49 obserwujących
221 notek
435k odsłon
1282 odsłony

Trójjedyny

Wykop Skomentuj19

Wielu księży zacznie dzisiaj kazanie od banalnej i nieprawdziwej konstatacji, że Bóg Trójjedyny jest tak niepojęty, że ludziom wręcz trudno o nim mówić. Augustyn z Hippony, wielki teolog starożytności, mitygował się w podobnych słowach, uznając swój traktat „De Trinitate” za mało udany, niemniej teologia trynitarna nie jest wymysłem teologów, lecz treścią objawienia, jasną i nową, więc teologowie nie powinni jej podcinać skrzydeł, zwłaszcza, że prawo do nie mają także niewierzący i niechrześcijanie.

Kilka lat temu odbyłem dłuższą rozmowę z młodą Polką, katoliczką, zakochaną bez pamięci w młodym Algierczyku, muzmałmaninie, z którym zamierzała związać się na resztę życia. Jej rodzice bardzo się tym martwili. Nie samym związkiem, bo Algierczyk wydawał się odpowiedzialny, z dobrą pracą w Londynie i otwartą karierą naukową, ale z racji wiary córki, która ich zdaniem słabła. Wezwali mnie na pomoc.

Zamieniwszy z dziewczyną kilka słów przy kolacji, szybko doszedłem do wniosku, że od dawna jest już muzułmanką. Sercem i umysłem żyła już wiarą przyszłego męża, który, jak się okazało, był gorliwym neofitą, wychowanym w sekularyzowanej rodzinnie muzułmańskiej, a teraz, w wieu dorosłym, entuzjastycznie odkrywającym Allaha i świat islamu. Moja rozmówczyni podzielała te fascynacje.

W rodzinnym domu czytała Biblię tylko od święta, bardziej z ciekawości niż pobożności, a rodzicie, jak to zwykle bywa, nauczyli ją modlitwy i zaprowadzili do kościoła, ale nigdy nie dzielili się osobistym doświadczeniem wiary, nie czytali z dziećmi Ewangelii, ani pytali ich o ich przeżycia, tymczasem jej narzeczony tak bardzo zasmakował w Koran, że codziennie nabożnie go medytował, odkrywając tam mądrość większą od własnej, więc i ona stopniowo doszła do wniosku, że obcuje z czymś poważniejszym i bardziej pierwotnym niż to, co wyniosła z domu.

Nie próbowałem tego kwestionować. Serce ma swoje racje, których nie zna rozum (Pascal powiedział to ładniej po francusku). Ale ilekroć moja rozmówczyni czyniła porównania między islamem i chrześcijaństwem, w których to drugie wypadało gorzej, starałem się jej wyjaśnić, że to, co ona nazywa chrześcijaństwem, wcale nim nie jest.

W jej przekonaniu islam to wiara w jednego Boga, a chrześcijaństwo to wiara w Trójcę, w której ona dopatrywała się echa pogańskich politeizmów, dlatego wybrała islam, jako bardziej wyrafinowany i bardziej transcendenty w jej mniemaniu niż wiara, w której wyrosła.

— Jesteś w błędzie — odpowiadałem — chrześcijanie wierzą w jednego Boga dokładnie tak samo jak wierzą w niego żydzi i muzułmanie, z tą różnicą, że chrześcijanie wiedzą o nim więcej, bo mają ku temu pewne podstawy, o których żydzi i muzułmanie sami powiadają, że ich nie mają. Kulminacją objawienia chrześcijańskiego nie są prorocy ani księga, ale obecność Boga w człowieku Jezusie Chrystusie, którego czyny i słowa przynoszą tak wiele bezprecedensowych treści, że bez przyjęcia chrześcijaństwa żydzi i muzułmanie własnymi kategoriami nie będą ich w stanie poprawnie zrozumieć. Stąd nieporozumienia.

— Przyjmij jednak na wiarę — argumentowałem — że jedność i jedyność Boga chrześcijańskiego nie jest w żaden sposób osłabiona przez dogmat o trójjedyności Osób, lecz właśnie paradoksalnie wzmocniona, bo tam, gdzie teologia Mojżesza i Mahometa usiłowały mówić o Bogu w kategoriach negatywnych, kosmologicznych lub alegorycznych, tam teologia chrześcijańska może sobie pozwolić na personalizm i bardziej wyrafinowaną metafizykę, której interesujące konsekwencje znajdujemy także w ujęciach antropologicznych, odnoszących się do samego człowieka, jego życia wewnętrznego i społecznego.

Teologia trynitarna, mówiąc prościej, mówi o Bogu bardziej jedynym i bardziej transcendentym, a tym samym niepodobnym do ułomnego człowieka niż niepojęty Bóg judaizmu i islamu, a zarazem o Bogu bliższym człowiekowi, bo doskonale jednoczącym z sobą każdy skrawek człowieczeństwa Jezusa Chrystua, a w nim — wszystkich jego braci i sióstr. Transcendencja, o której najłatwiej powiedzieć to, czego na pewno nie można o niej powiedzieć, to jednak transcendencja skromniejsza od tej, o której wiele można powiedzieć pozytywnie, otwarcie i na pewno, a jednocześnie zrobić to tak, że zyskuje się głębszą świadomość jedności i pełni, a zarazem absolutnego przekraczania, czyli właśnie transcendencji.

Moja rozmówczyni nie dawała za wygraną, nie miała jednak najmniejszej ochoty przyglądać się teologicznym szczegółom. Zaczęła zmieniać tematy, a to krucjaty, a to zapaść Europy, a to spokój i dyscyplina tropików, które pod muzułmańską ręką zaczynają dzisiaj gospodarczo ożywać, no i argument koronny, błogosławieństwo ropy, cud nie z tej ziemi, który milionom „wiernych” pozwolił odetchnąć, a nawet ruszyć na wojnę z bezbożnym światem.

Po godzinie doszedłem do wniosku, że toniemy w stereotypach, których nie do końca rozumiem, a o które msiałbym szczegółowo wypytać, żeby później móc jakoś na nie odpowiedzieć, więc powiedziałem mojej rozmówczyni, że jej krytyka chrześcijaństwa jest sensowna, niestety, nie dotyczy samego chrześcijaństwa, ale raczej potocznych wyobrażeń na jego temat. Ta konstatacja przywiodła mnie do następnej. Jeśli ona, wychowana trzy kroki od jezuickiej rezydencji, katechizowania za młodu, ma tak osobliwe poglądy, to jaką teologią żyją ci katolicy, którzy modlą i czytają mniej od niej? W konfrontacji z życiem te stereotypy kiedyś będą musiały runąć.

Dwaj bodaj najwięksi teologowie XX wieku, Karl Barth, ewangelik, i Karl Rahner, jezuita, ogromnie się przyczynili do pogłębienia teologii trynitarnej, wyrwania jej z symbolicznych stereotypów, osłabiających wyrazistość ewangelicznego przekazu, ale, jak to bywa, ich wysiłek nie trafił dotąd pod strzechy.

Ot, choćby dzisiaj, jeden z moich współbraci, profesor teologii, a jakże, na papieskiej Gregorianie, rozesłał na fejsie z okazji dzisiejszego święta słynny fresk Masaccia „Trójca Święta”, artystycznie cudowny, ale symbolicznie naiwny, wręcz mylący, a po Barthcie i Rahnerze domagający się wręcz pewnych teologicznych wyjaśnień.

Bóg Ojciec jako starszy pan z brodą, podtrzymujący cierpiącego na krzyżu Syna, i brak równorzędnego symbolu Ducha, to jednak wyobrażenia więcej niż niedoskonałe, akcentujące zaledwie kilka, wcale nie najważniejszych składników teologii trynitarnej. U postronnych (nie tylko dzieci) ta kompozycja może wywołać wrażenie, że Bóg jest społecznością osób wzajemnie nietożsamych pod względem istoty, co byłoby zaprzeczeniem chrześcijaństwa, a jednocześnie nie pozostających w relacji absolutnej, artysta sugeruje bowiem wyraźnie różne treści w odniesieniu do każdej z osób.

Ludzka egzystencja może wyrazić obecność Boga, ale tylko jedna twarz, Jezusa Chrystusa, realnie jej odpowiada. Portretowano ją chętnie, ale nigdy na żywo (jeśli nie liczyć całunu). Tylko w Chrystusie obecność Boga jest pełna i doskonała, choć wtedy ze zrozumiałych względów ograniczona w czasie-przestrzenni. Mądrzej zatem mówić o Bogu, także o Bogu Trójjedynym, pokazując tylko tę jedną postać, tak jak to zrobił Rublow (i wielu przed nim) w doskonałej „Trojcy”, albo tak jak to zrobił anonimowy rzeźbarz na frontonie katedry w Chartres, dając Stwórcy lepiącemu z gliny Adama twarz Chrystusa, który po wielu wiekach będzie adamowym potomkiem.

Karl Barth jak żaden z teologów starał się uzasadnić, że Osoby boskie nie są osobami w tym samym sensie co ludzie, lecz egzystencją w relacji zupełnej, absolutnej, wyrażającej wszystko, co starał się oddać m.in. za pomocą terminu Seinsweise, sposób bycia, kwestionowanym przez część jego polemistów, ale oddającym ten aspekt formalny jedynej natury, mia ousia, który greccy ojcowie oddawali przy pomocy zwrotu treis hypostases, a łacińscy — tres personae. Z kolei zasługą Rahnera było wyrażenie jedności działania Trójjedynego Boga, także w odniesieniu do stworzeń, przez uzgodnienie języka klaysycznej ontologii (tomizmu) z metodą transcendentalną, a więc bliską egzystencjalizmowi i życiu duchowemu. Jeśli samoobjawiający się Bóg rzeczywiście wkroczył w ludzkie życie, to konsekwencje tego faktu muszą wpływać także na możliwości ludzkiego poznania, a prawda o Bogu zjednoczonym relacjami powinna wpłynąć także na jakość naszych relacji.

Wtedy, w rozmowie z początkującą muzułmanką, nie udało mi się podjąć wszystkich tych wątków, starałem się jednak przekonać ją, że chrześcijanie mogą wiele powiedzieć innym o Bogu, który kocha, jest kochany i bezintersowny, a każda z tych relacji jest nie tylko wyrazem transcendencji, ale także w jakimś stopniu staje się udziałem udziałem człowieka, o czym ona swoim muzułmanom może w szeczegółach opowiedzieć. Ludzka miłość tylko wtedy jest prawdziwa, gdy staje się trynitarna, naraz zdolna do daru i odwzajmniona darem, a jednocześnie paradoksalnie wolna, bezinteresowna, nie licząca na nic w zamian. I nie chodzi tu tylko o stan ducha czy emocji, ale o ostateczną jakość tego, kim jesteśmy i co robimy. Albo miłość przychodzi znikąd, nagle i tylko na chwilę, albo swój cel, naturę i początek znajduje poza nami, o czym przekonać się może każdy, kto dzisiaj kocha bardziej niż kochał wczoraj, będąc zarazem pewnym lepszego jutra wyłącznie z powodu miłości.

Wykop Skomentuj19
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale