Blog
Jest ryzyko, jest zabawa
Paweł Krawczyk
Paweł Krawczyk Specjalista od bezpieczeństwa.
11 obserwujących 209 notek 59817 odsłon
Paweł Krawczyk, 22 czerwca 2008 r.

Strategia Lizbońska stoi tam gdzie zawsze

W gruncie rzeczy Bruksela powinna być wdzięczna Irlandii za głosowanie przeciwko Traktatowi Lizbońskiemu. W ten sposób zyskuje bowiem atrakcyjne wytłumaczenie zerowej skuteczności Strategii Lizbońskiej, innego dokumentu podpisanego w Lizbonie, tyle że osiem lat wcześniej.

Strategia Lizbońska z 2000 roku miała spowodować, że do 2010 roku Unia Europejska stanie się "najbardziej konkurencyjnym państwem na świecie", wyprzedzając w domyśle zwłaszcza Stany Zjednoczone na punkcie których Bruksela ma nieustający kompleks mniejszości.

Osiągnięcie tego celu było od początku nierealne, bo jedną z głównych zasad polityki Unii Europejskiej jest pojęcie "zrównoważonego rozwoju", które oznacza samoograniczenie w imię ochrony zasobów naturalnych czy zapewnienia środków do życia tym, którzy nie mogą lub nie chce im się pracować.

Wydaje się oczywiste że w warunkach samoograniczenia wyprzedzenie państw, które takich oświeconych ograniczeń nie stosują jest niemożliwe, a tym samym niemożliwe jest osiągnięcie pozycji "najbardziej konkurencyjnego państwa".

Niezależnie od tej sprzeczności w Strategii było sporo postulatów, które mogłyby uczynić życie w Unii lepszym i łatwiejszym: liberalizacja niektórych branż, poprawienia innowacyjności, zwiększenia wykorzystania nowoczesnych technologii i tak dalej. Niestety, hasła te skończyły tak samo jak JOW i podatek liniowy w programie Platformy, to znaczy jako hasła i nic więcej.

W 2004 roku dostrzeżono ten smutny fakt i opracowano "odnowioną Strategię Lizbońską", w której palące problemy niskiej konkurencyjności postanowiono rozwiązać raz na zawsze za pomocą rewolucyjnych reform - na przykład wprowadzając nieznaczne zmiany w regulacjach połowu dorsza na Morzu Północnym (to autentyk).

Co z tego zostało dzisiaj? Niestety tylko statystyki naciągane tak jak w starym dobrym PRL. J. M. Barroso chwali się że od 2005 roku w Europie powstało całe 6,5 mln nowych miejsc pracy. Tyle, że przy liczbie ludności sięgającej pół miliarda jest to wynik słaby, około 1,3%. Stopa zatrudnienia dla Europejczyków w wieku produkcyjnym od 2004 do 2006 roku zmieniła się podobnie - z 63% na 64%. Dlatego Barroso musiał mówić o "milionach", bo lepiej brzmią. Do tego zmniejszyła się stabilność pracy - więcej jest pracowników sezonowych i "na czas określony" (co jest z kolei logiczne przy wzroście obciążeń wynikających ze strategii zrównoważonego rozwoju).

Słabnie też tempo wzrostu gospodarczego (z 1,9 do 1,3) i maleją wydatki na badania naukowe (z 2% do 1,85% PKB), rośnie za to inflacja. Są to tylko wskaźniki oficjalne, bo studium Eurochambres (stowarzyszenie europejskich izb gospodarczych) jest jeszcze bardziej krytyczne, mówiąc wprost że europejska nauka i badania pozostają 30 lat w tyle za USA - i nadal będą.

Za niskimi nakładami na naukę idzie niska innowacyjność. Unijne fundusze na ten cel to w praktyce fikcja, przynajmniej w branży IT, z którą mam bezpośrednią styczność. Fundusze opanowane są przez korporacyjne giganty, które z dopłat na fikcyjne i ciągnące się latami projekty zrobiły sobie po prostu kolejną formę subwencji (pisałem o tym szerzej w SecurityStandard). Fundusze rzekomo dla mikroprzedsiebiorstw obwarowano z kolei tak potężnymi zasiekami formalno-biurokratycznymi, że nakłady na ich uzyskanie mogą znacznie przewyższyć uzyskane wsparcie (jeśli się je w ogóle otrzyma, a można nie otrzymać jeśli np. faktury nie będą podpisane niebieskim długopisem).

Pod względem innowacji nic się nie zmieniło - kraje, które tradycyjnie były trochę bardziej innowacyjne, jak Niemcy czy UK, nadal są innowacyjne tylko trochę bardziej i nadal nie mogą równać się z USA. Te, które były konsumentami innowacji - czyli także Polska z jej postpeerelowskim systemem wykształcenia, nadal nimi są.

Zamiast tego Bruksela skupia się na centralnie sterowanych, monumentalnych jak Pałac Stalina projektach o charakterze pięciolatek, które sa prawdopodobnie kolejną formą subwencji dla informatycznych gigantów. Do takich projektów zaliczam projekt nowej wyszukiwarki Quaero "która zatrzyma dominację Google", realizowanej przez konglomerat zachodnioeuropejskich uczelni i firm informatycznych o budżecie około 99 mln euro (warto zauważyć, że jest to zaledwie dwuletni budżet innego europotworka pod tytułem Europejski Instytut Równości Płci). Żeby dać pojęcie o strukturze finansowania zacytuję:

KE zgodziła się na przeznaczenie pieniędzy podatników, ponieważ projekt nie został "spontanicznie" wsparty przez rynek i ze względu na "rozbieżne interesy popierającego ją konsorcjum oraz niepewność co do rynkowych szans projektu" (za InternetStandard.pl)

Quaero nikt jeszcze nie widział, tymczasem projekt zdążył się już rozpaść na dwa konkurencyjne w wyniku sporów niemiecko-francuskich. Tymczasem w międzyczasie ogłoszono już projekt dofinansowania produkcji gier komputerowych (pewnie jakichś niszowych, na przykład politycznie poprawnych, bo te normalne sprzedają się świetnie) czy kolejny z gatunku "dowalny Amerykańcom" projekt stworzenia alternatywy dla Google Maps. Co charakterystyczne, projekty te są rozciągnięte na tak wiele lat, że gdy przyjdzie czas sprawdzić czy powstały to wszyscy o nich dawno zapomną. Czyżby KE oficjalnie stała się nowym świeckim patronem do spraw beznadziejnych?

Cóż to oznacza dla przeciętnego zjadacza chleba? Głównie tyle, że Bruksela przestała być tworem kierującym się jakimikolwiek racjonalną i spójną polityką.

Zamiast tego Bruksela stała się gigantycznym, rozlazłym tworem, rozciąganym w różne kierunku przez korporacyjnych lobbystów i co chwilę zmieniającym zdanie w zależności od chwilowych trendów (jak z biopaliwami, które najpierw promowali a teraz krytykują czy jazdą na światłach).

Czy Traktat Lizboński mógłby coś tutaj zmienić? Owszem, mógłby ale raczej na gorsze, przez zwiększenie siły rażenia brukselskich dyrektyw. Obecnie dyrektywy unijne nie stanowią prawa - są one wytyczną co należy uregulować i mniej więcej jak. Wszystkie państwa unijne, zwłaszcza zachodnioeuropejski, korzystają z tej elastyczności by omijać co bardziej bzdurne pomysły bądź wdrażać je w taki sposób, by nie zaszkodzić swojej gospodarce*.

Tak czy inaczej, kiedy Komisja Europejska ogłosi triumfalny plan odwrócenia biegu Renu w celu przegonienia amerykańskiej gospodarki to będzie najlepszy znak, że czas się stąd wynosić...


* Polski ustawodawca jest tutaj szlachetnym wyjątkiem i najwidoczniej czerpie sadystyczną przyjemność z "europeizowania" swoich obywateli przez karcenie ich dyrektywami wdrożonymi maksymalnie dosłownie i w sposób najgłupszy z możliwych (patrz np. rozporządzenie o fakturach elektronicznych).

 

 

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

Zarabiam na życie jako specjalista od bezpieczeństwa IT w międzynarodowej korporacji. Sporo jeżdżę po świecie zawodowo i turystycznie. Przez parę lat sprowadzałem z Płn Kaukazu konie kabardyńskie i brałem udział w długodystansowych rajdach konnych. Jestem żonaty, mieszkam w Krakowie. Co roku spędzam sporo czasu w Rosji i na Kaukazie. W latach 2005-2009 byłem członkiem zarządu Internet Society Poland. Jestem także redaktorem naczelnym serwisu SecurityStandard.pl, właścicielem serwisów IPSec.pl, CspBuilder.info, Kabardians.com, Echelon.pl. Mój profil w LinkedIn: Paweł Krawczyk

Ostatnie notki

Obserwowane blogi

Ostatnie komentarze

  • @Autor To o Jaroszewiczu i Gomułce to autentyki? Interesuję się historią centralnego...
  • @Prosty Nikt tego nie rozumie, ja też - właśnie dlatego pytałem NFZ i MZ. Z korespondencji...
  • @Sapiens No więc coś podobnego się szykuje:...

Tematy w dziale