Pacanowo
Mój kolega ze studiów, którego niespecjalnie lubiłem, miał na salonie motto "tylko po co". W sprawie motta się z nim zgadzam.
1 obserwujący
27 notek
7319 odsłon
  108   0

MARGINES

Przyznam szczerze, że nigdy ich specjalnie nie lubiłem, a już o szacunku względem nich lepiej w ogóle nie wspominać. Czemu? A gdyż bo nic tak nie razi mego poczucia estetyki niż świecące się łojem, czerwono-fioletowe, tępe gęby, z jeszcze bardziej fioletowymi nosami, sterczącymi spod zawsze mokrych od potu włosów. Nosami osaczonymi z dwóch stron przez szaronijakie, nic-nie-wyrażające świńskie ślepka. Nawet w czasach gdy sam byłem jeszcze nieletnim przypałem o mocno niewyrafinowanym intelekcie, nie potrafiłem z siebie wykrzesać ani odrobiny sympatii dla tych dziwacznych osobników – najczęściej kluchowatych albo ciastowatych z postury, przeważnie zaflejonych i zdradzających wielkie zamiłowanie do rosołu oraz golonki z wódczaną popitką na drugie. Do tych cudaków, zawodowo zajmujących się sprawami, których inni przeważnie nawet nie dostrzegają. Bo też jaki normalny facet za najważniejszy cel życia wyznaczy sobie klepanie pacierzy, tudzież mamienie starych kobiet pierdołami rodem z animowanej bajki? A wszystko po to, by wyłudzić od staruszek parę groszy, a i to przeważnie z koniecznością zastosowania względem swych ofiar emocjonalnego szantażu. Hmmm… Powiecie zapewne, że takich mężczyzn można spotkać na pęczki – wystarczy dobrze się rozejrzeć. Oczywiście będziecie mieli rację, jednak większość wydrwigroszy nie obnosi się z takim jak oni dostojeństwem. Zwykli oszuści i złodzieje nie paradują od święta we wdziewanej przez łeb, jak jakieś meksykańskie „poncho”, kolorowej kapie, zakładanej według cudacznego regulamentu: w trzecią niedzielę po siódmym wtorku od przesilenia wiosennego poncho musi być fioletowe w żółte prążki poprzeczne, a w dziewiąty piątek przed letnią zmianą czasu – pomarańczowe z seledynowymi gwiazdkami. Nikt mi nie wmówi, że takie przebieranki są oznaką psychicznego zdrowia – podobne jak występowanie przed ludźmi w lamowanej purpurą sztywnej, złotej kiecce do kostek, uzupełnionej od góry czerwoną czapką w kształcie postawionej na sztorc bułki wrocławskiej – a tak właśnie w dni uroczyste ubierają się szefowie tego małpiego gangu.

Tyle, jeśli chodzi o mój pogląd na wygląd zewnętrzny kleru oraz wyglądu tego estetykę. Dodać jedynie należy, iż komiczne (a innych w zasadzie nie ma) aspekty księżego umundurowania dostosowane zostały w trakcie długotrwałego procesu – i pozostają dostosowane nadal – przede wszystkim do gustów starych bab, czyli najwierniejszych „grupies” duchowieństwa. To one są najważniejsze, jako od wieków wypróbowane nośniki zabobonu i ciemnoty, a co za tym idzie niezawodne roznosicielki kościelnych wpływów. Im taka, jedna z drugą, bardziej się w młodości puszczała, tym na starość częściej przesiaduje w kościelnych ławach i tym chętniej obłapia kolana swojego proboszcza służąc mu wiern,ie niczym pies albo czekista.

Homoseksualne skłonności, raz po raz wyzierające spoza ślicznie zdobionych fatałaszków noszonych przez osoby duchowne, stanowią jedynie niezbędne dopełnienie charakterystyki ludzi lubujących się w przyjmowaniu hołdów od maluczkich. Wielbiciele księży mają jednak to do siebie, że nie widzą, iż cmokając wikarego w łapę mają przeważnie do czynienia z klasycznym pedałem albo – czasem – zwykłym kurwiarzem. Jednak właściwe rozpoznanie upodobań erotycznych jakim hołdują ludzie kościoła to drugi, głębszy poziom wtajemniczenia. Pierwszym jest rozpoznanie ich potrzebach finansowych. A to one właśnie powodują u księży i biskupów przymus podobania się religijnym dewiantkom. Wiadoma sprawa – jeśli chcesz dobrze żyć i mieć środki na wódę i dziwki, najpierw musisz komuś sam dogodzić. Ale jeśli – w następnej kolejności – zajmiemy się sprawami poważniejszymi, czyli przykładowo wyznawaną przez księży ideologią, sprawa robi się jeszcze poważniejsza. A w zasadzie dużo bardziej komiczna.

Czy jednak starożytne bajki oraz te nowsze, co jakiś czas produkowane przez tzw. Kościół Powszechny opowieści dziwnej treści, można w ogóle nazwać „ideologią”? U podłoża tak zwanych „nauk” religijnych leżą wszak „święte teksty”, których naukowa weryfikacja nie jest możliwa. Zresztą, teksty te zostały uznane za święte, aby ewentualnym badaczom już na wstępie odmówić prawa do ich analizy. Tekst święty przyjmuje się „na wiarę” czyli „na kocią łapę”. Jeśli zawierają on zapis, że ktoś chodził po jeziorze w góralskich kierpcach albo ujeżdżał bez siodła kondory andyjskie, to abstrahując od idiotyzmów zawartych w tych twierdzeniach, czyli z założenia odcinając się od najzwyklejszej logiki, osobnik wierzący ma obowiązek przyjąć, że z nie wiadomo jakich przyczyn dany gość umiał poruszać się po powierzchniach ciekłych, a zaś inny potrafił okraczyć ptaka. I nie wolno dociekać, w jaki sposób powyższe zjawiska mają/miały miejsce. Jest oczywiste, że takie myślenie jest właściwe dzieciom oraz osobnikom niedorozwiniętym – dlatego kościół tak kocha ‘prostaczków bożych”. Ale spróbuj jakiego w miarę rozgarniętego wierzącego nazwać po imieniu, czyli wypomnij mu że wierząc w bajki wychodzi na durnia, a zaraz rzuci się na ciebie całe stado, horda podobnych mu idiotów. Osobników dzikich, ale uważających że mają rację, a ich racja wynika z faktu, że jest ich bardzo duża kupa. A przecież kretynów zawsze jest więcej niż ludzi myślących.

Lubię to! Skomentuj14 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale