Ze szkockiej perspektywy.
Z kimś kto odrzuca prawdę nie warto dyskutować. Prawda jest bowiem niezbędna do ustalenia kodu komunikacji.
1 obserwujący
22 notki
2737 odsłon
78 odsłon

Praga, 18 kwietnia 1873 r./zś14

Wykop Skomentuj

Cesarz Austrii, król Czech, król Węgier etc. Ferdynand I miał jutro obchodzić osiemdziesiąte urodziny. Praski zamek z tej okazji nie był jakoś specjalnie przystrojony, niemniej ponieważ zazwyczaj z okazji urodzin monarchy przybywał ktoś znaczący z Wiednia, a tym razem miał to być sam von Auersperg, służba dwoiła się i troiła, aby zaniedbana na co dzień siedziba była wysprzątana. Ferdynand chorował, można powiedzieć, jak zwykle. Ledwie odratowany przy porodzie, cierpiący od dziecka na epilepsję oraz wszelkie możliwe schorzenia, w tym tępotę, o ile można nazwać schorzeniem tę przecież jakże częstą ludzką przypadłość. Nawet przed abdykacją nie rządził nigdy Cesarstwem, wyręczany przez tajną radę regencyjną. Jego formalne odsunięcie od tronu zaraz po Wiośnie Ludów było typowym zrobieniem podwójnego pieczystego na jednym ogniu. Nie tylko pozbyto się nierozgarniętego władcy, ale jeszcze rozładowano napięcia polityczne. Plan skromnych uroczystości przywiózł osobiście von Auesperg. Ten dystyngowany pięćdziesięcioparoletni mężczyzna przybył do zamku w wigilię monarszych urodzin, acz nieco później, niż zamierzał. Po drodze bowiem przydarzyła mu się pewna przygoda. 

*** 

– A czemuż to stoimy? – Premier rządu sam był sobie winny, polecając jechać drogami krótszymi, acz bardziej narażonymi na roztopy.

– Wasza ekscelencjo, jakiś Żydek utknął swoim powozem w błocie, bokiem nie przejedziemy, bo sami ugrzęźniemy.

Żydek w powozie, co za czasy – pomyślał premier. Postanowił przyjrzeć się sytuacji, rozprostowując przy okazji nogi. I jeszcze mocz oddam – postanowił. Kolasa Żydka utknęła głęboko i mocno przechyliła się na lewą stronę. Właściwie to, że się nie wywróciła, zawdzięczała błotu, które ją teraz trzymało. Żydek i jego woźnica, upaprani, pchali i dopingowali konia, ale szans na wydobycie pojazdu nie mieli.

– Boże, przecież ten woźnica to Austriak – zauważył premier. Co za czasy! Niech się jeszcze chwilę pomęczą, a ja odcedzę co nieco. Po powrocie z zarośli, nieco zniecierpliwiony, polecił w końcu swoim ludziom pomóc tamtym. Gdyby nie to, że nie dało się ich wyminąć, pewnie by ich zostawił, ale tak trzeba było Żydowi pomóc. Rozradowany właściciel powozu podbiegł, aby dziękować, ale stanowczy gest ochrony i rozpoznana twarz wybawcy zatrzymały go równie pewnie jak błoto kolasę.

– Dziękuję, wasza wielmożność. Panie, ładuję się, żeś nas połatował.

– Nie dziękuj, parchu, tylko zmykaj na bok, bo się pewnie za chwilę znów rozkraczycie – odburknął premier. – Jak się nazywacie?

– Ja i woźnica? – Żyd był nieco zdziwiony pytaniem w liczbie mnogiej.

– Nie, ty sam, matole.

– Ja, ja, ja. – Żyd zdenerwował się złym humorem eminencji.

– Ja jestem Lepi Fłankenbełgeł.

– Jak?

– Fła, fła, fłankełbełbełgeł.

Boże, co to za dzień! W południe sepleniący jąkała, a wieczorem

czeka mnie spotkanie z debilem – irytował się premier.

– Dobra, z drogi.

Kiedy już odjeżdżali, nieco uspokojony Lepi rzucił do premiera podziękowanie.

– Jeszcze raz dziękuję, będę się za pana modlił.

– Tak, tak. Najlepiej daj synowi imię po mnie – zażartował głośno premier.

– Tak, tak. Chyba bękałtowi, skułwysynu – przeklął po cichu Lepi.

***

Wieczorem w trakcie audiencji w prywatnych apartamentach monarchy von Auesperg, po formalnościach związanych z przekazaniem listów i życzeń z dworu, zbierał się już do wyjścia. Niestety. Głupawy monarcha przywołał go skinieniem ręki do swego łoża.

– A co tam w moim państwie? Jak tam Cesarstwo? Potężne?

Boże, a cóż to tego przygłupa obchodzi? Jak cesarzował, nie obchodziło, a teraz obchodzi?

– Wszystko dobrze, wasza wysokość, wszystko w najlepszym porządku – odparł zdawkowo i znów zaczął cofać się do wyjścia.

Niestety Ferdynand ewidentnie chciał wiedzieć więcej.

– Dobrze, bardzo dobrze, niezmiernie się cieszę, że dobrze. Ale powiedzcie, jak tam nasze posiadłości we Włoszech.

Cóż go napadło? I to jeszcze o Włochy pyta. Boże, miej litość nade mną.

– We Włoszech, wasza wysokość, akurat nie najlepiej.

– Nie najlepiej?

– Właściwie to nie tyle nie najlepiej, co we Włoszech to wcale.

– Wcale?

Auespergowi wydało się, że widzi ironiczny uśmieszek na pomarszczonej twarzy cesarza.

– W tym znaczeniu, że nie mamy już żadnych posiadłości we Włoszech. Przegraliśmy wojnę z Francją i… nie mamy już posiadłości we Włoszech.

– Ach tak – z westchnieniem przyjął wieść Ferdynand. – To opowiedzcie mi, co tam w naszych krajach niemieckich?

Oż ku… – ugryzł się w mózg von Auesperg – teraz jeszcze Niemcy.

– Niestety w Niemczech też już nas nie ma. Przegraliśmy wojnę z Prusami i gdyby nie wstrzemięźliwość Bismarcka, to musielibyśmy waszą wysokość przenieść z tego pałacu.

– Ach, jo.

Stylizowana na czeski odpowiedź Cesarza utwierdziła premiera w przekonaniu, że stary głupiec bawi się nim.

– To jeszcze tylko powiedzcie mi, czy w moim królestwie węgierskim wszystko w porządku, jak tam moi krnąbrni Madziarowie?

– Węgrzy, wasza wysokość, po naszej klęsce z Prusami uzyskali równorzędny status z Austrią, a wasz następca musiał koronować się w Budzie. Jesteśmy właściwie unią personalną z Węgrami.

Mają nawet własny parlament.

– Ach tak, mówicie, że takie zmiany. – Starzec zaczął się przygłupio chichrać, co wkrótce przeszło w zakrztuszenie, a następnie w nieprzyjemny kaszel. Po chwili zamieszania – lokaj musiał pomóc monarsze usiąść na łóżku – Ferdynand znów spokojnie z ironicznym uśmieszkiem wrócił do tematu.

– To widzę, że chyba niepotrzebnie abdykowałem. Myślę, że poradziłbym sobie z rządzeniem nie gorzej niż bratanek.

Może i ma rację – pomyślał von Auesperg. – Ale przecież gorzej już być nie może, więc pewnie będzie lepiej.

***

- Zawsze może być gorzej – zauważył słusznie Pompka.

– No, w każdym razie Bismarck i Moltke mają w głowach cały rozkład jazdy pociągów. Gdzie, o której, na którym peronie, który pułk będzie wsiadał, o której dotrą na miejsce. To ja się pytam, czy to był przypadek, że oni zlali dupy Francuzom? – dokończył konduktor.

– I tu masz rację, Tadziu, bo dla jednych wojna to gra przypadku, a dla innych logistyka. Oj, żebyście wy na kolei tak znali rozkłady jazdy jak oni, tobyśmy wiedzieli, na którą dotrzemy na miejsce, a tak to przypadek – zaśmiał się dziadek.

– Ja najmocniej przepraszam – zapytał ten przy korytarzu siedzący przodem do kierunku – co to znaczy „ugryźć się w mózg”?

– To samo co „ugryźć się w język”, tylko trochę wcześniej – zarechotał konduktor.


Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura