Myśleć trzeba. Myśleć!
Nae King! Nae Quin! Nae Laird! Nae Master! We will nae be fooled again!
28 obserwujących
384 notki
184k odsłony
  138   0

Bóg-Imperator Klimatu

Oczywiście jednak w powieści Złota Droga okazuje się nie być celem, a jedynie środkiem wymuszenia ewolucji człowieka. Leto (a wcześniej jego ojciec, Paul Atryda) dostrzegali bowiem więcej niż inni. Przede wszystkim zarodki degeneracji i stagnacji prawdziwej, bo dobrowolnej i już nieodwracalnej rozwijające się w ramach poprzedniego, „normalnego” systemu. Atrydowie zrozumieli, że ludzkość zawieszona jest na wahadle między rozkładem, dekadencją, degeneracją pozbawiającą woli przetrwania – a chaosem, wojną wszystkich ze wszystkimi, również prowadzącymi finalnie do rozpadu i dekoherencji. Trzy i pół tysiąclecia wygaszenia przymusowego, odgórnego, choć również odpowiadające ogółowi – ma jednak wyzwolić przemiany w jednostkach, oduczyć je ślepej wiary w charyzmatycznych przywódców, nauczyć prawdziwej defensywy umysłów, a przede wszystkim dać uczucie tak wielkiego zduszenia i ściśnienia, by zaplanowany, choć z zewnątrz nagły koniec Złotej Drogi wyrzucił ludzkość niczym eksplozję życia ku gwiazdom, bez ograniczeń starych technologii i umarłych jeszcze przed Imperatorem ideologii.

No, ale to to przecież tylko książka. Tak, już nas wprowadzono na naszą własną Złotą Drogę. Tak, następuje przesunięcie centrów zasobów, a kontrola nad nim – da władzę absolutną. I tak, dojmującym tego przejawem będzie, a właściwie już jest bezruch, bierność, staza, których niewielkiej tylko próbki doświadczyliśmy w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy i które będą nam zapewne fundowane znów i znów. Nieważne – z kolejnymi „falami” i „wariantami”, jakąś nową „pandemią” (najlepiej odzwierzęcą i przenoszoną w wodzie, by kontrolować zasoby najważniejsze: pożywienia i napoju), czy ostatecznie (?) zapewne naczele z Bogiem-Klimatem. Ale inaczej niż Leto II – nikt tego przecież nie robi, by ustrzec nas przed dekadencją, rozkładem i nadmiarem współczesności, by skumulować nas do wybuchu w Kosmos, do rozwiązania problemów Ziemi, ku nowym wzywaniom. Chodzi tylko, by zachodząca entropia dokonywała się w ściśle kontrolowanych i przynoszących dochody na miarę (upadku) cywilizacji warunkach.

Delabouryzacja

Najważniejszymi pytaniami, definiującymi właśnie kontrolowalność zachodzących przemian pozostają zatem: Co robić z nieprodukcyjną masą ludzką? Czy i jak należy utrzymywać konsumpcję i związany z nią obrót pieniądza? A zwłaszcza czy możliwy i zasadny jest wykładniczy wzrost dostępności dóbr, umacniający powszechne przekonanie o życiu w najlepszym w dziejach okresie ludzkości/Zachodu? Wszystkie zaś te zagadnienia sprowadzają się do kwestii ceny. Jak dotąd – rozumianej przede wszystkim geoekonomicznie i płaconej poprzez obszarową deindustrializację i przeniesienie produkcji, rozpatrywane jako naturalne następstwo globalizacji. Problem polega jednak na tym, że następnym krokiem musi być właśnie planowany regres, odejście od postępu technicznego i stopniowa delabouryzacja ludzkości.

Mało kto już dziś pamięta, że wg pierwotnej, naturalnej interpretacji mitów religijnych, ze szczególnym uwypukleniem chrześcijaństwa – praca niemal zawsze traktowana była jako kara, jako stan zła, ciężaru i umartwienia, podczas gdy za błogostan człowieka zgodnie uznawano… nieróbstwo. I działo się tak nawet w kulturach poza tym codziennie promujących wysiłek jednostek, czy to dla sukcesu indywidualnego, czy zbiorowego. Za oznakę, by nie rzec cel postępu – równie zgodnie uznawano więc stopniowe ograniczanie konieczności pracy, przez całe epoki cywilizacyjne wierząc i mając nadzieję na stan, w którym człowiek pracować nie będzie już musiał. Najpierw – obarczając tym brzemieniem zdehumanizowaną część ludzkości (np. niewolników czy przedstawicieli ludów nierozwiniętych), następnie zaś tworząc maszyny i programy zastępujące homo faber.

Przeczucie, że przeznaczeniem człowieka jest bierność absolutna, sankcjonowana odstąpieniem od pracy, archetypicznym „powrotem na palmę” – towarzyszyło nam właściwie zawsze. Odkąd zaś ten wariant roztrząsano (co też dawało pokoleniom szansę na wymiganie się od zajęć konkretniejszych) – zastanawiano się też czym w ludzkim żywocie zastąpić pracę. Tyleż nienawistną, co uważaną wszak za konieczną, choćby dla stabilności emocjonalnej i umysłowej naszego gatunku. Zwłaszcza w ostatnich dekadach rozważania te straciły swój rys utopijności, a nawet zaczęły wyrażać się w całkiem konkretnych projektach a to skracania czasu pracy (najpierw w ciągu dnia, potem także w wymiarze tygodniowym), a to uniwersalnego dochodu podstawowego albo negative income tax, a to wreszcie w wizjach utrzymywania i opłacania nieproduktywnych form ludzkiej aktywności, w rodzaju sportu i różnych hobbies uprawianych czysto dla przyjemności i satysfakcji jednostki.

Lubię to! Skomentuj3 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale