Blog
Gwiaździste niebo we mnie
Janusz Krzysztof
6 obserwujących 364 notki 52039 odsłon
Janusz Krzysztof, 16 czerwca 2017 r.

Dramat (odc. 37)

30 0 0 A A A

Piękny kraj (odc. 37)

 

-Gdzie jestem, księżniczko? – tak podobno zapytałem, całkiem jeszcze słabiutkim i bełkotliwym głosem, patrząc swoim słabym wzrokiem gdzieś na sufit. Jeśli tak było, a trudno byłoby mi w to nie wierzyć, jeśli mówiła mi to moja żona, to już po raz trzeci tak się zdarzyło w naszym wspólnym życiu, że zwróciłem się do niej z jakimś pytaniem, w którym tytułowałem ją „księżniczko”.

Za pierwszym razem to było siedem lat temu w jej mieszkaniu w Saintes Maries de la Mer, gdy się upiłem jak świnia, jedyny raz w życiu. I to jeszcze z powodu nie mojej przecież, innej  kobiety.

Za drugim razem sześć lat temu w szpitalu w Warszawie na Banacha. A to było jednak z powodu mojej wtedy, innej kobiety, Kaliny, po moim z nią wypadku.

A teraz gdzie i co się wydarzyło? I z jakiego powodu?

-Jesteś w Paryżu, najdroższy! W szpitalu – odpowiedziała, z ogromną trudnością tłumiąc wzruszenie i łzy.

Tak, była znowu wzruszona, bo dałem wreszcie jakąś oznakę życia. Tym razem podobno zacząłem się rozglądać, ale ponieważ wszystko, co wiem, pochodzi z jej relacji, ze słów mojej Danielle, to zamiast służyć jako „przekaźnik” niech sama opowie, „co tu się działo.”

Tu, a także wszędzie w innych miejscach, bo o żadnym z nich nie mam pojęcia, przynajmniej na razie, gdy mój poharatany mózg znowu musi się goić. Wygoi się, albo zginę.

Bo wszystko wymazało się z mojej pamięci, łącznie z tą salą szpitalną i z całego wcześniejszego okresu cofając się prawie aż do tego dnia, gdy wyjechałem na naszą konferencję bankową w Genewie, przed globalną reformą mojego banku w czasie, gdy byłem już od dwóch lat szefem oddziału w Warszawie. Pierwszy raz tam byłem, śliczne widoki na góry i Jezioro Genewskie, warto by kiedyś z żoną tam wrócić.

Na skutek – podobno!, bo przecież długo jeszcze nic nie pamiętałem - wypadku na lotnisku w Paryżu okres od tamtego dnia aż do pierwszego rozbudzenia się to dla mnie jedna wielka dziura, wyłom w pamięci, skasowanej być może na zawsze, w całości lub częściowo.

Może to kiedyś wróci, może nawet w całości, ale na razie jest jedna wielka dziura i tyle.

Na dodatek przez pewien czas nie miałem dobrego czucia w prawej ręce, wiec trudno mi było robić notatki. Niewiele zapisałem i zapamiętałem i niewiele mogę od siebie opowiedzieć.

A moje nogi – to już zupełnie odrębna historia, na razie nie ma o czym mówić.

Jeśli tak, to niech przemówi swoim własnym głosem moja najukochańsza Danielle, moja największa miłość. O tym, że ją kocham nad życie, nigdy nie zapominam, nawet z potłuczoną głową.

 


Opowieść Danielle – początek.

 

Zadzwonił Jacek:

-Dzień dobry, Danielko! Gdzie jesteś?

-U siebie w domu, na Olbrachta – odpowiedziałam spokojnie.

Mieszkamy tu już od dwóch lat, od początku naszego pobytu w Polsce. Janek kupił to mieszkanie na parterze, z małym „ogródkiem” (tak to tutaj śmiesznie nazywają). Rozmawialiśmy z Jackiem po polsku, te dwa lata tutaj dały mi bardzo dużo, jeśli chodzi o język. Niemal wszystko, co ktoś do mnie czy obok mnie mówił – rozumiałam. To, że wszyscy Polacy łatwo rozpoznawali po akcencie, że nie jestem Polką – było dla mnie czymś zwyczajnym, ale jeszcze nie spotkałam się z jakąkolwiek przykrością z tego tytułu. Ludzie na ogół myśleli, że jestem Hiszpanką, Portugalka, może Brazylijką, a tylko niektórzy mogli się domyślać, że Francuzką i do tego Cyganką. Francuzka z dominującym udziałem krwi romskiej, zmieszanej z hiszpańską mojej mamy.

Teraz nawet mi do głowy nie przyszło martwić się czymkolwiek, ale głos Jacka nie był taki zupełnie zwyczajny.

-Danielle, kochanie, mój tata jest tam blisko, bo w pobliżu dzisiaj pracuje. Jedzie do ciebie. Będziesz mogła być w domu teraz i nie wychodzić? Podałem mu wasz adres.

Znowu zabrzmiało to tak niby całkiem normalnie, ale jakoś inaczej. Tato Jacka ma przyjechać tutaj, po raz drugi do nas w ogóle, właśnie teraz o wpół do drugiej po południu? Gdy Janka nie ma, a ja tu sama z trójką naszych brzdąców?

-Tak oczywiście, Jacku. Powiedz, czy coś się stało? – jednak przyszła mi taka myśl i zapytałam tak na wszelki wypadek, nie mając przecież jeszcze żadnych sygnałów.

-Tato ci wszystko powie, poczekaj chwilę – odpowiedział, nie odpowiadając na moje konkretne pytanie.

„W porządku, będę czekać” – pomyślałam, chociaż coś zaczynało mi nie dawać spokoju. Franuś spał w łóżeczku, nasza dwulatka Krysieńka też, chociaż już niełatwo było ją położyć spać w ciągu dnia. Adrianek przybiegł natychmiast z pokoju dziecięcego.

-Czy to tatuś dzwonił? – zapytał, podskakując jak zwykle jak mała sprężynka. Był wysoki, jak na swoje cztery i pół roku, z czego był taki dumny, od czasu do czasu informując tych, którzy chcieli wiedzieć lub nawet nie chcieli: „Jestem wysoki, najwyższy w mojej grupie”.

-Nie, Adrianku, to dzwonił wujek Jacek – odpowiedziałam.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

© Janusz Krzysztof Waszak. Pisanie poezji i prozy to moje hobby. Uważam, że Poezja pobudza do refleksji, ale też powinna wzruszać, a czasem po prostu bawić. Prawa autorskie zastrzegam wyłącznie do poezji i innych utworów mojego autorstwa (żeby nie było wątpliwości co do autorstwa). Pozdrawiam serdecznie wszystkich Czytelników, którzy zechcą tu zajrzeć i te moje utwory przeczytać. Serdecznie zapraszam.

Ostatnie notki

Obserwowane blogi

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • "Ja wiem, że to możliwe". Oczywiście, że to możliwe. Jako społeczeństwo nie upadliśmy...
  • Lepiej niech pisze o Danieli, niżby Autorowi łeb ucięli. Jest odcinek nr 43, jutro będzie...
  • U mnie Wena także już nie chce się pojawiać, może się za mnie wstydzi? Pozdrawiam.

Tematy w dziale Kultura