43 obserwujących
126 notek
244k odsłony
  1407   0

Jubileusz „Solidarności” w szponach partyjnej nienawiści

Z drugiej strony politycy kierujący krajem usiłowali wykorzystać symbol „Solidarności” do lansowania Polski za granicami kraju, ale i siebie – kombatanci odcinający kupony od przeszłości. Nie mogąc posłużyć się obecnym image Związku, a i nie angażując się już w obronę praw pracowniczych, zaczęli głosić, że obecna „Solidarność” jest zupełna inna niż „ich” sprzed 30 lat. Nie krytykowali tego, że broni pracowników i bezrobotnych, ale że jest upolityczniona, sama zamieniła się w partię polityczną i zdobyła władzę w kraju, a gdy ją straciła to stała się przybudówką jednej partii, która to jest wroga wielu byłym działaczom i doradcom „Solidarności” walczącym z systemem komunistycznym. Obecny Związek ma być z racji swoich sympatii politycznych wrogiem pierwotnej idei „Solidarności”, którą to ideę przycina się do przydatnych wymiarów politycznych.

Cały ten nurt umownie można nazwać z jednej strony państwowo-kombatanckim, a z drugiej – reklamiarskim: „Solidarność” jako „marka” miała służyć do lansowania kraju tak samo jak Chopin, Kopernik czy żubr. Miała także podkreślać „bohaterską przeszłość” niektórych głośnych dziś osób ze świata polityki i życia publicznego. Ich historie i biografie miały wystarczyć za całą prawdę o „Solidarności”. Reklama nie wymagała dążenia do prawdy – wystarczała legenda. Upostaciowionym symbolem „Solidarności” stał się Lech Wałęsa. Stąd ataki, a nawet jedynie krytykę Wałęsy odbierano jako „jątrzenie” i niszczenie przeszłości „Solidarności”, a przecież to od pierwszego przewodniczącego rozpoczął się proces upolitycznienia Związku i łamania zasad wewnątrzzwiązkowej demokracji. To za przyczyną jego działań i polityków z nim na początku lat 90. związanych ludzie zaczęli się od „Solidarności” odwracać i za nią przepraszać, a piosenkarze śpiewali „Nie wierzcie elektrykom”.

Państwowo-kombatanckie obchody rocznic powstania „Solidarności” przypominały ceremonialne akademie ku czci. Zjazdy polityków z kraju i ze świata, czasem historyków, socjologów i politologów. Składano szumne deklaracje w zamkniętych salach odseparowanych od wszystkich „pospolitych” mieszkańców, którym pokazywali się jedynie pod pomnikiem składając kwiaty i wygłaszając pasujące do okoliczności przemowy. O randze obchodów miało świadczyć to jak wiele przyjechało z zagranicy głów państw i przywódców politycznych. Od 1990 roku przez kogo by nie były organizowane obchody „święta Solidarności” tchnęły powagą i elitarnością – wejście na zaproszenia, wyodrębnione, lepsze miejsca dla uważanych w danym momencie za bardziej zasłużonych. Dla nielicznych jakieś pamiątkowe medale, statuetki, bądź ordery. Dla większości – była to zwykła szopka. Już dzień po kolejnej rocznicy okazywało się, że nic z wypowiadanych słów podczas „akademii ku czci” nie jest realizowanych w życiu.

Zgodnie z tendencją „polityczno-kombatancką” akcentowano, że „Solidarność” wywalczyła wolność i demokrację oraz gospodarkę wolnorynkową. Na tym jej rola miała się zakończyć: bo wolny rynek i elity polityczne zapewnią sprawiedliwość i słuszny rozwój, a zadaniem „Solidarności” nie jest kontrolowanie rządzących i mających do dyspozycji środki produkcji – o tym mogą decydować jedynie politycy, partie i przedsiębiorcy.

Po pewnym czasie zorientowano się, że takie „święto Solidarności” to za mało, że trzeba dać coś i społeczeństwu bo ludzie chcą „igrzysk”. Od kilku lat za wiele milionów złotych organizowany był muzyczny koncert zachodniej gwiazdy i fajerwerki. I bardzo dobrze – ludzie muszą mieć choć trochę radości z „Solidarności” – oczywiście pod warunkiem, że koncert trafił w ich upodobania.

W taki oficjalny nurt świętowania kolejnych jubileuszy „Solidarności” trafił o. Maciej Zięba, który trzy lata temu zastąpił na funkcji szefa Europejskiego Centrum Solidarności Jacka Taylora. Wypada zaznaczyć, że ECS, mimo iż o utworzeniu muzeum „Solidarności” mówiło się od co najmniej 15 lat, został powołany dopiero po dojściu PiS do władzy, uruchomieniu muzeum Powstania Warszawskiego, w czasie najbardziej gorszących sporów między PiS i PO. ECS miał być odpowiedzią na „politykę historyczną” PiS, która mając przypominać o „zapomnianych” prowadziła do niszczenia wizerunku „znanych”, i na upolitycznienie IPN, który oskarżano o podporządkowanie PiS, a także o tendencyjne przedstawianie najnowszej historii Polski. Obecny stan ECS, o którym o. Zięba powiedział, że nie widzi sensu, aby kierować tą instytucją, nie jest tylko jego winą. Tą winą należy obarczyć przede wszystkim postsolidarnościowych i postopozycyjnych polityków, którzy zmarnowali etos „Solidarności”, a zachowują się jak kłębowisko żmij gryzących się nawzajem. Także działaczy związkowych, którzy w minionym 20-leciu popełnili wiele błędów. Może przede wszystkim ich, gdyż byli zbyt słabi i koniunkturalni, aby nie dać się wciągnąć w politykę, a także zamienić w „zwykłych działaczy” dbających o wybór na kolejną kadencję...

Lubię to! Skomentuj45 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale