Myśleć trzeba. Myśleć!
Nae King! Nae Quin! Nae Laird! Nae Master! We will nae be fooled again!
27 obserwujących
313 notek
161k odsłon
211 odsłon

Wojnę o Karabach wygrała… Rosja

Wykop Skomentuj5

No i Rosja znowu wymknęła się z pułapki, wygrywając wojnę... ormiańsko-azerską. Wojska Azerbejdżanu rozsądnie zatrzymały się, choć były już w stanie wkroczyć do Stepanakertu, zaś Armenia kosztem strat i zniszczeń znalazła się w punkcie, w którym mogła być już półtora roku temu, gdyby nie odrzuciła Planu Ławrowa. To oczywiście pewnie nie koniec sporu, ale ważny krok w stronę uspokojenia jednego z kluczowych frontów w przededniu powrotu Stanów Zjednoczonych już nie tylko do polityki antyrosyjskiej, ale i antytureckiej. Tym bardziej optymistyczne wydaje się, że nawet w tak trudnej sytuacji ani Moskwa, ani Ankara nie dały się sprowokować, oszczędzając siły na odparcie wspólnego wroga.

image

Niepotrzebne emocje kibiców

Znacznie mnie zrównoważenie od głównych graczy zachowywali się, jak to często bywa, kibice. Choć konflikt ormiańsko-azerski jest dla Polski co najmniej egzotyczny – na jakiś czas rozgrzał przynajmniej część politycznego internetu w naszym kraju, co oczywiście można by łatwo wyśmiać, gdyby jednak nie stanowiło to okazji do przypomnienia kilku skądinąd znaczących zasad (geo)polityki. Oto na nieszczęście przede wszystkim dla siebie samych, Ormianie podczas tej odsłony konfrontacji przejawiali zachowania kojarzące się ze znaną charakterystyką polskiej szlachty wojującej z Chmielnickim:

- jakiś sukcesik? huha, na pal chamów, żadnych układów, bigosować!

- rany piławieckie, biją nas, biją, za co, układy, tylko układy, kapitulować, natychmiast kapitulować, oddajmy im wszystko!

Tak mniej więcej wyglądały także relacje z tej wojny w ormiańskiej propagandzie i jej odbiciu u spontanicznych polskich przyjaciół. O ile jednak czy to emocje, czy celowe granie na nich jest zrozumiałe u Ormian, o tyle wariactwo, jakie opanowało niektórych Polaków jest kolejnym dowodem jak dziecinno-kobiece jest podejście wieku naszych rodaków do geopolityki. "Bo my kochamy Ormian…". A co to do licha ma wspólnego z polityką? To coś jak z "przyjaźnią polsko-węgierską". Przez całe dekady Węgrzy na te wybuchy polskiej miłości patrzyli zawsze, jak patrzyłby każdy na dalekiego sąsiada przy każdej okazji rzucającego się na szyję i zanoszącego okrzykami o szczerości swego uczucia. O miłości do Amerykanów, niczym w latach 20-tych do Francuzów nie ma już nawet co wspominać. Stąd też właśnie biorą się zabawne, acz nużące nieporozumienia, bo tacy geopolitycy w krótkich majtkach przenoszą potem własne mechanizmy obsesyjne na próby dyskusji "...a bo wy kochacie tych..., a ty to nienawidzisz tamtych...". A to są tylko interesy. "Lubić" to można kluski z serem, a nie cały naród, zwłaszcza cudzy. A nawet, gdy się lubi - to i tak nie powinno mieć znaczenia.

Ormianizm niczym syjonizm?

Ja sam skądinąd dzięki aktywności stalkerklubu ormiańskiego w sieci po raz trzeci w życiu dowiedziałem się, że wyglądam na Turka (pardon, oczywiście "turka"). Ba, co tam wygląda - jestem ewidentnym osmańskim bisurmanem! Pierwszy raz zdarzyło się to przed laty, gdy ABW i BOR odmówiły mi jako jedynemu dziennikarzowi akredytacji na wizytę prezydenta Armenii (co zabawne, jeszcze Sarkisjana) w Lublinie. Po raz drugi otaksował mnie tak perski handlarz w Meszhedzie - a teraz zdobyłem wreszcie ostateczne świadectwo tureckości. Aż zacząłem się zastanawiać czy na pewno Operacja Nemesis chyba już się skończyła – choć całą winą, jaką znajduję w sobie jest to, że nie widzę sprzeczności, ani nawet STYCZNOŚCI między polską, a turecką racją stanu, ergo uważam za idiotyczne czynienie z "powstrzymywania panturkizmu" kwestii choćby tylko interesującej dla Polaków.

Żarty żartami jednak, ale to przecież tylko drobny przykład na kopiowanie przez propagandę ormiańską techniki szantażu moralnego, stosowanego dotąd głównie przez syjonistów. By zostać nowym Talat Paszą nie trzeba już bynajmniej wzywać do powtórzenia pogromów Ormian, a jedynie wystarczy wyrazić umiarkowany zastrzeżenie, że może natychmiastowe wypowiedzenie wojny Turcji nie musi być priorytetowym elementem polskiej racji stanu. Mamy więc do czynienia z tą samą strategią, co u syjonistów - nawet nie krytyka, ale cień braku entuzjazmu od razu kwalifikują nierozentuzjazmowanego jako co najmniej zwolennika, a w sumie od razu współwinnego holokaustu. Również analogiczne jest przytłaczanie rozmówców starożytnością narodu ormiańskiego – która przecież naprawdę nie ma już nic do rzeczy i mogłoby co najwyżej prowadzić do hobbistycznego zainteresowania dziejami Albanii Kaukaskiej, ale już nie rozstrzygania o obecnej przynależność takiego choćby Szuszi. W ogóle zaś uroszczenia takie pochodzą z tej samej kuchni propagandowej, co upór w dowodzeniu, że przodkowie jakichś Chazarów nosili Arkę Przymierza, a każdy współczesny Grek, choćby miał pokolenia słowiańskich, frankijskich, normandzkich, kastylijskich czy... tureckich przodków - na pewno w prostej linii pochodzi od Odyseusza! To język propagandy, nie polityki, choć oczywiście niekiedy dla osiągania celów politycznych użyteczny.

Wykop Skomentuj5
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale