1 obserwujący
124 notki
29k odsłon
84 odsłony

PIĄTY ETAP GIRO

Wykop Skomentuj2

Jako że uwielbiam patrzeć jak się inni męczą, dzisiejsza odsłona włoskiego turu to niewątpliwy miód na moje oczy był. Cały dzień lało jak z cebra - prosto na kolarskie kaski i zabezpieczone lateksem karki. Deszcz co prawda nie zacinał, ale za to walił kroplami wielkimi jak jajka od włoskich kur. Na kiepskiej drodze kałuże duże, a dziury w szosie tylko ten problem powiększały. Podobnie jak fakt, że trasa etapu obfitowała w zjazdy. Że nikt nie koziołkował zbyt spektakularnie wynikało chyba tylko i wyłącznie z tego, iż cykliści czuli pismo nosem i jechali jak za pogrzebem. A i tak się wywracali - jak jeden czarniawy Abisyn jeżdżący dzielnie w izraelskich barwach, któremu się opona na łagodnym zakręcie omskła, więc śmiało zanurkował czerepem w chaszcze. Na szczęście szkód widocznych nie poniósł. Niektórzy inni też spadali z siodełek, ale lądowali na szosie raczej miękko, choć trzeba przyznać, że abisyńska wywrotka rozczuliła mnie najbardziej.

Za przyczyną powyższego deszczu wydarzyło się jednak najważniejsze wydarzenie etapu. Na jego mecie miał się pojawić Jego Oświeconość Pan Włoski Prezydent, zatem należało zadbać o należyte odbycie się finiszu. Żeby było godnie i radośnie. Ale że lał deszcz, pojawiła się szaruga i śliskość, to należało rozważyć problem z politycznego punktu widzenia. I wizerunkowego. No bo jakże to tak? Kolarze hurmem nadjeżdżają, Pan Prezydent zrywa się do kibicowania, rzuca w tłum swój kapelusz borsalino i gorąco klaszcze w łapki, dopingując - ma się rozumieć - Vivianiego, a tu nagle jakiś zbyt nakręcony na walkę kolarz  podcina koło jadącego obok konkurenta i cały peleton ląduje na kiepskim, włoskim asfalcie. Tuż przed nosem Jewo Wieliczestwa. To coś takiego, jakby w trakcie patriotycznej defilady we Warszawie, przed Naszym Dudusiem odbywanej, jakiemuś Leopardowi zsunęła się gąsienica i wskutek tego zrobił się pancerny karambol. Armagedon, po prostu. 

Więc rada w radę wielkorządcy wyścigu wymyślili, że ażeby nie razić Panaprezydenckich oczątek na widok krwi kolarskiej, wyścig zakończy się znacznie przed formalną metą. Aby liderzy poszczególnych ekip, którzy zawsze muszą trzymać się z przodu peletonu, nie przepychali się zanadto i - broń Boże - nie spowodowali przez to jakiej niebezpiecznej kraksy. Wszystkim zawodnikom policzono zatem czas wspólny z punktu odległego dziewięć kilo od mety, a na ostatnim odcinku trasy walczyli już tylko sprinterzy. W ten sposób reszta mogła sobie odpuścić, do mety dojeżdżając spacerkiem.

Ale sprinterzy walczyli. Między innymi CCC próbowało zrobić cóś ala mały pociąg dla swojego Mareczki. Znaczy w grupie walczącej o zwycięstwo etapowe jechało trzech pomocników sprintera, ale za Chiny Ludowe nie potrafili zebrać się do kupy. Zdaje się, że każdy z nich liczył, że pozostali dołączą do niego. Czyli zrobili trzy jednoosobowe pociągi, porozrzucanie po całej czołówce. Po prostu cudo... A i sam Mareczko nie kwapił się, by wziąć udział w tej zabawie w chowanego. Ambitnie postanowił nie zwracać uwagi na swoich pomocników. No i wyszło jak wyszło, czyli nic nie wyszło.

A etap wygrał Akermann, któremu kibicuję. Tą razą nie wyskoczył przed czasem przed szereg, nie wyrwał się jak Goering do bombardowania WIelkiej Brytanii, Zaatakował w punkt - dokładnie wtedy, kiedy trzeba. Zdolny helmut. Szybko się uczy.

Wykop Skomentuj2
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Sport