32 obserwujących
222 notki
151k odsłon
  563   2

Z okazji i bez okazji o Nowym Życiu

W środę, dzień po terminie, byłam na badaniu i lekarz wystawił mi skierowanie na przyjęcie do szpitala na następny dzień. Miałam być obserwowana pod kątem ewentualnego wywoływania porodu. Na szczęście okazało się to niepotrzebne, bo nad ranem malutka postanowiła się urodzić.

To był dobry, sprawny poród. Od chwili przyjęcia do ujrzenia drugiej córeczki minęły dwie godziny. A naprawdę pojechaliśmy do szpitala przy pierwszych skurczach (wiem, że można szybciej, starszą urodziłam w pół godziny i formalne przyjęcie do szpitala zostało zrobione, gdy już siedziałam z dzidzią na rękach…). Tym razem z ciekawostek mogę opisać to, że miałam mieć własną położną, ale nie udało jej się dojechać. Wobec tego rodziłam z położną dyżurną, a praktycznie… z czterema różnymi, w tym jedną studentką. Było tak dużo rodzących na oddziale, że w kluczowym momencie nie miał kto do mnie podejść. Było trochę nerwowo, ale wszystko się udało. Kilka razy usłyszałam dość nietypowy komplement: „Pięknie pani rodzi!” ;).

Moje życie od zawsze jest porządkowane przez rytm ważnych świąt, tempo tygodnia, od niedzieli do niedzieli, od Bożego Narodzenia do Wielkiejnocy i tak dalej. W pandemii ten rytm się mocno zagubił, ale jak umieliśmy, tak dbaliśmy o wyróżnienie niedzieli z tłumu innych dni.

Rodziłam w czwartek. Mała E. Przyszła na świat 20.05. br. W niedzielę miałam nadzieję już być z rodziną w domu. A, dodajmy, była to niedziela Zesłania Ducha Świętego.

Rok wcześniej w tę uroczystość starsza córka została przyjęta do wspólnoty chrześcijan w sakramencie Chrztu Świętego. A w tym roku tkwiłam w szpitalu, czekając nerwowo na decyzję, czy pozwolą mi wyjść, czy nie, ponieważ ze względu na wyniki córki już nas 1 dobę przetrzymali…

To chyba było trudniejsze od samego porodu – to czekanie w ciszy i martwocie pustego, szpitalnego pokoju. Moją współtowarzyszkę wypuścili do domu dzień wcześniej. Mała córeczka miała akurat fazę spania bez końca. A mi się nawet spać nie chciało. Spakowałam się i tak czekałam, czekałam, nie mogąc robić nic innego.

Na szczęście wyniki badań poprawiły się i zapadła decyzja, że wychodzimy! Ponieważ Starsza czekała u dziadków – po pierwszej awanturze trochę się oswoiła i nawet dobrze bawiła – to my też weszliśmy zaprezentować najmłodszą latorośl rodu. I takie były te święta tego roku: dziadkowie, rodzice i najmłodsze wnuczki zebrane wokół stołu. Święto życia, radości i nadziei.

***

Zaczęłam pisać ten tekst w Dzień Matki, z myślą, że temat znakomicie pasuje. Że w tym roku jestem już mamą podwójną, że moja druga córeczka zrobiła mi najlepszy prezent na tę okazję, że… mogę naprawdę przyznać, że na honory związane z tym mianem zasługuję. Bądź co bądź poród to nie jest byle kichnięcie. I zanim wspomnienia się zatrą, matka wyraźnie czuje, że oddawała życie.

Dzień Matki upłynął zanim zdążyłam odłożyć dziecko od piersi, zaraz po nim przeszedł Dzień Dziecka, bo w tym roku wszystkie okazje i święta mijają mi nie wiadomo kiedy, nie zauważone i nie docenione, przytłumione codziennością: koniecznością częstego spania, karmienia, przewijania, ubierania, kołysania, tulenia.

Ale może nie chodzi o te okazje, tylko właśnie o codzienność. O tę walkę i tę największą możliwą nagrodę: cud nowego Życia. Każdej z nas, drogie mamy, z serca gratuluję. Za to, co zrobiłyśmy, zasługujemy na najwyższe uznanie. Za to, co robimy dalej, dbając o to Życie, wychowując i kochając, zostaniemy docenione nie tylko tu, ale i po drugiej stronie. I niech to nas podtrzymuje wtedy, gdy zaczynają się płacze, katary, choroby, brzuszki, zęby, cierpienia dojrzewania. Trzeba tylko – i aż – kochać, a reszta się ułoży. Prawda?

Lubię to! Skomentuj4 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości