Blog
Krystian Wierzbicki
Krystian Wierzbicki
Krystian Wierzbicki Bezpartyjny socjalista
2 obserwujących 74 notki 69695 odsłon
Krystian Wierzbicki, 30 sierpnia 2017 r.

Rocznica porozumień sierpniowych. Obchody się rozchodzą

783 39 0 A A A

Tegorocznym obchodom rocznicy porozumień sierpniowych ponownie towarzyszą napięcia. Swoje zgromadzenie organizuje Komitet Obrony Demokracji, osobne Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność”. Czy wspólne uroczystości byłyby możliwe? A jeśli już, to na czym miałby właściwie polegać ich sens?

Solidarność” stanowiła szeroki ruch społeczny (dziesięć milionów członków w szczytowym momencie), a więc w nieunikniony sposób niejednorodny. Tak historycznie, jak i aktualnie, występują co najmniej trzy narracje o jej zasadniczych celach (rozumując kategoriami różnych doktryn politycznych):

1) konserwatywno-nacjonalistyczna - zgodnie z którą „Solidarność” napędzało dążenie do suwerenności, a przynajmniej podtrzymywania tożsamości narodowo-religijnej (polskość/katolicyzm);

2) liberalno-demokratyczna – akcentująca znaczenie wolności obywatelskich i praw człowieka, a także pluralizmu politycznego (obecność niereżimowego związku zawodowego jako strategia walki o jego poszerzanie);

3) socjalna – upatrująca motoru wydarzeń sierpniowych w roszczeniach ekonomicznych (niezadowolenie z warunków życia, opór klasy robotniczej wobec partyjnej biurokracji).

Rzecz jasna, każde z wyżej wymienionych ujęć opiera się na uproszczeniach - żadne z nich wykazuje ani absolutnej prawdziwości, ani absolutnej fałszywości tak długo, jak nie domaga się uznania prawa na wyłączność i wykluczenia pozostałych. Zarazem oczywistym jest, że w warunkach walki o wpływy każda strona politycznej rywalizacji uwypukla poszczególne aspekty w zależności od własnych sympatii.

Transformacja ustrojowa, która nadeszła blisko dziesięć lat po pierwszej „Solidarności, przyniosła naturalne podziały w obozie postsolidarnościowym. Scenę polityczną zdominowały nowo powstałe partie polityczne (wbrew próżnym wysiłkom części byłych opozycjonistów, aby trzymać się formuły ruchu społecznego, np. w ramach Komitetów Obywatelskich).

Samo pojęcie „obozu postsolidarnościowego” nasuwa jednak na myśl wspólny mianownik. Takowy działał ponad półtorej dekady, w ostatecznej instancji konsolidując mocno niezgodne ideologicznie stronnictwa, gdy przychodziło do powstrzymania postkomunistów (vide: koalicja stojąca za rządem Hanny Suchockiej, od Unii Demokratycznej po Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe). Dychotomia postsolidarność-postkomuna długo wyznaczała więc główną oś sporu w III RP. Owszem, wewnętrzne konflikty postsolidarnościowych bywały zażarte – ale i wtenczas odwoływały się w do wspólnych punktów odniesienia (wzajemne pomówienia o agenturalność, różne podejście do lustracji i dekomunizacji... te kwestie absorbowały tylko jedną stronę, postkomuniści podlegali wyłączeniu z dyskusji).

Wszystko zmieniło się w roku 2005. Wtedy to nastąpił metapolityczny zwrot, do którego w decydującym stopniu przyczyniła się degeneracja Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Postkomunistyczna lewica, i tak zmierzająca do upadku, przegrała walkowerem, gdy Włodzimierz Cimoszewicz wycofał się z wyborów prezydenckich. Oponenci uzyskali aż nadmiar politycznej przestrzeni - niedoszłym koalicjantom z Platformy Obywatelskiej oraz Prawa i Sprawiedliwości nie pozostało nic innego, jak zacząć walczyć między sobą. Z czasem ta walka przemieniła się w wojnę totalną.

Jako że zarówno PiS jak i PO wyrastają z obozu postsolidarnościowego, obie formacje zawsze ochoczo sięgały po retorykę antykomunistycznych resentymentów. Gdy brakuje prawdziwych postkomunistów (wegetujących poza parlamentem), całego arsenału używa się w obecnym boju. „Stoicie tam, gdzie ZOMO”, „tworzycie PRL-bis”.... zanikły dawne subtelności, gdy dawnych przyjaciół ze styropianu nie wypadało wyzywać od „czerwonych”, co najwyżej od „różowych”.

Spór KOD i „Solidarności” o prawo do pierwszeństwa w organizacji obchodów sprowadza się de facto do sporu między - bliższymi lub dalszymi - satelitami PO i PiS. „Kodersi” twierdzą, że podobnie jak w PRL znów toczy się walka o demokrację i podstawowe wolności (gdyby szukać analogii do zarysowanych wcześniej narracji o tym, czym była „Solidarność”, istnieje tu wyraźny nacisk na numer dwa). Z kolei „Solidarność” - po transformacji działająca w formule zwykłego związku zawodowego, a nie ruchu społecznego - odwołuje się raczej do narracji numer jeden i trzy, podobnie do PiS łącząc „socjal” z wątkami narodowo-katolickimi.

Cały problem pierwszeństwa w prawie do obchodów można by bagatelizować jako nic nieznaczącą przepychankę w obrębie tzw. polityki historycznej. Ale warto pamiętać, że w tym przypadku sporne symbole są jednymi z niewielu czytelnych poza granicami Polski. Skutkiem może okazać się pewne zainteresowanie światowej opinii publicznej, zwłaszcza jeśli temat podejmą zagraniczne media. Warto wziąć pod uwagę, że wówczas w świat może pójść skrótowy przekaz, nieopatrzony wyjaśnieniem wszelkich niuansów klarownych tylko w Polsce. Rodzi się potencjalne zamieszanie  - „Solidarność” posiada historyczny szyld, ale Lech Wałęsa wspiera KOD, czyli o co tu właściwie chodzi?

Wyobraźmy sobie, hipotetycznie, że doprowadzono by nawet do wspólnych obchodów. Po jakie słowa mogłyby sięgnąć skłócone strony? Czy Piotr Duda uznałby zasługi Wałęsy, nie wspominając ani razu o „Bolku”? Czy Krzysztof Łoziński zaakceptowałby czysto historyczny charakter uroczystości, nie czyniąc żadnych aluzji do autorytarnych tendencji obecnej władzy?

Porozumienia sierpniowe zaliczają się do tych wydarzeń historycznych, które nadal są zbyt świeże, aby uniknąć ich wplątania we współczesne podziały. Apele o wspólne obchody mogą przybierać formę wyłącznie naiwną bądź, jeszcze gorzej, cyniczną („to nie my zaczęliśmy dzielić Polaków”, „to oni odtrącają wyciągniętą rękę” etc.).

Niewątpliwie należy ubolewać, gdy konfrontacje wokół świętowania rocznicy porozumień sierpniowych rodzą skrajnie patologiczne formy i przeradzają się w potok insynuacji i obelg. Aczkolwiek warto spojrzeć na to i z innej strony. Emocje, również te złe, świadczą o tym, że wydarzenia 1980 roku wciąż trwają w zbiorowej pamięci, określając stan naszej zbiorowej świadomości i wyobraźni politycznej.

Mamy bowiem do czynienia z wyborem albo-albo. Jeżeli określony epizod historii nie zamiera na kartach podręcznika, a jego bohaterowie nadal angażują się w aktualne sprawy publiczne zamiast zastygać na pomnikach ze spiżu, nieuchronne są kontrowersje i tarcia. To znaczy, że historia wciąż żyje.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

Dawniej pisywałem m.in. na Forum Młodej Lewicy (mlodalewica.pl).

Ostatnie notki

Obserwowane blogi

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • "(...) czy lewica będzie powoli godzić się z hegemonią PiSu i godzić się na przykład na...
  • @deda PPS podpisała porozumienie wyborcze z SLD, jest więc zgodnie z przyjętym w tekście...
  • Dziękuję za tę glossę. Z niektórymi tezami (np. o "konserwatywnej opiekuńczości")...

Tematy w dziale Polityka