7 obserwujących
103 notki
99k odsłon
  982   0

Wybory prezydenckie w USA i w Polsce. Podobieństwa wojny kulturowej

Musiał dokonać wyboru, czy lecieć na Florydę, czy spotykać się z elektoratem z innych stanów, bo na wszystkie wydarzenia kampanijne nie starczało mu nie tylko czasu, ale i pieniędzy. Donald Trump miał ich wielokrotnie mniej niż rywal zasilany przez tłuste koty z Wall Street.  

Po stronie Bidena znalazły się wszystkie narzędzia nowoczesnego prania mózgów ludziom, którzy byli wbijani w społeczny dowód słuszności sondażami, opiniami ekonomistów i komentatorów bieżącego życia politycznego. Nawet w dniu wyborów przeakcentowano spływające z dane, choć te pochodziły z centrów i nie uwzględniały dochodzących dużo później wyników z mniejszych miejscowości. Dopiero nad ranem George Stephanopoulos z ABC przyznał, że wyścig prezydencki zaczyna wyglądać jak "powtórka z 2016 roku", kiedy wg prognoz Hillary Clinton miała większe szanse na wygraną, ale jej przewaga topniała wraz z liczeniem głosów.

Trump ma po swojej stronie prawdę: mnóstwo osobistych osiągnięć począwszy od najniższego od lat 60. bezrobocia, słusznej polityki generowania miejsc pracy (demokraci chcieli nakładać na przemysł podatki), rosnących konsumpcji i płac, skończywszy na wygaszaniu konfliktów, militarnym wycofaniu się z Syrii i rezygnacji z misji Obamy i Busha wyzwalania, czytaj rujnowania, kolejnych krajów spod dyktatur oraz racjonalnych z perspektywy Ameryki pociągnięciach w relacjach z państwami NATO, Azji i Rosji – która była konsekwentnie ignorowana przez media głównego nurtu. Tym prezydent nie pozostawał dłużny. Jego lista fakenewsów wyprodukowanych przez najpoważniejszych dziennikarzy była do tego stopnia trafna, że obnażyła hipokryzję koncernów należących do garstki miliarderów, które śledziły kłamstwo wszędzie jedynie nie u siebie.

Każdy przywódca Ameryki - po wyglądającej na zaciętą walce - przechodził na pozycje establishmentu. Z wyjątkiem Trumpa, który ostentacyjnie deptał przekonanie elit o finalnym triumfie lewicowo-liberalnego zeitgeist, iż – jak ostatnio wyznała pani Mosbacher – historia ma swoje strony i pewni ludzie znajdują się po tej niewłaściwej, inni zaś ją piszą.

Podziały w społeczeństwie przebiegają wzdłuż wszystkich tematów wywoływanych na wojnie kulturowej - od "swobody" seksualnej po obecność religii na forum publicznym - a w swej kulminacji sięgają do absurdalnego prawa do piętnowania konserwatystów i wykluczania ich z życia publicznego.

Amerykanie, urabiani przez media, spokojnie przyjmowali - i, co gorsza, interioryzowali - większość roszczeń lewicy. Z każdym ze spełnionych przez nią żądaniem zanikała tolerancja dla wleczących się za postępem maruderów. Nie wystarczało samo przyjęcie do wiadomości innowacji emancypacyjno-legislacyjnych. Nie wystarczyło zadeklarować: "dobra, wygraliście, ale dajcie nam pozostać przy swoim zdaniu i żyć w spokoju". Wybór został zawężony do bezkrytycznego i entuzjastycznego poparcia radosnej twórczości radykalnych demokratów i na wpół szalonych akademików. Coraz częściej wypowiedzenie konserwatywnego poglądu, choćby tylko w gronie znajomych, wiązało się z ryzykiem nagonki, której konsekwencją mogła być w najlepszym przypadku strata paru przyjaciół, a w najgorszym – utrata pracy i społeczny ostracyzm.

Liberalni posiadacze mediów społecznościowych nigdy nie próbowali ukrywać, po której stronie sporu się znajdują: moderowali ekscesy lewicy i aktywnie je wspierali. Prawica ryzykowała wykluczenie za poglądy, które u nas uchodziłyby za ledwie centrowe – lewicy zaś uchodziło publiczne nawoływanie do przemocy i mordów.

Nieubłagane tempo zmian sprawiło, że za podwójnej kadencji czarnoskórego amerykańskiego przywódcy wielu uznało, że już jest po sprawie. Liberalne gazety aklamowały jednogłośnie zwycięski kres wojen kulturowych. Niektórzy komentarzy, odnosząc się per analogiam do powojennych Niemiec twierdzili, iż teraz gdy amerykański konserwatyzm został pokonany, przyszedł czas na denazyfikację polityki i społeczeństwa. Nie przejmowali się, że takimi słowami zrównywali znaczną część społeczeństwa z nazistami – o co szczerze pytani potwierdzali, iż właśnie tak postrzegają amerykańskie peryferia. Barack Obama z pogardą mówił o tych, którzy "kurczowo trzymają się broni i religii". Jego niedoszła następczyni, Hilary Clinton, w kampanii zadeklarowała, iż połowa wyborców republikańskich znajduje się w "koszyku opłakańców" (deplorables).

W ten sposób narodzili się "shy voters" - obywatele nie przyznający się do swoich preferencji politycznych - odpowiadający za spektakularną porażkę amerykańskich ośrodków badania opinii publicznej. Największe firmy z tej branży zapewniały, że dokonały korekty zbioru respondentów, jak i stosowanej metodologii, mimo tego, poza jednym ośrodkiem - Trafalgar, który jako jedyny przewidział zwycięstwo Trumpa w 2016 roku - wszystkie sondażownie pokazywały zbyt dużą przewagę demokratów. Szefowie amerykańskich ośrodków badania opinii publicznej będą mieli wiele do przemyślenia w zakresie metodologii i sposobów zdobywania wiedzy o amerykańskim społeczeństwie niezależnie od tego, jakim wynikiem ostatecznie zakończą się te wybory.

Lubię to! Skomentuj16 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka