2 obserwujących
131 notek
32k odsłony
288 odsłon

GIRO. KONIEC DRUGIEGO TYGODNIA, A NIC NIE JEST JESZCZE ROZSTRZYGNIĘTE

Wykop Skomentuj2

Na wstępie napiszę kilka dobrych słów o Dariuszu Baranowskim, komentującym Giro w Euroszprocie. Początki w trudnym zawodzie telewizyjnego zagadywacza miał trudne, ale w końcu się wyrobił i przestał gadać od rzeczy. Rozluźnił się i skupił się na komentowaniu jazdy kolarzy, a na tym się przecież zna. Oczywiście w chwilach, gdy Jaroński zaczyna coś tam opowiadać o architekturze albo innej historii, czyli o armatach, twierdzach i pradawnych klasztorach, najczęściej zrzynając banały wprost z turystycznych przewodników, Baranowski się wyłącza. Tak jakby ktoś w takich momentach odłączał go od zasilania. Za to gdy rozmowa schodzi na żarcie, szczególnie jak się rozchodzi o makaron, to się ożywia. Najważniejsze jednak, że mówi z sensem o tym, co widać na ekranie, nie popełniając już rażących błędów gramatyczno-językowych i chwała mu za to. 

Na trzynastym etapie, o którym pisałem wczoraj, mieliśmy dwa wyścigi. O zwycięstwo etapowe walczyli uciekinierzy, zaś o generalkę faworyci. Następnego dnia był już tylko jeden wyścig - wyścig tuzów, którzy się nawzajem starali ograć, ciężko pedałując na podjazdach i lekko śmigając na zjazdach. Majka w tej bitwie wziął solidny udział. Na przedostatniej górze miał kryzys i mało co nie odpadł od "bandy Nibalego", który właśnie wówczas starał się pozbywać konkurentów, korzystając ze wsparcia swego przybocznego Caruzo. I prawie mu się to udało, jednak nie do końca. Majki nie zgubił (a w generalce dzieli ich ledwo 20 sekund), choć wielu innych tak. Między innymi odgrażającego się, że wygra Giro Zakarina oraz niespodziewanie znajdującego się w czołówce generalki Holendera Molemę, o dziwacznym imieniu Bauke. Majka, gdy już-już wydawało się, że spasuje i odpadnie, zacisnął zębiska i doszedł faworytów, zaś na zjazdach pokazał, że się bardzo w szusowaniu w dół poprawił. Być może uwierzył w siebie po olimpiadzie, na której medal zdobył dzięki temu, że lepiej i bezpieczniej zjeżdżał od Nibalego.

Jednak bohaterem etapu był Rysiu Carapaz z Ekwadoru, który nagle - w wirze walki Nibalego ze wszystkimi - wziął i Włochowi odjechał. Ot tak, po prostu. Zziajany Wincenty tylko odprowadził go zamglonym od potu wzrokiem. Roglić też. Rysiu bardzo długo jechał samopas, aż do samej mety, a reszta nie potrafiła go dogonić. W ten sposób Movistar, walczący dotąd często szarżującym i miotającym się niczym Lopez Landą, po cichu wystawił na pierwszą linię Carapaza i zgarnął całą pulę, czyli różową koszulkę. I być może dowiezie ją do mety wyścigu.

Dzisiaj, na ostatnim podjeździe znów zaatakował Nibali i tylko Carapaz dał radę utrzymać jego koło. Cała reszta - w tym Majka - odpadli i w ten sposób Rysiu z Wincentym zarobili nad konkurencją ponad pół minuty, a nad Rogliciem, który się na zjeździe pocałował z barierką, nawet jeszcze więcej.

Jutro dzień przerwy i masowania zdrożonych kończyn. Tegoroczne Giro jest bardzo ciekawe - wszystko rozstrzygnie się dopiero w ostatnim tygodniu. Wydaje się, że walka o róż odbędzie się między Nibalim a Carapazem. No, chyba że Roglić wytrzyma wszystkie kolejne ataki Wincentego i znów wygra czasówkę z przewagą, pozwalającą przeskoczyć Carapaza. Jednak coś mi wygląda, że na to nie wygląda. Co do Majki, to miał dzisiaj słabszy dzień i dużo skorzystał na pomocy Dawida Formolo, który wreszcie prowadził swojego lidera tak, jak trzeba. Może być tak, że Pan Rafał skończy Giro na czwartym, najgorszym miejscu. No, chyba że się przełamie, zaciśnie szczęki, postawi wszystko co ma i... nie okaże się, że to jednak zbyt mało.

Wykop Skomentuj2
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Sport