9 obserwujących
47 notek
63k odsłony
  423   1

Nie tylko serial „Ludzie i Bogowie”

I znowu coś trzeba oglądać! Trzeba? Bo jak się nic nie ogląda to nudno, a człowiek odzwyczaił się od wychodzenia z domu z powodu… może lepiej nie przypominać.

No więc nowy serial historyczny o niemieckiej okupacji w Warszawie. Coś w rodzaju „Czasu honoru”, tylko mniej patetyczne. I chyba robili to filmowcy nieco młodszego pokolenia, co widać zarówno w sposobie przekazu jak i samego odczytywania historii na nowo. Każde pokolenie widzi to po swojemu. W latach 50-tych i 60-tych mieliśmy Wajdę, Munka, a potem skomiksowaną wizję w postaci czterech pancernych i Hansa Klosa. No i Franek Dolas, który rozpętał drugą wojnę światową. Czyli jednak to my byliśmy wszystkiemu winni... Do tego trzeba dodać gloryfikowanie bohaterskiej Armii Ludowej i naszych sowieckich sojuszników, gdzie tylko się dało. Armii Krajowej wtedy prawie nie było ani żadnych Dywizjonów… 

"Czas Honoru" stanowił pierwszą udaną próbę pokazania naszej wojennej historii na nowo. Jeszcze widzianej z perspektywy pokolenia, które choć samo nie było bezpośrednio dotknięte wojną, ale pośrednio ciągle tak. Bo lata pięćdziesiąte to czasy, kiedy wszystko było nadal w świeżej pamięci, Warszawa leżała w ruinach, a nowi okupanci nie byli bardziej sympatyczni niż poprzedni. Generalnie atmosfera była „powojenna” i czuło się to wszędzie – naokoło domu, w kulturze, w radio, w gazetach. Było po prostu po wojnie. A moja babcia mówił, że było "po powstaniu".

„Po wojnie” przestało być chyba gdzieś pod koniec lat 50-tych, kiedy ludzie mogli na chwilę odetchnąć. Nie był to zbyt głęboki oddech, ale nos znajdował się już nad powierzchnią wody. Wtedy właśnie powstał „Kanał”, „Popiół i Diament” Wajdy czy „Eroica” Munka i przez chwilę wglądało na to, że może da się coś powiedzieć więcej. 

Więcej dało się powiedzieć dopiero na początku lat 90-tych, kiedy Wajda nakręcił „Pierścionek z Orłem w Koronie”, co było zresztą totalną katastrofą, a potem w 2007 „Katyń”, co jakby miało stanowić ostateczne rozliczenie z naszą bolesną historią. 

Dopiero teraz mamy wspomniany "Czas Honoru" i średnio udane Dywizjony 303, które miały być hitem, ale wyszło jak zwykle. Do klasy Hollywoodu daleko. Zapowiadana nowa polityka historyczna i finansowanie ambitnych filmów, aby trafiły na światowy rynek, okazało się zwykłym pustosłowiem. Szkoda. 

„Wojenne Dziewczyny” wpisały się w tradycję takich sobie produkcji. „Miasto 44” oburzyło weteranów Powstania. A teraz oglądamy „Ludzi i Bogów”. Jest lepiej, zdecydowanie lepiej, choć do perfekcji jeszcze kawałek, ale nie narzekajmy za bardzo. 

Były oczywiście kłopoty ze scenografią. Bo Warszawy przedwojennej (i wojennej) przecież już nie ma i co gorzej - nikt nie chce jej odbudować. Ktoś, kto wpadłby na ten pomysł wygrałby wybory na Prezydenta Warszawy! Większość scen kręcono na Starym Mieście i na Krakowskim Przedmieściu. Podobnie zresztą jak w „Czasie Honoru”. Wnętrza natomiast bardzo dobrze oddane z kuchniami węglowymi i piecami kaflowymi, makatki na ścianach, a atmosfera wewnątrz także bez zarzutu. Ubrania z epoki, samochody także, choć „cytryny” były wtedy chyba tylko czarne. Tę czerwoną pewnie ktoś przemalował uznając, że czerwone samochody są najszybsze, czyli kolekcjoner, który ją udostępnił, i z pewnością był to rocznik o wiele młodszy niż z lat 40-tych. Ten model Citroën Traction Avan produkowano od 1934 do 1957 roku. W serialu pojawia się także ciekawy model Opla Kapitana z początku lat 40-tych. 

Scenariusz? Oparty na faktach autentycznych z działalności wydzielonej grupy AK „Wapiennik”. Oczywiście wszystko mocno sfabularyzowane, ale idea ta sama. Likwidowanie najbardziej uciążliwych Niemców i polskich zdrajców. Poruszono także tematy tabu i to w sposób bardziej akceptowalny niż w "Idzie" czy "Pokłosiu". Wreszcie pokazano bardziej ludzką, co nie znaczy wcale „ludzką”, ale może należałoby napisać bardziej człowieczą twarz bohaterów. Ludzie tacy są, jacy są i nie należy ich od razu umieszczać na pomnikach. Byli i tacy, i tacy, a prawie każdy człowiek jest przecież wielowarstwowy. Niektóre wątki nie domykają się zbyt dokładnie, widać fastrygę, ale to może wina samego montażu. Zawsze ktoś musi być winny. 

Reżyser? Nieco ekscentryczna postać – Bodo Kox, urodzony w 1977 roku w poniemieckim Wrocławiu jako Bartosz Koszała. Czyli jakieś trzecie pokolenie po wojnie, co znaczy ma prawo do własnej wizji, ale ma wyczucie epoki. Na zdjęciu w Wikipedii ubrany w jakąś wersję niemieckiego munduru – nie wiem, jak to skomentować, może nie trzeba. 

Obsada – fenomenalna. Nie dlatego, że wspaniali aktorzy, ci nie byli źli, ale dlatego, że wreszcie nowi aktorzy, których twarze nie zużyły się w marnych komediowych produkcjach ostatnich lat. Takie nowe twarze są też bardziej wiarygodne w filmach historycznych, pozwalają łatwiej utożsamiać się z bohaterami filmowymi. Konspiracja nieco knajpiana i ostro zakrapiana alkoholem, ale może istotnie tak było i to podpalanie setki… No to też często pokazuje się w polskich filmach. Nie szkoda alkoholu? Było i u Osieckiej. Taki ograny chwyt, ale zawsze bierze za serce. Aktor grający Hłaskę u Osieckiej pojawia w obsadzie jako jedyna dla mnie rozpoznawalna twarz, i zachowuje się dokładnie tak samo jak u Osieckiej. Pije i robi miny – widocznie takie ma aktorskie emploi. 

W filmach tego typu Niemcy czy zdrajcy muszą mieć okropne twarze zwyrodniałych psychopatów i to jest przypadłość większości polskich filmów wojennych – generalnie dobrzy są, ładni, niedobrzy brzydcy. Żeby widz od razu wiedział i nie musiał się domyślać. Rzadko zdarza „ładny” i dobry Niemiec, może z wyjątkiem „Pianisty” Polańskiego, czy „Listy Schindlera” Spielberga, ale to były amerykańskie filmy.  Von Braun był dla Amerykanów ładny...

Podsumujemy? Generalnie dobrze się oglądało i czekam na kolejny sezon. Bo ma być! To tyle na razie. Może dam jeszcze radę zobaczyć "Stulecie winnych"?

Lubię to! Skomentuj16 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura