ma dowodów na to, by była. Czy byłoby czymś złym, gdyby wolność ta została jeszcze bardziej rozszerzona? Jak była tu już mowa, granicę wolności słowa w obecnym amerykańskim prawie – w takim przynajmniej zakresie, w jakim powodem ograniczenia tej wolności miałoby być to, że korzystanie z niej może prowadzić do jakichś szkodliwych działań ze strony jej odbiorców – a więc np. przemocy, dyskryminacji czy przestępstw – wyznacza będący pochodną „testu wyraźnego i bezpośredniego niebezpieczeństwa” „test Brandenburga”. Ten test jest zapewne najlepszym realnie funkcjonującym kryterium, jeśli chodzi o ustalenie tego, jak daleko państwo może się posunąć w tępieniu niebezpiecznej w odczuciu jego przedstawicieli ekspresji – tu przypomnę zdanie sędziego Holmesa „every idea is an incitement” – zdanie to sugeruje nie tylko to, że „każda idea jest podżeganiem” – co znaczy, że szerzenie jakichkolwiek poglądów może prowadzić do tego, że jacyś ludzie przejęci tymi poglądami posuną się do bezprawnych i szkodliwych działań - lecz implicite także to, że propagowanie jakiegokolwiek poglądu potencjalnie rzecz biorąc może być postrzegane jako niebezpieczne, bez względu na faktyczny stopień wynikającego z niego zagrożenia – co miało zresztą miejsce w sprawie Benjamina Gitlowa, skazanego na karę więzienia za propagowanie rewolucji komunistycznej, w uzasadnieniu wyroku w której to właśnie sprawie sędzia Holmes napisał wspomniany aforyzm. Ale nie jest to jednak test, odnośnie którego nie można byłoby mieć żadnych wątpliwości. Dlaczego? Otóż przede wszystkim dlatego, że zawiera on niejasne i nieoczywiste, jeśli chodzi o możliwe sposoby ich interpretacji, pojęcia – takie, jak „imminent” i „likely”. Ocena tego, czy jakaś wypowiedź miała na celu spowodowanie „imminent lawless action”… no właśnie, jak to tłumaczyć na polski – natychmiastowej bezprawnej akcji, bezprawnej akcji w najbliższym czasie, czy może nieuchronnej bezprawnej akcji? i czy spowodowanie takiej akcji było „likely” czyli prawdopodobne jest niestety zależna od subiektywnego „widzimisię” kogoś, kto został powołany do dokonania takiej oceny – a więc np. członków ławy przysięgłych. Oczywiście, zakres tego „widzimisię” jest na pewno bez porównania mniejszy, niż ten, który ma np. sędzia dokonujący oceny tego, czy jakaś wypowiedź była – czy też nie była – „nawoływaniem do nienawiści” – a więc nie mającej oczywistego, bezspornego znaczenia, ani możliwych do wyznaczenia w precyzyjny sposób granic emocji. Procesy o nawoływanie do popełnienia przestępstwa są w USA czymś bardzo rzadkim i procesach takich, o ile się orientuję, dużą rolę odgrywają dowody dotyczące faktycznych skutków inkryminowanych wypowiedzi. Niemniej „test Brandenburga” literalnie rzecz biorąc nie wymaga tego, by nawołująca do przestępczego działania wypowiedź faktycznie doprowadziła do takiego działania, zaś ocena tego, czy dana wypowiedź miała na celu spowodowanie „imminent lawless action” – jak już wcześniej wspomniałem, słowo imminent jest dość dalekie od jednoznaczności – można je w ogóle rozmaicie tłumaczyć – i czy zachodziło prawdopodobieństwo wywołania takiej właśnie „akcji” jest w jakimś, być może nawet dużym, stopniu podatna na dokonywanie jej poprzez pryzmat subiektywnego „widzimisię” i na manipulacje. Przyjęcie, że można karać wyłącznie za takie wypowiedzi, które faktycznie bezpośrednio prowadzą do popełnienia przestępstwa – bądź przynajmniej próby jego popełnienia – spowodowałoby to, że możliwość represjonowania ludzi z powodu uznania, że takie czy inne ich wypowiedzi były niebezpieczne znacząco by się zmniejszyła, a granice, poza które nie może się posunąć karanie ludzi za słowa stałyby się bardziej jasne.

Lecz to wszystko są rozważania o charakterze wysoce teoretycznym. Z dwóch zasadniczych powodów. Po pierwsze, nie przypuszczam, by Sąd Najwyższy USA chciał w bliskim czasie zrewidować „test Brandenburga” i zastąpić go jakimś jeszcze bardziej kategorycznie chroniącym wolność słowa – trudno, jak sądzę, byłoby o okazję do takiego posunięcia (w postaci np. skazania przez sąd niższej instancji kogoś za takie nawoływanie do popełnienia przestępstwa, odnośnie którego byłoby mało prawdopodobne, by nawoływanie to mogło przynieść oczekiwany przez jego autora efekt). Po drugie – i to jest powód główny – dlatego, że takie historie, że ktoś jakimś mieście rozpowszechnił wiadomość, że mieszkający tam Żydzi porwali jakieś dziecko – i podnieceni tą wiadomością ludzie hurmem ruszyli bić czy zabijać Żydów – w USA się po prostu nie zdarzają. W ogóle, poziom antysemityzmu w USA – gdzie antyżydowska „mowa nienawiści” nie jest generalnie rzecz biorąc przestępstwem (o ile wypowiedzi bezpośrednio nawołujące do przemocy przeciwko Żydom mogłyby być tam w pewnych przynajmniej – choć nie wszelkich - przypadkach karalne, to wypowiedzi zachęcające do nienawiści – a więc po prostu emocji – wobec Żydów czy obrażające Żydów jako grupę narodową bądź religijną nie mogą być przedmiotem sankcji prawnych) – jest niższy, niż w wielu krajach, w których za „mowę nienawiści” przeciwko Żydom (bądź też np. za „kłamstwo oświęcimskie” czy „propagowanie faszyzmu”) można trafić za kratki. Wskazują na to choćby badania znanej żydowskiej organizacji AntiDefamation League, które wykazały, że o ile w 2015 r. antysemici (według niewątpliwie rozciągliwych i kontrowersyjnych kryteriów przyjętych przez tę organizację) stanowili 10% dorosłych mieszkańców USA, to w Niemczech antysemitów naliczono 16%, we Francji 17%, w Austrii (w tym przypadku w 2019 r.) 20%, w Belgii (również w 2019 r.) 24% - a w Polsce, gdzie antysemicka „mowa nienawiści” również uznawana jest za przestępstwo i karana – czasem, choć oczywiście rzadko – bezwzględnym więzieniem – 48% (ciekawe… choć największą liczbę antysemitów, bo 93% stwierdzono na Zachodnim Brzegu Jordanu i w Strefie Gazy, zaś najmniejszą – bo tylko 0,2% w Laosie). Pisząc niedawno opublikowany tekst, w którym odniosłem się do niesławnej demonstracji nacjonalistów 11.11. 2021 r. w Kaliszu (i aresztowania przemawiających podczas niej osób) na podstawie dostępnych w Internecie danych obliczyłem, ile przestępstw z nienawiści przeciwko Żydom – takich, jak akty przemocy, przestępstwa przeciwko mieniu i przypadki zastraszania przypadało w 2020 r.na statystyczne 100 tys. Żydów w Austrii, Finlandii, Francji, Kanadzie, Niemczech, Norwegii, Szwecji, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii i w USA. Liczby te, jeśli chodzi o poszczególne rodzaje przestępstw, przypadających na statystyczne 100 tys. Żydów były, jeśli chodzi o poszczególne typy antysemickich przestępstw następujące:

Lubię to! Skomentuj5 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka