9 obserwujących
48 notek
64k odsłony
  1080   1

Euro czy „waluta cyfrowa” – dwa oblicza tego samego nieszczęścia?

Czy to się nam podoba, czy nie, niebawem wszyscy w całej Europie będziemy płacili nową walutą, czyli euro. Na razie w skansenie starych walut pozostają takie kraje jak Polska czy Szwecja, ale to tylko kwestia czasu, kiedy euro opanuje cały kontynent europejski. Polacy chcieliby, aby stało się to jak najpóźniej. 


Płacić w euro? Dobrze to, czy źle. Zależy dla kogo. Z jednej strony likwidacja walut narodowych ułatwia integrację europejską i to nie tylko w kwestiach ekonomicznych. Przepływ ludzi, myśli i usług stanie się o wiele łatwiejszy, kiedy wszyscy będziemy posługiwali się tą samą walutą. Konsekwencją wprowadzenia euro musi być też integracja systemów bankowych, co zniesie ostatnie bariery w transferze pieniędzy. Równocześnie zniesie też samodzielność banków narodowych – jeden z głównych atrybutów suwerenności państwa. A na to w dzisiejszej Polsce nie ma zgody!

Z drugiej strony zobaczymy różnice. I nie zawsze zaskoczy nas to pozytywnie. Zobaczymy np. ile zarabiamy miesięcznie w Polsce, czy w Szwecji, w porównaniu do innych krajów Unii. Będziemy wtedy chcieli zarabiać tyle samo, co inni i będziemy to wymuszać w taki czy inny sposób na swoim rządzie. Dlatego niektóre rządy wolą na razie nie uświadamiać swoim społeczeństwom jak duże są te różnice. Jasne, że każdy potrafi to sam wyliczyć, ale przecież nie robi się tego powszechnie. Wysoka pensja w szwedzkich koronach, wydaje się być wysoka dlatego, że tak dużo tych koron. W euro byłoby znacznie mniej, choć przecież tyle samo. Czy aby na pewno? Bo niby w Szwecji czy w Polsce tyle samo, ale będziemy płacić za wszystko o wiele drożej, nie zawsze zdając sobie z tego sprawę.

I tu mamy do czynienia z tzw. eurozłudzeniem, które polega na czysto mechanicznym zestawieniu "cyfr", bez głębszego wchodzenia w to, co one w istocie oznaczają. Chodzi tu zarówno o poziom płac jak i o wysokość cen.


Wszyscy podnoszą ceny

Przejście od walut narodowych do euro łączy się niestety z podwyżką cen, kosztów itp., ale nie z podwyżką płac. Praktycznie w euro będziemy zarabiali mniej w stosunku do siły nabywczej pensji w poprzedniej walucie. No i państwo też chce zarobić na wymianie pieniędzy i zawsze korzysta z tej możliwości. Ot choćby to, że wymienia się tylko banknoty. Odpada cały monetarny drobiazg, który teoretycznie można zanieść w worku do banku, odstać swoje w kolejce i wymienić na jakąś śmieszną w sumie kwotę w euro. Kto się będzie tym przejmował, w każdym razie niewiele osób. Więc już na tym państwo zarabia sporo. Około 10 % obiegu pieniędzy to bilon. Nie mówiąc już, że wszyscy numizmatycy i tak zachowają swoje monety w zbiorach, a nawet więcej, bo przed planowaną wymianą na euro państwo zadba o wydanie jakiejś serii okolicznościowych monet, które kolekcjonerzy kupią i schowają do szuflad. A zapomniane banknoty w materacach? No i mennice przestaną być potrzebne.

Generalnie państwo podczas wymiany pieniędzy zyskuje (czytaj - zarabia) ok 10-20%, które mogą załatać niezłą dziurę budżetową. Można podejrzewać, że przejście na euro w takich krajach jak Szwecja czy Polska dokona się w okresie, kiedy pozornie dobre wyniki ekonomiczne będą stały w sprzeczności z ukrytą dziurą budżetową. Albo dziura budżetowa będzie już tak wielka i rząd ogłosi, że tylko Unia i euro są w stanie nas uratować! Wygląda na to, że dzieje się tak właśnie teraz! I Unia chce nas „ratować”. Przejściowy chaos spowodowany wymianą waluty pozwoli ukryć wszystkie niedociągnięcia w gospodarce i obciążyć za nie winą samą wymianę pieniędzy. Szczęśliwi będą tylko euroentuzjaści!

Równocześnie obieg „prawdziwych” pieniędzy, to znaczy realnych banknotów i monet jest stale ograniczany na rzecz pieniędzy wirtualnych - na kontach, i "plastikowych" - podczas płacenia kartami. Wirtualne pieniądze to zresztą dobry chwyt na likwidację psychicznej zależności pomiędzy ilością "prawdziwych" pieniędzy, które mamy aktualnie w portfelu, a chęcią zakupu towarów. Po prostu nie liczymy, czy starczy nam gotówki, bo płacąc kartą kredytową nie widzimy, że mamy już pusto w portfelu, a ewentualny brak pokryje nam kredyt bankowy. Kupuje się po prostu łatwiej i z mniejszymi wyrzutami sumienia.

Ostatnio wiele się mówi – czytaj przygotowuje psychicznie – o likwidacji papierowego pieniądza i zastąpienia go „pieniądzem cyfrowym”. W Polsce wywołuje to dodatkowy opór, bo jednej strony boimy się euro, a teraz dochodzi do tego groźba „likwidacji prawdziwych” pieniędzy i zastąpienie ich zapisem na koncie. Słychać głośne krzyki, że oznacza to zwiększoną kontrolę państwa nad obywatelami, bo niedobre państwo może nam po prostu zablokować wirtualny portfel, jak będziemy niegrzeczni! No ale przecież, wyjaśnia nam państwo, papierowe pieniądze są niepraktyczne, „brudne” i można zarazić się jakimś modnym ostatnio wirusem, więc lepiej już płacić kartą, co zresztą i tak robi już ponad 50 procent polskiego społeczeństwa i 90 procent szwedzkiego. Pensje dostaje się bezpośrednio na konto bankowe, a nie w kopercie. Więc po co komu banknoty i… bankomaty. W Szwecji już nawet banki nie przyjmują papierowych pieniędzy. Są do tego specjalne automaty, gdzie można wpłacić na swoje konto w banku do 15 tysięcy koron miesięcznie. Czyli pozbyć się problemu, bo i większość sklepów nie chce przyjmować gotówki. Te ostatnie 15 tysięcy to taki wentyl bezpieczeństwa dla wszystkich pracujących na czarno, którzy dostają wypłatę do ręki. W ten sposób „czarne pieniądze” wracają do legalnego obiegu.

Lubię to! Skomentuj56 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Komentarze

Inne tematy w dziale Gospodarka