Ze szkockiej perspektywy.
Z kimś kto odrzuca prawdę nie warto dyskutować. Prawda jest bowiem niezbędna do ustalenia kodu komunikacji.
1 obserwujący
17 notek
2052 odsłony
54 odsłony

Złota Śrubka / zś1

Wykop Skomentuj

Tak trochę z nadmiaru wolnego czasu postanowiłem opublikować fragmenty moich starych opowiadań. Sprzedawać się już nie sprzedają, a wznawiać już raczej nie będę. 

Odc 1. 

 LIST PIERWSZY – JACK MCNEY

Witajcie, chciałbym napisać, że przyjąłem powyższy pseudonim  z ostrożności, ale będę szczery – to tchórzostwo. Nie jestem  jeszcze gotów. Niestety, nie jest to obawa, że piszę w swoim drugim  języku. To obawa o dochody. Jestem historykiem, wykładowcą  akademickim i choć związałem się z Polską, zarabiam głównie  na zachodnich uczelniach. Jako biały konserwatysta i o zgrozo, katolik  nie jestem tam, jak się domyślacie, pieszczoszkiem. Aby nieco się usprawiedliwić, pragnę zaręczyć wam, że nie podporządkowuję się breweriom lewactwa, wykładam i publikuję w starym powściągliwym stylu, ale też nie wchodzę w zwarcie, nie przeciwstawiam się ich szaleństwu. Moje pierwsze polskie opowiadania powstały, gdy poczułem  się wystarczająco mocny w waszym cudownym, złożonym, pełnym metafor i wieloznaczności słów języku. 

„By żądz moc móc zmóc” – mistrzostwo, nie do powtórzenia  w żadnej innej mowie. Jakbyście usłyszeli, jak ja to wymawiam. 

Proszę też o wyrozumiałość przy lekturze pierwszego opowiadania.  Uważam, że nikt nie opowiada tak dowcipów jak Polacy.  Postanowiłem oddać hołd tej sztuce, choć mam świadomość, że  efekt jest nieco infantylny. Niemniej, gdyby nie moje trzy najlepsze przyjaciółki z Krakowa, które były moimi recenzentkami, redaktorkami i korektorami, nie ośmieliłbym się publikować. Dzięki, dziewczyny. Specjalne podziękowania także dla kolegi, który przyjrzał się rusycyzmom. 

Znośnej lektury życzę.

Jack McNey

WANIA

– Na dzień dobry nie dotrzymam słowa. Obiecałem mu, że jeśli to kiedyś opowiem, to zacznę od słów, które wybrał. 

– No to dawaj!

– Teraz to bez znaczenia, bo mówiąc, że na dzień dobry nie dotrzymam słowa, nie dotrzymałem słowa. 

– No, ale jakie to słowa?

– A więc on to opowiadał mniej więcej tak…

*******

– Chwuj mu w dupę i kawałek szkła.

– Naprawdę tak chcesz zacząć opowieść? – zapytałem. – Dlaczego?

– Bo myślę, że jak słuchacza rozczaruje treść, to przynajmniej zapamięta pierwsze słowa. 

– Ale może pozostać niesmak.

– Lata mi to. Jesteśmy umówieni?

– Dobrze. A komu właściwie to cha w de i kawałek szkła?

– Może być nawet misiu Koralgolu. To nieistotne, opowiedzieć

to ja ci chcę o najdziwniejszej podróży, jaką odbyłem. Może nie wszystko działo się dokładnie tak. Trochę piliśmy. O niektórych 

rzeczach, o których była mowa, czytałem później. Ale ja pamiętam to tak, jakbym już wtedy znał tematy. Więc snuj się, snuj, 

bajeczko, a było to…

– To chyba Brzechwa?

– O tak. Moja ulubiona bajka.

*****

Kiedy wsiadałem do tego pociągu, wiedziałem, że po drugiej stronie torów, choć właściwie to na ich drugim końcu… Choć też 

nie tak, bo na stacji docelowej tory się nie kończyły przecież. Pal sześć tory, zmierzałem do innego świata, a znalazłem się w jeszcze innym, zanim jeszcze dojechałem do celu. Po zajęciu miejsca w przedziale; wiesz ten typ składu, gdzie dwójka ma osiem foteli w przedziale; znalazłem się po drugiej stronie lustra… Nie, nie, przenośnia z tym lustrem jest bezsensowna, bo przecież w tych przedziałach są dwa lustra; jak nie siądziesz, jesteś po drugiej stronie lustra. Żarcik taki. W każdym razie po kilku chwilach zrobiło się zaskakująco. 

Gdy pociąg ruszył, usiadłem na wybranym miejscu – środkowe bliżej okna, tyłem do kierunku jazdy. Byłem przez chwilę wzruszony dość kiczowatą sceną pożegnania z dziewczyną, która zpłaczem biegła za odjeżdżającym pociągiem. Po mojej lewej siedział pan Władek. Nie wiedziałem oczywiście, że to pan Władek, spotkałem go wtedy po raz pierwszy i ostatni. To właśnie on i konduktor Tadeusz sprawili, że podróż okazała się tak niezwykła.  Z bruzd na twarzy to spokojnie dałem panu Władkowi siedemdziesiąt, może siedemdziesiąt pięć, ale jak wyciągnęliśmy flaszki, to oczka mu z takim figlem zaiskrzyły jak u nas, osiemnasto-dziewiętnastolatków. Ubrany skromnie, schludny, uśmiech miły, z zębami. Jak pojawiał się ten figiel w oczach, to uśmiech też tego figielka oddawał. No to polaliśmy i jemu. Wiesz, wypił jednego, drugiego, jęzorem mlasnął, przymrużył oczy i już myślałem, że zasnął. Ale wtedy nagle znów ten figiel w oczach, a potem te leniwe, rzucone od niechcenia słowa. 

– No, dzieciaczki, ugościliście starego, to i stary zrewanżować się musi, a że nie mam nic, co by mogło zrównoważyć tak szlachetny napitek, to muszę chyba jakąś opowieścią was uraczyć. 

Oj, zanudzi nas stary, pomyślałem, bo przecież ciepły krakus plus roztwór siarczany imitujący wino na nic więcej niż jakieś  bzdety nie zasługiwał. 

– Wiecie, dzieci, za czasów późnego Andropowa1, a może wczesnego… – i znów figiel przebiegł po jego twarzy. – Sam już nie pamiętam i nie ma to zresztą dla opowieści żadnego znaczenia. 

We wsi Staniszki, w wielkim tamtejszym kołchozie, mieszkał Wania Iwanowicz Biezdumny. 

– A gdzież te Staniszka leżą? – padło niespodziewanie pytanie; niespodziewane, bo nie spodziewałem się, że kogoś zainteresuje 

opowieść, a pytał siedzący naprzeciw mnie, ale bliżej korytarza.

– Dobrze, że pytasz – rzekł stary – i nie odmienia się Staniszka, tylko Staniszki. „Szki” na końcu, pamiętaj. Miejsce i scenografia 

to ważna część opowieści. No, scenografię to spuścimy po brzytwie, ale miejsce to wam tak umiejscowię mniej więcej. Ano Staniszki ...


przypis:

1Po długich i żmudnych negocjacjach z autorem uzyskaliśmy (my, pierwsza redakcja, niedoceniani ludzie od czarnej roboty) zgodę na zamieszczenie kilku przypisów wyjaśniających. Samego Andropowa jeszcze Państwu nie wyjaśnimy, gdyż jak zaznaczył autor, „tylko gimbaza nie wie, kto to był Andropow, a to nie jest opowiadanie dla dzieci”.

Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura