2 obserwujących
131 notek
32k odsłony
510 odsłon

REMINISCENCJE Z WARSZAWSKICH KONDOLENCJI

Wykop Skomentuj16

Heca na sto fajerek.

Pan Prezydent, albo - że przejdę na familiarność - Nasz Duduś czyli ozdoba najpiękniejsza oraz radość nadwiślańskiego ludu, duma i ostoja Majestatu Ojczyzny Naszej, Schabowym oraz Płynnym Kartoflem Stojącej, doktor praw i orator zawołany, zorganizował na głównym placu M.St. Warszawy super-show przedwyborcze, dodatkowo zaznaczone poważnym internacjonalistycznym przesłaniem. Impreza miała charakter pieszej oraz zmotoryzowanej parady międzynarodowych dostojników, zakończonej napuszonym gadaniem do kamery. Tą razą tematem przewodnim ględzenia było, jaki to Kraj Cebulaków jest wspaniały, a jego mieszkańcy dzielni, mądrzy i i szlachetni.

Okazją stała się kolejna, okrągła, trzydziesta pierwsza rocznica powstania naszego przedsiębiorstwa... Zagalopowałem się. To nie były obchody 22 Lipca w Peerelu, ino uroczyste świętowanie wielkiej klęski militarnej i politycznej, jaką naród i państwo cebulandzkie poniosły we wrześniu 1939 roku. Czyli rozchodziło się o drugą wojnę światową, którą przegraliśmy z kretesem. Na żadną inną imprezę nie udałoby się spędzić do Najjaśniejszej tylu znamienitych gości, jak na rocznicę wielkiej klęski. Taka już uroda Cebulandii i jej mieszkańców, że poza takimi okazjami nikogo nic a nic nie obchodzą. Świat o prześwietnej Ojczyźnie naszej najczęściej sobie tylko przy okazji przekazywania jej mieszkańcom oznak najszczerszego współczucia z powodu nieszczęść typu rozbiory i/albo całkowite zniszczenie co bardziej cywilizowanych cebulandzkich miejscowości. Ale cóż... Jak się nie ma co się lubi albo jak się jeszcze jest na dorobku, to się świętuje kataklizmy i nieszczęścia. Żeby wzbudzić litość darczyńców. Jak Bangladesz, który podobno najhuczniej obchodzi rocznice tych powodzi, które zabiły najwięcej zamieszkałych w nim obywateli.

 Ale przejdźmy wreszcie do rzeczy, czyli do relacji z obchodów.

Nasz Pan Prezydent, człek sympatyczny i miły w obejściu, którego jedyną wadą jest nieco tylko przesadna łasość na zaszczyty i podziw, witał zaproszonych gości w garniturze z małżonką. Niektórzy z zaproszonych zasuwali na piechtę przez pół Placu Piłsudskiego, byleby tylko dostąpić zaszczytu uściśnięcia Jego gospodarskiej dłoni. Dmuchali jeden z drugim jak zające. A Pan Prezydent Zełenski, który w stolicy Najjaśniejszej Rzeczpospolitej przebywał już od dnia poprzedniego, gdy tylko dowlókł się do Międzynarodowego Punktu Serdecznych Uścisków Oficjalnych, wyszeptał podobno głosem mocno przygaszonym: "Adrian, takeśmy wczoraj z wieczora dali w palnik, że teraz ledwo na oczy widzę.". Na co podobno nasz Pan Prezydent odpowiedział mu z niezamierzoną zapewne odrobiną protekcjonalizmu: "Bóg zapłać za dobre słowo młody człowieku, ale sam się napierałeś, abyśmy po jarzębiaku spróbowali twojej niemirowki."

Za Zełeńskim dziarsko podreptał osiwiały w różnego rodzaju ekscesach prezydent Czech, Milosz Zeman, którego w podróży przez plac podtrzymywali rośli ochroniarze, w związku z czym reprezentant pierwszej ofiary Hitlera wyglądał jak jego kraj po Monachium. Pojawił się też wąsaty Węgier-bratanek z Budy, wyglądający kubek w kubek jak nasz miłośnik disco-polo. Szkoda tylko, że nie wystąpił w pasującym mu do aparycji siatkowym podkoszulku i klapkach, co z pewnością wzbudziłoby szmer uznania wśród 99 procent nadwiślańskiej populacji. Nomen-omen ma na imię Janusz i zapewne dlatego nad Wisłą zawsze przyjmowany jest miodem i kołaczem. Może nie tylko dlatego, bo w trakcie wojny, która stała się pretekstem, że dziś wszyscy składają Cebulandii kondolencje, Węgry i Polska teoretycznie znajdowały się we wrogich obozach, ale przez pięć lat żaden Polak nie zabił Węgra i odwrotnie. Żaden nawet nie próbował. Wyobraźmy sobie: pięć z okładem lat najstraszliwszej hekatomby w dziejach, w trakcie której nawet Polinezyjczycy zażarcie tępili swych japońskich nieprzyjaciół, a tu na froncie polsko-węgierskim ani jednego trupa... Za takie cuda to powinni dawać nagrodę Nobla.

Zaś nowy prezydent Litwy (do niedawna sądziłem, że Dalia Grzybowska ma dożywotni patent na wileńską prezydenturę, ale okazało się że jednak nie) przemknął przez Plac szybko i cichaczem. Zapewne dlatego, że jako prawowierny Litwin nie miał ochoty chodzić po betonie poświęconym Marszałkisowi Piłsudskisowi. Zapewne nie chciał też swoją osobą przypominać, iż w wyniku klęski wrześniowej Litwa chapnęła Cebulandii Wilno. A zaś Pani Ciaputowa, Prezydentka Słowacji, poszła w jego ślady. Nie miała ochoty rzucać się w oczy, bo armia jej kraju wkroczyła do Polski we wrześniu 39' rąsia w rąsię z Wehrmachtem. W nagrodę Słowacja otrzymała od Hitlera kilkanaście wsi z polskimi góralami jako bonusem. Też mieli się na co połaszczyć... Jednak w związku z tym faktem nikt by się specjalnie nie zdziwił, gdyby pierwszego września Pani Ciaputowa wygłosiła w Warszawie gorące przeprosiny Słowacji za rozpętanie drugiej wojny światowej...

Wykop Skomentuj16
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka