1 obserwujący
119 notek
28k odsłon
562 odsłony

KONIEC GIRO, POCZĄTEK GIRO

Wykop Skomentuj7

Zakończyła się pierwsza, płaska część różowego wyścigu. Część, w trakcie której dominowali sprinterzy. Dzień po dniu, po kilku godzinach spędzonych przez peleton na równej jak stół drodze, oni "załatwiali" cały etap w ciągu kilku minut. Dwóch-trzech, nie licząc czasu poświęconego na ustawianie pociągów. Dwie ostatnie odsłony poważnej sprinterskiej rywalizacji odbyły się we wtorek i środę. We wtorek nareszcie przełamał się Arnaud Demare, mistrz finiszu z francuskiej ekipy FDJ, która podobno nie ma nic wspólnego z enerdowską organizacją Freie Deutsche Jugend. Może i nie ma, ale i tak nazwa FDJ brzmi mi w uszach nie za bardzo. Jednakowoż Demare'owi pewnie nie poszłoby na ostatniej prostej w Modenie tak łatwo, gdyby niedaleko przed metą nie wyłożył się Helmut Ackermann z Bory, szlifując się przy tym jak amsterdamski diament, aczkolwiek tylko prawostronnie. Przy okazji w tej samej kraksie wywalił się Włoch Mareczko z CCC, który chyba pierwszy raz miał szansę na powalczenie o podium. Pierwszy i ostatni. Szokująco i interesująco CCC go rozprowadzało, używając do tego celu Hiszpana Franciszka Józefa Ventoso, któren to kolarz najpierw prowadził Mareczka, a potem, gdy ten ostatni jak zwykle zgubił mu się gdzieś za plecami, sam wyrwał do przodu w charakterze charta. Oczywiście wiedział, że go zaraz dopadną, ale dzięki swemu wariackiemu atakowi zepsuł kilka pociągów konkurencji i znakomicie ułatwił Mareczce usadowienie się na dobrej pozycji do ataku. I gdy już się wydawało, że Mareczek zafiniszuje z najlepszymi, bach! i jadący tuż przed nim Ackermann wyfiknął kozła. I nadzieje CCC znów się rozwiały. Ale co tam Mareczko, skoro lansowany na mistrza sprintu Eliasz Viviani, nawet po wywrotce Ackermanna nie był w stanie wygrać etapu...

Z kolei na jedenastym etapie, w środę, najszybciej finiszował kompaktowy Australijczyk Ewan (drugie zwycięstwo etapowe), przed Demarem i mocno poturbowanym poprzedniego dnia Helmutem (też dwa zwycięstwa). Viviani był oczywiście czwarty. A nieszczęsny, bity dzień po dniu Wloch, to ponoć najlepszy sprinter świata. Ale chyba na takiej samej zasadzie, jak najlepszym aktorem el Mundo jest Alec Boldwin - czyli wyłącznie we własnym mniemaniu. Wskutek tramtadrackich zapowiedzi, biedny Eliasz wyszedł na największe - jak dotąd - pośmiewisko Giro 19'. Na razie on dzierży tą zaszczytną palmę, ale prawdziwy wyścig dopiero się zaczyna i może jeszcze ktoś go jeszcze w chojrakowaniu przeskoczy... Dziwnie jestem spokojny, że włoscy dziennikarze już się o to postarają.

Zaś dwunasty, czwartkowy etap był pierwszym z większą górką. Mając na uwadze względy taktyczne, już na początku peleton pozwolił wyrwać się do przodu dwudziestu i kilku ochotnikom. Nikomu nie chciało się ich gonić (faworyci rozgrywali własny wyścig, nie przejmując się uciekinierami), więc ucieczka zyskała kilkanaście minut i walkę o etapowe zwycięstwo rozegrali między sobą jej najwybitniejsi przedstawiciele. Wygrał Cezary Benedetti z niemieckiej Bory, zamieszkały w Gliwicach i gadający po polskiemu - czyli zapewne folksdojcz. I b. dobrze, że wygrał, bo się starał. Nawet gdy go konkurenci kilkakrotnie urywali, on mozolnie ich dochodził, korzystając z tego, że się nawzajem szachowali. Na finiszu objechał czterech Włochów, z których dwaj byli pewni, że o zwycięstwo powalczą wyłącznie we własnym gronie. Gdy nasz folksdojcz z Gliwic ich wyprzedzał, wywalali tylko gały, bo wcześniej wyczerpali wszystkie siły na walkę między sobą. Znów rozum wygrał z arogancją.

A z tyłu, 10 minut za Cezarym Benedettim, wielcy rozegrali własny etap. Walkę na noże zaczęli na samym początku podjazdu, łatwo gubiąc resztę peletonu. Potem zaatakowali Landa z Movistaru i Lopez z Astany, aspiranci do pudła w tegorocznym Giro, usiłujący w ten sposób odrobić straty z ostatniej czasówki, która im nie poszła. Niespecjalnie skutecznie, bo inni wielcy nie pozwolili im odskoczyć na więcej niż pół minuty. Ale może w ostatecznym rozrachunku te 30 sekund zaważy? Kto wie..?

A zaś między wielkimi prym dzisiaj wodził Majka Rafał. Szalał, aż miło było patrzeć. Przez ostanie dwa lata nie widziałem u niego tyle werwy i chęci do walki. Może dlatego, że w tym sezonie nie miał żadnej groźnej kraksy i chyba nareszcie trafił z formą. Nadawał tempo w grupie faworytów, a na zjeździe ośmielił się nawet wyprzedzić Wincentego z Messyny, mistrza szusowania w dół po asfalcie, co zapewne zostało odebrane przez w/w Nibalego jako bezczelny afront. Jedno co mi się nie podobało, to że Majka w decydujących momentach jechał sam. Wyeksploatowany pracą dla Ackermanna na sprinterskich etapach Poljański nie był w stanie za nim nadążyć, więc lider Bory pozostał bez osłony. W każdym jednak razie Pan Rafał wrócił do pierwszej dziesiątki razem z Nibalim. I to chyba nie jest jego ostatnie słowo.

Dziś poważne góry, czyli wyścig zaczyna się de novo. Tym razem na dobre.

P.S. Aha, bo bym zapomniał. Na dziś różowe giezło lidera posiada kolarz Polanc, a drugi w generalce jest Roglić. Czyli w Giro prowadzi dwóch Słoweńców. Czyż to nie zabawne?


Wykop Skomentuj7
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Sport