Życie duże i małe
Polak jest olbrzym, a człowiek w Polaku jest karzeł. - Norwid @ Polacy są sobie wrogami nieubłaganymi. – Piłsudski @ Tylko głupcy nazywają samowolę wolnością. - Tacyt @ Piekło to ledwie niemożność miłości. - Norwid
59 obserwujących
284 notki
1358k odsłon
  27025   0

Roman Wilhelmi - udręka i ekstaza geniusza, który przegrał z nałogiem

Roman Wilhelmi na planie filmu "Prywatne śledztwo" /East News
Roman Wilhelmi na planie filmu "Prywatne śledztwo" /East News

Aż nagle w 2010 roku ukazała się książka „Marian Kociniak. Spełniony”, pełna rozmów aktora z Remigiuszem Grzelą. To tam Marian Kociniak szczerze i pięknie spowiada się ze swojego życia. Przez jego opowieści przewija się (choć w bardzo niewielu miejscach) także Wilhelmi. W jednej z rozmów aktor przyznaje, że „Romeś” był jego najbliższym przyjacielem.

Autor książki Remigiusz Grzela udzielał zgody na spisanie i zacytowanie tych nielicznych fragmentów jego dzieła, w których Marian Kociniak wspomina swojego dawnego przyjaciela. Wszak historia w niej opowiedziana dotyczy tych samych czasów, w których żył i Wilhelmi, tego samego teatru, w którym pracował i tych samych spektakli, w których oklaskiwano obu wybitnych aktorów.

Marian Kociniak, wspominając początki swojej zażyłości z Wilhelmim, przyznał, że  „Romeś” był  „bardzo, bardzo dobrym” partnerem do kieliszka.  „On jeden z naszego roku został w Teatrze, a zbliżył nas alkohol, co tu dużo gadać. Wtedy, jak się miało sto złotych, to wódka się lała, był tatar, zakąska i może jeszcze ciepłe danie” – powiedział Kociniak.

Zapytany, czy Wilhelmi był jego najbliższym przyjacielem,  powiedział: „Tak, tak, z tym, że jemu na początku nie najlepiej się wiodło. Grał sporo w teatrze, ale telewizja jeszcze go nie odkryła. Mówił do mnie trochę z wyrzutem: "Maniek, ty z telewizji nie wychodzisz, z radia nie wychodzisz, z kina nie wychodzisz". Opowiedział też  o wspólnym mieszkaniu z Romanem Wilhelmim w kanciapie nad sznurownią w Teatrze Ateneum.

Aktor nie chciał zdradzać, co poróżniło przyjaciół…

Znakomite wywiady uzupełnia ciekawy zbiór recenzji spektakli, w których występował Kociniak, ale w których niejednokrotnie partnerował mu Wilhelmi; obaj aktorzy spotkali się m.in. w sztukach „Czekając na Godota” S. Becketta (reż. Maciej Prus 1971) , „Kuchnia” A. Weskera (reż. Janusz Warmiński, 1972), „Szewcy” S.I. Witkiewicza (reż. Maciej Prus, 1971)  czy „Peer Gynt” H. Ibsena (reż. Maciej Prus, 1970).

Sam Marian Kociniak, wspominając poszczególne spektakle, przyznał, że w „Szewcach” Wihelmi Scurvy’ego zagrał „wybitnie”. O  „Tramwaju zwanym pożądaniem” z głośną rolą powiedział, że był to „dziwaczny pomysł” Aleksandra Bardiniego.

image

(Roman Wilhelmi w roli Pozzo w sztuce "Czekając na Godota" w Teatrze Ateneum w 1971 roku. Foto: Narodowe Archiwum Cyfrowe)

„Wyreżyserował "Tramwaj zwany pożądaniem", w którym Kowalskiego zagrał Roman Wilhelmi. A przecież w repertuarze Ateneum był już ten tytuł, tyle że rok wcześniej wyreżyserowany przez Warmińskiego z Olą Śląską jako Blanche i Bohdanem Ejmontem jako Kowalskim. Więc Sasza zdjął spektakl Warmińskiego i grał swój”. (…)

Aktor pytany o swoje pierwsze własne mieszkanie mówi… o „mieszkaniu” w Ateneum. Jak przyznał, „praktycznie przez pierwsze trzy lata przemieszkałem z Romesiem Wilhelmim na sznurowni w Teatrze Ateneum”. Wcześniej,  gdy do teatru do Warszawy dojeżdżał z domu rodzinnego z  Rembertowa również pomieszkiwał ze swoim kolegą.  „Dojeżdżałem, ale trzy-cztery noce w tygodniu spędzałem w teatrze. Była taka kanciapa na górze, nad sznurownią. Nocowaliśmy tam  z Romanem Wilhelmim. To "mieszkanie" było nawet wygodne, bo rano wystarczyło się opłukać i schodziło się na próbę. To był czas, kiedy grało się – z popołudniówkami – po trzydzieści kilka spektakli w miesiącu” – wyjaśnił.

Marian Kociniak wspominał m.in. wspólne zabawy w SPATIF-ie waz z Leonardem Pietraszakiem i Romanem Wilhelmim. „To, co nasze kobiety przeżyły z nami, bo balowaliśmy noc w noc, jest nie do opisania. Owszem, na początku tolerowały, ale później się zbuntowały i powiedziały tak: "- Chcecie się napić? Dobrze. To jedna kolacja u Mariana, jedna u Leonarda. W domu."

@  Opowiedział też o wspólnym pijaństwie z Wilhelmim na skarpie nad Wisłą, gdy nad ranem  opuszczali już warszawskie lokale. „Chodziłem tam z Romesiem Wilhelmim. Piliśmy dalej, gadaliśmy i robiło się wpół do dziesiątej rano. Dyrektor Warmiński miał z nami utrapienie”. Wspominając alkoholowe przygody mówił też: „Miałem trzech cudownych zawodników. To byli Jurek Kamas, Lolek Pietraszak i Romesio Wilhelmi. Smoki straszne. Dzień w dzień po spektaklu. Sam dziś nie mogę uwierzyć”.

Na jednej z ostatnich stron książki znaleźć można znakomitą anegdotę Mariana Kociniaka:

„Dzwonię z domu do Ateneum po numer do Romesia, bo nigdzie nie mogłem go znaleźć. Odbiera  portier. Mówię. – Tam musi gdzieś na murku wisieć  książka telefoniczna, niech mi pan znajdzie numer Wilhelmiego. On szuka. Trwa to i trwa i już zacząłem się lekko irytować. No przecież pod  „W” – tłumaczę. – A, tak, tak, już szukam panie Romku – słyszę, jak do mnie mówi i zaczynam się dziwić, ale zanim wpadłem w całkowite osłupienie, w końcu odpowiedział: – Halo? Pan Kociniak dzisiaj nie gra.” ;))

[Marian Kociniak. Spełniony. Rozmawia Remigiusz Grzela, Wydawnictwo Trio, Teatr Na Woli im. Tadeusza Łomnickiego Warszawa 2010].

Lubię to! Skomentuj114 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura