Myśleć trzeba. Myśleć!
Nae King! Nae Quin! Nae Laird! Nae Master! We will nae be fooled again!
28 obserwujących
337 notek
170k odsłon
  247   1

OTUA, czyli COVID 3. Maja

Czy konstytucja w ogóle ma znaczenie dla Polaków? Politycy lubią nam wmawiać, że tak – niezależnie od tego czy co roku, właśnie 3. maja, czy oskarżając się wzajemnie o jej łamanie. A przecież najstarszy polski dowcip ustrojowy mówił, że ustawy zasadnicze mieliśmy zawsze takie śliczne – bo prawie nieużywane. I tak, jak propagandową fikcją, a legislacyjnym potworkiem był akt z 1791, do dziś nie wiedzieć czemu świętowany – tak do dziś nie dorobiła się Rzeczypospolita ani jednej porządnej konstytucji z prawdziwego zdarzenia. Tzn. zarówno odpowiadającej na realne potrzeby systemowe państwa, jak i realnie wdrażanej w życie. I pewnie się takiej nie doczekamy, bo postulat nowej konstytuanty wydaje się ostatnim, który by zaprzątał obecnie umysły Polaków, o rządzących nami nie wspominając. A szkoda…

image

Ustrojowo-propagandowy makaron na uszy

Konstytucja 3. maja to humbug, jeden z wielu pseudo-patriotycznych makaronów nawijanych na polskie uszy. Ani nie pierwsza, ani przełomowa, ani nie naprawiająca błędów ustroju I Rzeczypospolitej – była tylko ideologicznym wyskokiem mającym dać nazwę zamachowi stanu, reorientującemu politykę polską w kierunku podpowiadanym z Berlina i Londynu. Czyli jak wszystko przychodzące stamtąd – najfatalniejszym. Świętowanie w Polsce tej idiotycznej rocznicy to zresztą też w dużej mierze skutek wpływów niemieckich z jednej, a tendencji wolnomularskich z drugiej strony. Sam pretekst do święta, mającego zresztą służyć wyłącznie kultywowaniu choroby na Moskala – utrwalił jednak w polskiej świadomości przekonanie, że konstytucja to w ogóle co nabożnie ważnego, a po drugie strasznie dobrego, choć w istocie to tylko świstek, instrukcja obsługi państwa niczym odkurzacza, którą bez żalu się wyrzuca zmieniając model na nowszy i sprawniejszy.

Niestety, historia Polski faktycznie nas pod tym względem nie rozpieszczała. Kolejne konstytucje też mieliśmy pisane na kolanie i niemal wyłącznie przez przedstawicieli tego samego kręgu postępowej, liberalnej inteligencji, która starała się sankcjonować swoją mniejszościową dominację nad nienawistnym jej ciemnym i zachowawczym polskim narodem. Zarówno ustawa zasadnicza Księstwa Warszawskiego, nadana przez ukoronowaną rewolucję w osobie Napoleona, jak i konstytucja Królestwa Polskiego podyktowana naszemu ukochanemu królowi-eksperymentatorowi Aleksandrowi I miały się nijak do realnych potrzeb państwa – jednak odpowiadały bieżącym interesom klas dominujących. Także – co ważne – interesom geopolitycznym. Nie inaczej też zresztą było po odzyskaniu niepodległości, gdy konstytucja marcowa 1921 r. stanowiła faktycznie wyraz ograniczenia suwerenności II RP na rzecz III Republiki Francuskiej. Właściwie jedynie konstytucja kwietniowa 1935 r. była wyrazem tęsknoty za pełną niepodległością, co znajduje wyraz w jej napisanych niedościgłą polszczyzną zapisach. I ten akt prawny był jednak naznaczony ciężarem chwili, gdy wyrugowano z niego choćby wspomnienie o narodzie polskim jako gospodarzu odrodzonego państwa polskiego. Niestety, ale nie uratowało to II RP pod zawaleniem się także pod ciężarem etnicznych sprzeczności, od których części szczęśliwie ostatecznie wyzwoliła nas wojna i zupełnie nowa sytuacja międzynarodowa, a wraz z nią i ustrojowa.

Po co komu konstytucja?

Konstytucja z 1952 r. będąca zapisem nowego statusu Polski mimo swego przegadania i bardziej niż męczącego języka – okazała się więc paradoksalnie dokumentem najdoskonalszym, w pełni oddając nie stan postulatywny, ale realia życia w państwie socjalistycznym. Oczywiście też to właśnie ta ustawa stała się pretekstem do żartów o nieużywaniu omijając tak kluczowy dla praktyki ustrojowej PRL fakt, jak rządy sprawowane realnie tylko i wyłącznie przez aparat PZPR. To także dawało asumpt do ataków ze strony środowisk dawnych konstytucjonalistów, tej samej liberalnej inteligencji, która radośnie tworzyła wszystkie poprzednie konstytucje w Polsce, w których wszak też nie zapisano wprost, że ciemnym narodem polskim ma na wieków rządzić garstka pseudo-intelektualistów. To ci samozwańczy dawcy ustrojów w latach 60-tych i 70-tych wylewali hektolitry atramentu dowodząc swej miłości do ludowładztwa, o której rzecz jasna zapomnieli zaraz po 1989 r. W efekcie jednak również PZPR uległa tej samej psychozie uznając, że ważniejsza jest zmiana zapisów od zmiany świadomości społecznej. Taka właśnie była geneza nieszczęsnej noweli konstytucyjnej z 1976 r., która tylko dała wiatr w żagle „opozycji demokratycznej”.

Powierzenie jej rządów nad Polską w wyniku zmiany geopolitycznej pozornie ponownie postawiło kwestię nowej konstytucji dla Polski. Pozornie – realnie bowiem nikt w atmosferze wczesnych lat 90-tych nie przywiązywał większej wagi do papierowych zapisów. Dość wspomnieć, że jedyne (zresztą bardzo dobre) projekty konstytucyjne z początków III RP – powstały w zapomnianych dziś środowiskach Konfederacji Polski Niepodległej i Unii Polityki Realnej. Reszta albo kompilowała coś z jakichś zachodnich skryptów politologicznych – albo czekała, aż nasz ówczesny sen o Piłsudskim, czyli Lecha Wałęsa zrobi w końcu zamach stanu i powie wszystkim co trzeba robić. To (tak krępujące z dzisiejszej perspektywy) marzenie rozwiało się jednak jak i wszystkie inne – a zamiast tego uraczono nas dokumentem łączącym wszystko co złe z polskiej (pożal się Car i Bug) tradycji konstytucyjnej.

Lubię to! Skomentuj5 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka