Ze szkockiej perspektywy.
Z kimś kto odrzuca prawdę nie warto dyskutować. Prawda jest bowiem niezbędna do ustalenia kodu komunikacji.
1 obserwujący
22 notki
2881 odsłon
103 odsłony

MONTMARTRE

Wykop Skomentuj

– A teraz, mój drogi Bogdanie… – Beria przerwał, gdy jego zastępca Bogdan czknął. – Co ty, bałwanie, znów się oleju opiłeś czy smalec żarłeś? Przecież mówiłem, picia nie będzie, a ty swołocz jak zawsze… 

*** 

– Nie, no proszę cię, nie mogę już słuchać o tych ruskich, co się tłuszczem nasycają. Zresztą już kiedyś u jakiegoś Lundluma czy innego Forsaida to było. Co z tym Berią? Tak rzeczowo proszę.

– Dobrze, jak sobie życzysz. Po śmierci Stalina najsilniejszą pozycję miał Beria w sojuszu z Malenkowem i rozpoczął program „liberalizacji” od… no, zgaduj.

– Nie mam pojęcia.

– Ogłosił szeroką amnestię i powypuszczał mnóstwo kryminalnych.

W pewnym sensie kryminalni to byli jego ludzie w aparacie penitencjarnym. Ale na wolności spuścił ich ze smyczy całkiem.

– No, to pewnie zwykli mieszkańcy poczuli, że bez wujaszka Stalina to nie jest już tak bezpiecznie.

– Właśnie o to chodziło Ławrientejowi, ożeż ty, a jakże się to odmienia poprawnie, Ławrientejowi, Ławrientowi? No, nie mam pojęcia.

– Mów „Berii” po prostu.

– OK. O to właśnie Berii chodziło. No nie mogę, muszę wiedzieć…

– Olej, sprawdzę ci później, obiecuję.

– Dobra. Chodziło o to, żeby było mniej bezpiecznie. Ba, jemu chodziło o to, żeby było niebezpiecznie. Mordy, rabunki, gwałty. A najniebezpieczniej to miało być w dużych miastach, a tak najstraszniej to w Leningradzie i w Moskwie. Zwłaszcza w Moskwie. Plan był taki: ponieważ właściwa rozgrywka o władzę miała dopiero nadejść to Beria chciał mieć miażdżącą przewagę.

Miały mu ją zapewnić wojska wewnętrzne przesunięte do dużych miast pod pretekstem zagrożenia bezpieczeństwa publicznego. Oczywiście zagrożenie bezpieczeństwa mieli wywołać rozzuchwaleni kryminalni, których on miał spacyfikować, rozprawiając się przy okazji z przeciwnikami. I tak „liberalizacja” miała zapewnić „zamordyzację”. 

– Ale czapę dostał wcześniej i mu nie wyszło.

– Tak, ale jego plan to nie było nic nadzwyczajnego w historii. Wywołać kryzys i brać za pyski pod pretekstem rozwiązywania kryzysu to normalka, jednak czasami inspiratorzy nie są w stanie opanować wywołanego kryzysu i to moim zdaniem wydarzyło się w ostatnich latach we Francji. 

*** 

Wiele lat później, stojąc naprzeciw lustra, pułkownik Robert Artua10 miał przypomnieć sobie to dalekie popołudnie, kiedy ojcowie oświecenia wtajemniczyli go w spisek. Zabrali go na przedmieścia Paryża, żeby mu pokazać lud. Z zamysłu wyrwał go dzwonek aparatu telefonicznego. Kto o tej porze? Ta, to mógł być tylko pułkownik Marquez. A więc zaczęło się. 

– Tak, słucham.

– Tu pułkownik Marquez. Melduję, że – następne słowa były wypowiedziane bardzo wyraźnie i powoli – MARTA MA TRZY.

– Rozumiem. Odmeldować się.

– Tak jest. Odmeldowuję się.

Blisko czterdzieści lat w woju, a Artua wciąż nie potrafił się przyzwyczaić do wojskowej mowy nacechowanej ciągłymi powtórkami. Tak, wiedział, że jest to pragmatyczne zachowanie, a jednak nie potrafił się przyzwyczaić. Ale dziś nie było to istotne. Schodząc po schodach, zorientował się, że nie odstawił kubka z pianą do golenia. Tak, tak, pułkownik od czasów Legii golił się tradycyjnie brzytwą, a piankę do golenia przygotowywał własnoręcznie na bazie taniego mydła. Czas wezwać porucznika Joysa – pomyślał, odstawiając kubek na kuchenny stół. Ale najpierw jeszcze coś zjem. 

*** 

Porucznik Uli Joys spacerował po wiosennym Paryżu i jak zawsze o tej porze roku był zakochany – lub tylko był przekonany o tym, że jest zakochany. Na ostatnim roku szkoły oficerskiej poznał dwudziestoletnią Lidię de Marengo. Tak, tak, potomkinię tego marszałka. Jej ojciec, kultywując rodzinną tradycję, wykładał w jego akademii i był głównym promotorem dostępu wszystkich stuośmiu płci do kariery wojskowej. Kochał się w niej bez pamięci? A może był zakochany. Czym zresztą jest miłość? Cóż go tak niemal całkiem pochłania? Czy da się to definiować? Skoro definiują, to znaczy, że się da – pomyślał. 

Pytanko jest tylko takie, czy definicje mają tu jakiś sens. Poznając miłość, doświadczamy, aby zdefiniować, musimy podjąć próbę uniwersalizacji rzeczy zaznanej, aby tak zdefiniowana miłość pasowała do każdego innego uczucia, które ktoś inny doświadczając go, mógł także określić jako miłość. Ale przecież jeśli jego lub czyjeś uczucie nie pasowało do definicji, to nie mogło być miłością, a jeśli było miłością, bo tak czuł miłujący, to definicja miłości nie jest jej definicją. Tak, wiedział o Platonie, Pawle, ale czy on tak kochał? Niestety nie. W jego uczuciu było mnóstwo przypraw ostrych, chili, imbiru, soli, pieprzu. Pragnął Lidii niemiłosiernie, a wszystkie te piekące emocje spalały go od środka, nie mogąc znaleźć ujścia. Ona, mimo że werbalnie zdeklarowała uczucie, trzymała go na dystans. W tej sekundzie rozbawiła go fantazja, która pojawiła się momentalnie w chwili, gdy mózg podsunął mu synonim słowa „werbalnie”. Czy to na pewno synonim? – zawahał się, ale odpuścił rozważanie semantyczne. Oj, żeby chociaż tyle. Więc miłość to… to… – i w tym momencie przyszło natchnienie, zdanie które pomieściłoby Platona, chili, pieprz, imbir i sól: miłość to… i w tej kolejnej chwili, na ułamek sekundy przed przekuciem intuicji w sformalizowaną myśl, zadzwonił telefon. 

Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura