Ze szkockiej perspektywy.
Z kimś kto odrzuca prawdę nie warto dyskutować. Prawda jest bowiem niezbędna do ustalenia kodu komunikacji.
1 obserwujący
17 notek
2052 odsłony
66 odsłon

Łubianka 1984/ /zś 3

Wykop Skomentuj

Moskwa Łubianka, styczeń 1984 r. 

– Mało mnie obchodzi ta cała afera wokół walki z tym całym Larrym. Mamy ważniejsze sprawy. 

– Ale towarzyszu pułkowniku, to, że Sajew doznał kontuzji na miesiąc przed walką z amerykańskim mistrzem świata, to może być sabotaż. Może samego Piotra Iwanowicza, a może trenerów. Warto się temu przyjrzeć. 

– Nie pierdolcie mi tu, Czapski. Sabotaż to to był od początku. Jak można Sajewa wystawić na King Konga. Ile on waży? Dziewięćdziesiąt kilo? A metr osiemdziesiąt to ma jak na taboret wejdzie, żeby ogórki z pawlacza zdjąć. To, że ma kontuzję, to dobrze, bo można tę durną walkę odwołać. A teraz do rzeczy. Jak mawiał Hegel, a potem nasz Marks postawił to z głowy na nogi, jednocześnie potwierdzając jego tezę, wszystko w skali bolszej jest zdeterminowane i wpływu na to nie mamy. 

Ależ on pierdoli od rzeczy, to chyba przez te kursy marksizmu, na które zaczął chodzić – pomyślał Czapski, starając się jednocześnie zachować minę tępego raba.

– Ja to widzę tak, że historia to taka rura, a my jak takie wektory o różnej sile i kierunkach odbijamy się od siebie, a czasem od ściany tej rury, ale ostatecznie kierunek wyznacza rura. To, co możemy zrobić, to w porę dostrzec, jak rura będzie skręcać. Właśnie w takim punkcie dziś jesteśmy, rura skręca. I co my możemy w takim momencie zrobić? 

– Myślę, że… wytężonym wysiłkiem wszystkich wektorów naprostować, panie pułkowniku!

– Aleś ty durny, Saszka. Rurę to my możemy co najwyżej wydymać.

I nawet jak ją wydymamy, to nie naprostujemy. My tę rurę wydymamy, Sasza. Żeby ją wydymać, to ty musisz pojechać do Wiednia. Rozkazy otrzymasz na miejscu. Jak chcesz choć trochę pojąć, co ci tu klarowałem, to przed wyjazdem pobądź trochę z żoną. Pokochajcie się, a rano przemyśl, czy ją naprostowałeś – zaśmiał się zbereźnie pułkownik. – Odmaszerować!

Po wyjściu Czapskiego pułkownik zapalił. Wieczorne spotkanie z Ostrawinem miało rozstrzygnąć o jego przyszłości. Wiedział,że będą dużo pić, a on musi mieć umysł bystry jak Karpow. Czas zjeść sporo śledzi w oleju, byle dużo oleju było – pomyślał, uśmiechając się do siebie.

Wieczorem w daczy Ostrawina, ku wielkiemu zaskoczeniu pułkownika, wódka nie pojawiła się na stole. Podano czaj. Z każdym kolejnym łykiem herbaty pułkownik czuł, jak olej ze śledzi podchodzi mu pod gardło. Zgodne z przewidywaniami były za to słowa Ostrawina. 

– Smuta2 nadchodzi. Przegraliśmy, drogi Igorze, i jedyne, co w tym dobrego to to, że już o tym wiemy. A skoro wiemy, to możemy zminimalizować straty. Kiedy w szesnastym wieku nadchodził ten nieszczęsny czas, to nie było nikogo takiego jak my, kto znałby przyszłość i mógł zareagować wcześniej. 

– Rozmawialiśmy o tym wielokrotnie, ale czy aby na pewno nie da się uniknąć kryzysu? Zbudowaliśmy imperium, którego wady znamy wszyscy. Kiedy nie podbijamy, pogrążamy się w apatii. Może czas się ruszyć. Niech nam się spełni marzenie wujaszka Józefa.

– Jakie marzenie?

– Kiedy w Poczdamie podlizywano mu się, podkreślając, że żaden z carów nie osiągnął tyle co on, miał odpowiedzieć, że Aleksander odbierał defiladę w Paryżu.

– Tak. Tylko że w tym Paryżu musielibyśmy stworzyć nową stolicę, bo naszej Moskwy by już nie było. Amerykańska doktryna wojenna jest bezlitosna. Jak tylko się ruszymy, to bum. Co ważniejsze, nie mamy wpływu na wywołanie wojny, więc nie traćmy czasu na rozważania o niej. To, co możemy zrobić, to zostać Romanowami i po wielkiej smucie odbudować kraj i poprowadzić do jeszcze większej potęgi w przyszłości. W końcu podano wódkę. Pierwsza szklanka nieco uspokoiła ohydny olej. Ostrawin szedł coraz dalej w dywagacjach o Romanowach, Szujskich, królewiczu Władysławie. Pułkownik wciąż czekał na meritum. Kiedy w końcu padło słowo „oprycznina”3, zaświtała w nim nadzieja, że to już ostatnia dygresja. 

– Wiecie przecież, że nasz ustrój ukształtowali Mongołowie. Nie chwalimy się tym, ale to dzięki narzuconemu przez nich modelowi zarządzania Rusią jesteśmy tym, kim jesteśmy. Kiedy Wielcy Książęta Włodzimiersko-Moskiewscy zrzucili ich zwierzchnictwo, pojawiła się pokusa zajęcia ich miejsca i traktowania dalej całej Rusi jak rabów. Różnica tylko taka, że teraz książę nie musiał zebranej  daniny odwozić chanowi na czworakach, a zachowywał ją dla siebie i na swój pożytek obracał. Ale ten porządek nie musiał się utrzymać. Mogliśmy pójść śladami Europy z jej wieczną samowolą feudałów. Na całym Zachodzie bodaj jeden Ryszard II wpadł na to, co zrobił nasz Iwan Groźny. Odwołał się do wasali w swoich prywatnych dobrach i ich chciał rzucić przeciw panom feudalnym. 

Ale on nie zrezygnował z korony, więc przegrał i koronę stracił. Nasz Iwan zrezygnował i pokazał bojarom, co się dzieje, jak nie ma pana. Wziął się im do dupy, aż miło. Ha, ha, ha. To był wewnętrzny

podbój. Na kolanach go błagali, żeby wrócił na carski tron. A on wrócił i odtąd my wszyscy raby jesteśmy, ale nie prymitywne raby cara czy sekretarza. Oni są tylko personifikacją Matuszki Rosiji. Za Matuszkę!!! 

– Za Matuszkę!!!! Uraaaaa!!! – wznosząc toast napełnioną szklanką, pułkownik wiedział, jakie szczęście spotka go za chwilę. Nareszcie rozmowa o konkretach. 

– Dobrze, to teraz jeszcze po bani i do bani. Tam porozmawiamy o sprawach wiedeńskiej i polskiej oraz całej reszcie naszej psiarni.

Nareszcie do rzeczy – pomyślał pułkownik, tracąc już prawie całkiem posmak oleju w przełyku.


Przypisy 

2 Smuta – stanowisko autora jak w przypadku Andropowa.

3 Opricznina (albo oprycznina) – niestety jak wyżej.




Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura