Myśleć trzeba. Myśleć!
Nae King! Nae Quin! Nae Laird! Nae Master! We will nae be fooled again!
27 obserwujących
294 notki
154k odsłony
162 odsłony

COVID w Szkocji – studium psychozy

Wykop Skomentuj2

Wszystko w Szkocji kręci się wokół jednej sprawy i tematu: czy dane zagadnienie pomaga w uzyskaniu niepodległości – czy w niej przeszkadza? (istnienia zagadnień obojętnych z zasady się nie zakłada). Nadto zaś obowiązuje prawo nadrzędne: jeśli coś robią Anglicy, to Szkoci muszą robić odwrotnie!

image

COVIDianizm = niepodległość?

Stąd też, ponieważ brytyjski rząd Borisa Johnsona na początku w ogóle miał ochotę zlekceważyć koronawirusa i pójść drogą nazywaną obecnie szwedzką, a następnie, przymuszony do lockdownu, możliwie szybko się z niego wycofał – wobec tego twarzą COVIDianizmu została na Wyspach Brytyjskich jedyna polityk mająca jaja większe od johnsonowskich, pierwsza minister Szkocji, Nicola Sturgeon. I jedno trzeba przyznać – w wyniku jej polityki Szkoci będą mieli zapewne w końcu znów własne państwo. Ale niemal na pewno bez gospodarki…

I nie dlatego bynajmniej, że – jak podał niedawno Londyn – Szkocja ma rzekomo rekordowy dług i deficyt, bowiem jest całkiem dobrze wiadomo gdzie te brakujące do zrównoważenia budżetu krajowego miliardy się podziewają (w Londynie), ale z powodu właśnie tego nieszczęsnego robienia Anglikom na opak. Szkocja jest obecnie w ścisłej czołówce COVIDiańskiego zamordyzmu – i to pomimo faktu, że od początku (podobnie jak Polska) ze względu na swoją peryferyjność była o wiele mniej zagrożona, a dzięki o połowę mniejszej nawet niż u nas gęstości zaludnienia (67 osób na kilometr kwadratowy wobec 123 w Polsce) – w zasadzie nie miała powodów, by obawiać się rozprzestrzeniania się wirusa. Nadto zaś – Szkoci jako naród są niezwykle wręcz zahartowani w trudnych warunkach przyrodniczych i pogodowych i na infekcje górnych dróg oddechowych zapadają po prostu znacznie rzadziej niż mieszkańcy Kontynentu. Nauka nauką jednak, a polityka swoje. Podobnie jak w sprawie Unii Europejskiej, pokusa, by zademonstrować: „zobaczcie, w UK wam źle/umrzecie – niepodległa Szkocja was ocali!” – była zbyt silna. No i się zaczęło…

Nawet pomijając dłuższy niż w Anglii lockdown, dłuższą czarną listę państw objętych kwarantanną, wcześnie wprowadzone obostrzenia maskowo-sklepowe - Szkocja stanowi też dobry przykład instytucjonalizacji COVIDianizmu, procesu, który może zadecydować o jego trwałości, a już potęguje koszty i codzienne uciążliwości.

COVIDianizm = kasa

Oto np. władze szkockich miast otrzymały milionowe granty w ramach programu "Przestrzeń dla Ludzi", polegającego na grodzeniu i zamykaniu szczególnie uczęszczanych ulic tak, by można było nimi spacerować przy zachowaniu zalecanych 2-metrowych odstępów (których oczywiście nikt zachowuje). W takim Aberdeen (trzecim mieście kraju, takim szkockim Gdańsku, tylko z ropą i gazem, zresztą rządzonym przez koalicję tzw. torysów i labourzystów) mniej więcej połowę z 1,7 miliona funtów pochłonęło ustawienie sklejkowych ławkogazonów z kwiatami, na których spacerujący w dystansie mogliby przysiadać. No, ale przysiadają tylko na wizualizacjach, bo w realu muszą lecieć z zakupami do zaparkowanych teraz dziesiątki metrów dalej samochodów.

Pierwsi zbuntowali się sklepikarze i usługodawcy z mniejszych miejscowości, kategorycznie żądając zdjęcia grodzeń, jako przynoszących im wymierne straty - kiedy bowiem ktoś przy ich sklepie na wąskiej jezdni nie może się zatrzymać, to po prostu jedzie dalej, zrobić zakupy czy obciąć włosy gdzie indziej (np. w dużym ośrodku, w centrum handlowym, w końcu jednak z łaską otwartym). Niemal równie szybko zareagowały co bardziej zwarte wspólnoty lokalne, zwłaszcza w starych dzielnicach, które zaprotestowały przeciw odcięciu od centrów miast. Wreszcie posypały się typowe dla wyspiarskich gazet osobiste historyjki z morałem: oto np. dziarska 72-latka, która pierwszy raz od lockdownu siadła za kółkiem ze swego auta i ruszyła do miasta na zakupy, zaskoczona zmianami na trasie, którą pokonywała od tylu dekad - zatrzymała się i ze łzami w oczach dzwoniła do wnuków, żeby ją ratowały, bo nie wie jak i dokąd jechać wśród COVIDowych dekoracji.

Myślicie, że morałem tej historii było przywrócenie dawnej organizacji ruchu? Nie, oczywiście, że nie, przecież nie jesteście naiwni. Oczywiście - historia zagubionej staruszki okazała się argumentem, by zażądać dodatkowych pieniędzy na jeszcze lepsze oznakowanie COVIDiańskie!

A potrzeby rosną. Uznano, że stojące pachołki to za słabe oddzielenie przeznaczonych na spacery kawałków jezdni. Zamówiono więc słupki drogowe. Niewdzięczni piesi zaczęli się jednak o nie potykać. I co, pytacie - czy je zdjęli?

Nie, no jasne, że nie. Dwa dni wszystkie drogowe służby miejskie malowały na czerwonych słupkach białe paski. W końcu wszystko dla kochanych ludzi, żeby im się łatwiej żyło w tych strasznych czasach zarazy...

COVIDianizm = biznes!

Były dwa morały, musi więc być i trzeci. A nawet czwarty. Jeden znany i samonarzucający się - że COVIDianizm jest tylko jedną z szeregu psychoz, które same sobie (tzn. ludziom) tworzą przeszkody do codziennego KOSZTOWNEGO pokonywania.

Pointa point brzmi zaś: rozumiecie już, dlaczego nawet jeśli sama ta niby-pandemia przyschnie i pójdą w zapomnienie jej początki - to skutki będą trwałe? Bo za dużo pieniędzy już udało się na nią wydać. A tak wiele wciąż czeka na wydanie. W naszych kieszeniach.

Jedyną szansą pozostaje więc, że ktoś kiedyś policzy ile można zarobić na „likwidacji skutków pandemii” i zdejmowaniu wszystkich tych barierek i blokad, utylizacji maseczek itp. Zostało nam już tylko liczyć na drugą falę COVIDiańskiego geszeftu!

Konrad Rękas

Myśl Konserwatywna


Wykop Skomentuj2
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale