4 obserwujących
50 notek
60k odsłon
  1071   0

„Jak się chce psa uderzyć, kij się zawsze znajdzie”

Orzeczenie Sądu Najwyższego budzi moje wątpliwości – więcej nawet, wywołuje wrażenie instrumentalnej, skrojonej pod przypadek konkretnej osoby, interpretacji prawa. Czy Internet rzeczywiście jest miejscem publicznym w tym znaczeniu, w jakim pojęcie miejsca publicznego zostało użyte w art. 141 k.w.? Próbując odpowiedzieć na tak postawione pytanie chciałbym zauważyć, że w prawie polskim nie ma – jak się okazuje – żadnej definicji „miejsca publicznego”. Generalnie rzecz biorąc przyjmuje się jednak, że miejscami publicznymi są takie miejsca, jak ulice, place, skwery, ogólnodostępne budynki – np. sklepy – czy środki publicznego transportu. Chodzi więc o miejsca do których ludzie mają zasadniczo rzecz biorąc swobodny dostęp. Niekoniecznie musi być to przy tym dostęp stały i bezwarunkowy. Miejscem publicznym jest z pewnością sklep, otwarty za dnia, lecz zamknięty w nocy. Jest też nim niewątpliwie kino, teatr czy muzeum, do którego można wejść dopiero po zakupieniu biletu. Czy w świetle powyższego miejscem publicznym jest także Internet? Ponieważ w polskim prawie nie ma żadnej pozytywnej definicji „miejsca publicznego” – mówiącej, że miejscem publicznym jest to, to i to – można usiłować twierdzić, że Internet jest takim miejscem. Trzeba się zgodzić co do tego, że Internet jest – w jakimś przynajmniej sensie tego słowa – przestrzenią publiczną, dostępną w gruncie rzeczy dla wszystkich. Wszyscy, którzy czytamy ten – przykładowo – tekst, możemy czytać, oglądać, czy słuchać treści umieszczonych w Internecie przez innych jego użytkowników – niezależnie, czy są oni z Polski, czy z Niemiec, czy z Francji, czy z Brazylii, czy z USA, czy z Nowej Zelandii. I możemy też umieszczać w Internecie własne treści – i treści te będą dostępne wszędzie tam, gdzie tylko dociera Internet – a więc nawet choćby i na antypodach.

Można więc twierdzić, że Internet jest miejscem publicznym. Ale jeśli nawet można tak twierdzić, to chciałbym mimo wszystko zauważyć, że do tej pory żaden sąd – o ile mi wiadomo – nie uznał, że Internet jest miejscem publicznym, w którym umieszczanie nieprzyzwoitych ogłoszeń, napisów czy rysunków, a także używanie słów nieprzyzwoitych (np. w nagraniach audio czy video) stanowi czyn podlegający karze jako wykroczenie. Mimo, że Internet istnieje w Polsce już od dwudziestu kilku lat i nieprzyzwoitych słów czy rysunków jest w nim bez wątpienia od groma i jeszcze trochę. W sprawie treści umieszczanych w Internecie zapadło do tej pory w Polsce wiele wyroków. Dotyczyły one takich spraw, jak zniesławienie, zniewaga, czy „mowa nienawiści”. Nie zetknąłem się jednak – przed omawianym tu wyrokiem Sądu Najwyższego – z informacją, by jakiś sąd uznał, że umieszczanie w Internecie nieprzyzwoitych słów czy rysunków stanowi wykroczenie określone w art. 141 kodeksu wykroczeń i że Internet jest miejscem publicznym w rozumieniu tego przepisu. Więcej – nie zetknąłem się też z informacją, by jakiś sąd uznał do tej pory – w ciągu 47 już lat obowiązywania kodeksu wykroczeń – że miejscem publicznym jest tradycyjna, drukowana prasa. A przecież jeśli uznaje się, że coś takiego, jak strona internetowa jest miejscem publicznym, to nie ma żadnego logicznego powodu, by nie uznać, że takim miejscem jest także strona gazety lub czasopisma. Tak samo każdy może przeczytać bądź zobaczyć, co się w niej znajduje. Każdy jest narażony na ewentualne zetknięcie się z umieszczonymi w niej nieprzyzwoitymi treściami w podobny w gruncie rzeczy sposób, w jaki narażony jest na zetknięcie się z takimi treściami w Internecie.

Biorąc więc pod uwagę to, że żaden sąd – a na pewno nie Sąd Najwyższy – nie uznał przez wspomnianym tu orzeczeniem, że Internet jest miejscem publicznym, w którym umieszczenie nieprzyzwoitych ogłoszeń i napisów oraz używanie nieprzyzwoitych wyrazów stanowi wykroczenie – choć z pewnością było już do tego wiele sposobności - a także, że w ciągu 47-letniej już historii obowiązywania kodeksu wykroczeń i jego art. 141 nigdy nie zostało uznane, że miejscem publicznym w rozumieniu tego przepisu jest drukowana prasa, nie trudno jest dojść do wniosku, że Sąd Najwyższy, uznając, że takim miejscem Internet wyskoczył niczym przysłowiowy Filip z konopi. A dlaczego to zrobił? Odpowiedź jest prosta: bo trafił na kogoś, kogo jego zdaniem – i zdaniem Rzecznika Praw Obywatelskich – należało ukarać. Ale nie z powodu nieprzyzwoitości jego wypowiedzi niezależnej od istoty wyrażanych przez niego poglądów – lecz przeciwnie, dokładnie za jego poglądy – mające charakter wrogi wobec homoseksualistów - używając art. 141 k.w. jako narzędzia umożliwiającego ukaranie go za ich wygłoszenie.

Bo – powiedzmy sobie szczerze - nieprzyzwoitość treści umieszonych przez Matusza Sitasa na stronie internetowej „Dumy i Nowoczesności” była w najgorszym przypadku taka sobie, o ile nie nawet wątpliwa. Znów, oczywiście – podobnie, jak w prawie polskim nie ma żadnej definicji „miejsca publicznego” tak samo nie ma definicji „nieprzyzwoitości”. Tradycyjnie jednak za nieprzyzwoite uważało się te słowa, które mają jakieś konotacje z seksem, oraz z wydalaniem. Chodzi więc o powszechnie uznawane za wulgarne określenie narządów płciowych i wydalniczych, oraz czynności wydalniczych i seksualnych. Czy w tym sensie treści zamieszczone na stronie DiN były nieprzyzwoite?

Lubię to! Skomentuj8 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo