456 obserwujących
693 notki
3913k odsłon
10531 odsłon

O odpowiedzialności politycznej. Casus Bieńkowskiej.

Wykop Skomentuj83

Tak to wygląda w przypadku Elżbiety Bieńkowskiej. To jej resort sprawuje nadzór nad koleją i już samo to wystarczy, aby przypisać jej odpowiedzialność polityczną za tę sytuację. Ta odpowiedzialność spada na nią tym bardziej, że – wbrew kpinom wielbicieli obecnej władzy – można było oczywiście zrobić dużo, dużo więcej.

Żeby było jasne – nie uważam, aby obecna katastrofa na kolei była powodem do zdymisjonowania Bieńkowskiej. Ale na pewno jest to powód do poważnej reprymendy, ostrzeżenia i wymuszenia na niej przeprosin wobec pasażerów - i za całą sytuację, i za aroganckie słowa. To powinna być dla niej ostatnia szansa.

Co można było zrobić? Oblodzenie sieci trakcyjnej w czasie marznącego deszczu to istotnie poważna trudność dla każdej kolei. I nikt normalny nie oczekuje, że decyzją Bieńkowskiej kolej w cudowny sposób pozbędzie się lodu na przewodach. Można było jednak podjąć bardzo wiele kroków prewencyjnych, z których żadne – o ile wiadomo – podjęte nie zostały. Tak przynajmniej świadczyłyby rezultaty w postaci gigantycznych opóźnień kilku pociągów, znacznych opóźnień kilkudziesięciu i scen jak z Barei, kiedy pasażerowie wysiadali ze składów w szczerym polu, by maszerować do najbliższej stacji jak w Dniu Pieszego Pasażera w „Misiu”.

Po pierwsze – istnieje coś takiego jak prognoza pogody. Kierownictwo spółek kolejowych ma do niej dostęp, wystarczy sięgnąć po smartfon albo odpalić internet na komputerze. W wersji bardziej zaawansowanej można się skontaktować z IMGW. Prognozy są w miarę wiarygodne już na tydzień, a nawet dziesięć dni naprzód. Można było zatem bez większego problemu przewidzieć marznący deszcz i jego skutki, aby przygotować się do tych zjawisk. Wygląda na to, że nikt spośród dziesiątków albo i setek kolejowych dyrektorów, wiceprezesów i prezesów na to nie wpadł.

Po drugie – wiedząc, że sieć zostanie oblodzona, można było rozmieścić w kluczowych miejscach pociągi sieciowe z zadaniem oczyszczania z lodu miejsc, gdzie jest to niezbędne.

Po trzecie – jako że pociągów sieciowych jest zbyt mało i nie da się oczyścić trakcji na wszystkich odcinkach całkowicie i trwale, skoro byłoby wiadomo, że pogoda uniemożliwi jazdę elektrowozom, należało przygotować zawczasu odpowiednią liczbę spalinowozów. To sposób najprostszy i najskuteczniejszy. Zapewne nie udałoby się uniknąć opóźnień, bo trzeba by sięgnąć także po lokomotywy manewrowe, ale pociągi jednak by jechały, a nie stały.

Po czwarte – jeżeli istniałoby niebezpieczeństwo, że jakiś pociąg utkwi w trasie, nie powinien w nią w ogóle wyjeżdżać. To także można przewidzieć.

Po piąte – przewidując poważne problemy w ruchu pociągów, można było wcześniej zamówić transport zastępczy. Nie mówiąc o tym, że kolej powinna mieć procedury na wypadek, gdy trzeba pasażerów wysadzić w szczerym polu. W ostateczności. Szczególnie, że nie jest to pierwsza taka sytuacja.

Po szóste – sprawy takie jak należyta informacja o sytuacji albo zaopatrzenie pasażerów w ciepłe picie czy jedzenie to oczywista oczywistość, by polecieć klasykiem.

Z kilkunastu relacji i podsumowań, które czytałem, wynika jasno, że żaden z tych punktów nie został zrealizowany. Nietrudno zresztą zrozumieć, dlaczego: jakakolwiek spójna strategia awaryjna nie jest możliwa, jeśli kolej podzielona jest na kilkadziesiąt spółek, czapa nad nimi jest całkowicie nieefektywna, a minister, odpowiedzialna za ten bajzel, nie robi nic, aby go uporządkować. Lub przynajmniej wdrożyć procedury na wypadek wyjątkowych trudności. Wdrożyć je, rzecz jasna, nie gdy coś się już dzieje, ale zanim się stanie.

Najprostszy przykład: w polu stają pociągi Intercity, pociągi sieciowe, mogące zająć się oczyszczaniem trakcji, są w dyspozycji PKP PLK, a lokomotywy spalinowe to PKP Cargo. Uzgodnienie działań pomiędzy trzema podmiotami okazuje się sprawą niemal niemożliwą.

Bieńkowska mogła zatem zrobić coś w planie całkiem praktycznym - zadbać o synchronizację zadań pomiędzy spółkami PKP w obliczu nadchodzącej zimy i jako nadzorca transportu kolejowego upewnić się, że szefostwo poszczególnych spółek zdaje sobie sprawę z nadchodzących problemów. Na to miała dość czasu.

Abstrahując od tych praktycznych kwestii, Bieńkowska jako zwierzchnik resortu transportu ponosi odpowiedzialność polityczną. To konkluzja oczywista, z którą nie ma sensu dyskutować. Co powinno to dla niej praktycznie oznaczać – to już oddzielny temat. 

Wykop Skomentuj83
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale