8 obserwujących
6 notek
106k odsłon
  453   0

Jak P. Gontarczyk w rzece Nurzec po kolana brodził

image

 Artykuł polemiczny Piotra Gontarczyka(1) z Barbarą Engelking(2) wprawił mnie w osłupienie. Zastanawiałem się czy Gontarczyk był kiedykolwiek nad Nurcem, czy tylko korzystał z mapy Google.

Na stronie 208 swojej publikacji autor twierdzi, że rzeka jest „w tej okolicy płytka (poza okresem wiosennym) i daje się przez nią przejść, brodząc w wodzie do kolan”. Wychowałem się dokładnie w miejscu, (o którym Gontarczyk pisze w swoim artykule), który kilkadziesiąt lat wcześniej był sceną makabrycznych wydarzeń przytoczonych przez prof. Engelking. Nurzec jest rzeką zdradliwą, z licznymi głębiami i wirami. Był taki nawet przed regulacją i dokładnie gdzieś w opisywanej okolicy znajdowała się na nim legendarna, bezdenna „Czarna jama”.

Regulację rzeki Nurzec przeprowadzono w latach 1936-1939 na podstawie rozporządzenia wojewody białostockiego z 13 maja 1936.(3). Cały proces regulacji nie odbywał się bez trudności. Sprowadzeni w ramach robót publicznych robotnicy z Białegostoku i Grajewa już na miejscu dowiadywali się, że stawka za dzień roboczy będzie o wiele niższa niż obiecywano. Warunki pracy były niezwykle trudne, (praca polegała na całodziennym staniu w szlamie i wydobywaniu go na wysoki nasyp), a personel administracyjny robót odnosił się z pogardą do zatrudnionych. Nic dziwnego, że wybuchały wśród nich strajki. Front robót publicznych okazał się porażką władz, a robotników zastąpili więźniowie. W tym celu w Chojewie ulokowano Ruchomy Karny Ośrodek Pracy, z którego co i raz zdarzały się ucieczki(4). Prace regulacyjne prowadzono w górę rzeki, gdyż latem 1939 ośrodek mieścił się w Boćkach. Zaiste - „Biełomorkanał” w skali Bociek i umysłowości bielskich władz powiatowych! Wiemy, że ów Karny Ośrodek Pracy nosił numer nr 17. W czerwcu 1939 przebywało tam 350 więźniów, pracujących przy regulacji Nurca, z których 150 urządziło głodówkę. Trzeba było ich odesłać. Nie tylko robotnicy ale i więźniowie nie chcieli w takich warunkach pracować. W roku 1942, gdy rozgrywały się inkryminowane wydarzenia, Nurzec w okolicach Chojewa płynął już nowym korytem, w pobliżu znajdowały się jednak liczne starorzecza, gdyż meliorację łąk przeprowadzono dopiero w okresie powojennym.

Gontarczyk na tej samej stronie pracy zmyśla, że dom rodziny Hryciów „nie leżał nad rzeką Nurzec, tylko ok. 2 km od niej”. Otóż zabudowania Aleksandra Hrycia znajdowały się na południe od wsi Chojewo, na tzw. kolonii, maksymalnie o 200 metrów od rzeki, na południowym skraju lasu „Pieski”, gdzie nie sięgał już teren zalewowy. Na tym obszarze do Nurca wpada jej lewy dopływ rzeka Leśna również uregulowana w tym samym okresie. Po połączeniu z dopływem rzeka Nurzec zakręca w prawo na wschód od wsi Burchaty, w której to mieszkała wymieniona przez Gontarczyka Marianna Dawidziuk, żona miejscowego sołtysa. Skoro sołtysem wsi Chojewo był niejaki Kamiński, to dla męża Marianny Dawidziuk Gontarczyk wymyślił stanowisko „zastępcy sołtysa”, „podsołtysa”, lub też twierdzi, że Dawidziuk sołtysem „był wcześniej”. Gontarczyk przytacza zeznania Marianny Dawidziuk (nazywając ją za protokołem „Marią”) złożone przed sądem w 1949 roku.

Kluczowe będą tutaj jej słowa: „nie słyszałam o takim wypadku, bym suszyła mokrego żyda” (strona 211). Gontarczyk uwierzył w te słowa i nie mam do niego pretensji. Tymczasem według przekazów rodzinnych (syn Marianny Dawidziuk był ojcem chrzestnym mojego ojca Tadeusza Czarniawskiego, urodzonego w kwietniu 1944) owa rezolutna kobieta z całą pewnością udzieliła pomocy Żydowi, który pewnego dnia zimą z 1942/1943 przemoczony przywlókł się do jej gospodarstwa. Umieściła go w nagrzanym piecu chlebowym, w ten sposób ratując przed niewątpliwym zapaleniem płuc. Relację ową Tadeusz Czarniawski powtarzał wielokrotnie, a nasze rodziny były zaprzyjaźnione i często się odwiedzały.

Pewnym jest więc, że Marianna Dawidziuk złożyła nieprawdziwe zeznania. O przesłuchanie sołtysa z Burchat Dawidziuka jako świadka w sprawie zabójstw żydów  wnioskował do Wojewódzkiego Komitetu Żydowskiego w Białymstoku w  grudniu 1946 roku Alter Trus. O sprawie pisze w wydanych w nowym Jorku w 1948 wspomnieniach(5).

I tutaj dochodzimy do sedna problemu. Istnieje wiarygodne świadectwo, że katoliczka, mieszkanka podlaskiej wsi udziela pomocy uciekinierowi z brańskiego getta. Podczas okupacji groziła za to kara śmierci jej jak również wszystkim domownikom, całej jej rodzinie. Tymczasem zamiast wdzięczności, zamiast podziękowania uratowany i jego krewni starają się użyć osoby Marianny Dawidziuk do przeprowadzenia własnych rozrachunków. Marianna Dawidziuk nigdy nie usłyszała od Żydów słowa „dziękuję”. Mogli to zrobić nawet 15 grudnia 1949 przed rozprawą odbywającą się w tym dniu. Nie uczynili tego. Zamiast tego zażądano od owej kobiety wykazania postawy heroicznej. Marianna Dawidziuk już raz wykazała się odwagą, heroizmem i roztropnością zimą z 1942 na 1943. Nikt nie miał prawa wymagać od niej nic więcej.

Marianna Dawidziuk ratowała potrzebującego natychmiastowej pomocy człowieka, a nie żyda.

W sprawie jest coś jeszcze. W tym czasie, gdy ona zeznawała w białostockim sądzie w 1949 roku, jej syn Jan, członek siatki Narodowego Zjednoczenia Wojskowego powiatu Bielsk Podlaski kryptonim „Burza” przebywał w więzieniu. Jan Dawidziuk syn Kazimierza i Marianny, urodzony 2 października 1924, pseudonim „Szafa”. Zwerbowany w maju 1946 przez Bronisława Brzozowskiego ps. „Wieluń”. W organizacji NZW pełnił funkcję wywiadowcy. W swojej wsi w okresie referendum z czerwca 1946 rozklejał „wrogie” ulotki antypaństwowe. Aresztowany przez Wojewódzki UBP w Białymstoku 7 września 1946. Wyrokiem WSR w Białymstoku z 25 listopada 1946 skazany na 7 lat więzienia(6). W tym czasie władze komunistyczne dokonały licznych aresztowań mieszkańców okolicznych wsi zorganizowanych w konspiracji NZW. Brzozowski z tej samej wsi Burchaty otrzymał 15-letni wyrok, wkrótce został konfidentem UB. Dawidziuk i Brzozowski należeli do wchodzącego w skład I kompanii, plutonu NZW Andrzeja Sławatyckiego ps. „Kowal”, który także otrzymał 15-letni wyrok(7). Nie wyroki były jednak najgorsze lecz brutalne traktowanie żołnierzy polskiego podziemia narodowego przez komunistycznych siepaczy z bielskiego UB. Łamanie żeber i szczęk, podtapianie, przetrzymywanie w wodzie podczas mrozów. Nawet zdrowi młodzi mężczyźni wychodzili z katowni UB na Hołowiesku jako inwalidzi. O więzieniu przejętym po Gestapo przez NKWD i „Smiersz” w Bielsku Podlaskim nie słyszeli prokuratorzy IPN. Po raz pierwszy o sprawie dowiedzieli się z telefonicznej rozmowy ze mną latem 2020 roku!

Wsie podlaskie były sterroryzowane przez Urząd Bezpieczeństwa w okresie, gdy od Marianny Dawidziuk zażądano zeznań w sprawie, która na tle powojennego terroru komunistów wobec mieszkańców Burchat i innych okolicznych wsi wyglądała marginalnie.W każdej wsi wisiała skrzynka na donosy i niektórzy mieszkańcy zhańbili się tym procederem.

Lubię to! Skomentuj3 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale