Myśleć trzeba. Myśleć!
Nae King! Nae Quin! Nae Laird! Nae Master! We will nae be fooled again!
28 obserwujących
391 notek
185k odsłon
  103   0

Adam Smith i jego dzieło – anachronizm czy jednak klasyka?

Czy podatki w ogóle mogą być „wygodne”?

Inne kontrowersje wywołujecanon of convenience, zasadniczo bowiem krytycy zgadzają się, że sama istota daniny przymusowej nie jest szczególnie convinient/wygodna dla żadnej jednostki. I nie zmienia tego nawet zgoda na nią czy to wynikająca z imperatywu moralnego, czy utylitaryzmu, obu wyrażanych przeważnie w formie przestrzegania zasad umowy społecznej (choćby i pod przymusem). Spornym bowiem pozostaje co dla kogo oznaczać może convenience. Czy bowiem bardziej kryterium to spełnia podatek dochodowy potrącany przez pracodawcę (jak jest w UK u jak było w Polsce przed 1993 r.) czy też może samodzielne rozliczenie i opłacenie przez podatnika? Czy wolimy żmudnie liczyć i wypełniać formularze podatkowe (a w każdym razie wiedzieć gdzie kliknąć w formularzu internetowym), ale mieć przy tym wyraźniejszą świadomość obciążenia? A jeśli tak czemu rozwiązanie takie ograniczać do podatku dochodowego, czemu nie wypłacać pracownikom kwot brutto z nakazem samodzielnego poniesienia wszystkich kosztów pracy uznawanych za występujące po ich stronie, z ubezpieczeniem zdrowotnym i emerytalnym włącznie? A może jednak wolimy nie wiedzieć i chcielibyśmy, żeby całe obciążenie (nomen omen) podatkowe wzięli na siebie pracodawcy i/lub co gorsza państwowi urzędnicy? Nawet uważany za tak wygodny (zależy dla kogo…) VAT – bywa wszak krytykowany, a jego przywołana wyżej „niewidzialność” nie tylko sprzyja nieświadomości, ale i zachęca państwa do coraz śmielszego korzystania z tego źródła. Skoro bowiem podatnik nawet nie wie, że płaci, a poza tym jest mu to obojętne… I znowu – krytycy wskazują, że alternatywą byłby system podatków obrotowych, znacznie wyraźniej ujawniający składowe ceny towaru. Znowu jednak –czy my naprawdę chcemy wiedzieć i rozumieć więcej?

Podatki – przyczyna i skutek rewolucji

Tak, kanon dogodności został dziś faktycznie zdegradowany co najwyżej do upraszczania (niektórych) formularzy podatkowych oraz udostępnienia opcji takich spłat należności, które nie prowadzą podatnika wprost do Bastylii (nie tylko zresztą z braku Bastylii)… Z tym ostatnim podejściem wiąże też się problem, którego skali A. Smith nie mógł się nawet domyślać. Wezwanie rządów, by z kieszeni podatników „as little as possible” nie brzmi dziś realnie tak wobec rozrostu wydatków publicznych, które wszak postulowano i w tamtej epoce (m.in. przez Thomasa Paine’a), ale i kosztów samego poboru i obsługi podatków. Tendencja, by put the largest possible shovel into taxpayers’ stores/zgarniać od podatników wielką szuflą - ma przecież przez wieki utrwaloną tradycję, przy czym niekoniecznie narzędzia tego używa się tam, gdzie faktycznie można by uzyskać najwięcej, a często tam, gdzie jest to po prostu łatwiejsze, choć niekoniecznie efektywne. Cannon of efficiency/economy w dzisiejszym wymiarze oznacza więc swego rodzaju plan minimum, czyli dążenie by podatek przynosił dochód wymiernie większy niż koszty administrowania nim. Frecknall-Hughes (2015) dla zilustrowania tego problemu używa znakomitego przykładu brytyjskiego podatku od psów, którego koszty poboru przez lata były wyższe od należności (wynoszącej… 37 i pół pensa od psa), aż w końcu w 1984 roku, po 117 latach przeważnie niepłacenia i ignorowania – został w końcu zniesiony, Problem jest jednak w istocie znacznie szerszy, zdaniem wielu krytyków bowiem cały współczesny system podatkowy przypomina olbrzyma, który je tylko po to, by mieć siłę jeść dalej. Co gorsza zaś, choć niby oferując niepomiernie więcej niż komuś w czasach Smitha i Paine’a przyszłoby do głowy – to właśnie demoliberalne państwo uznawane jest za tę stronę smithiańskiej umowy o „protection of the state”, która się nie wywiązuje się z niej należycie. A przecież bierze coraz więcej – oferując coraz niższą jakość i zmniejszającą się dostępność niby to gwarantowanych świadczeń, tak czy inaczej finalnie cedowanych przeważnie na różnej maści korporacje i inicjatywy oligarchiczne.

Genezy współczesnego systemu podatkowego (a szerzej – finansowego w ogóle) szukać należy w czasach tuż posmithiańskich, w okresie rewolucji antyfrancuskiej, wojen na europejską skalę zapowiadających już przyszłe konflikty totalne i zjawisk, które trudno dziś widzieć inaczej niż jako wczesne przesłanki globalizmu. Nieprzypadkowo też to wówczas właśnie po raz pierwszy sięgnięto po podatek dochodowy, przy czym najpierw uczynili to nie sami rewolucjoniści, ale ich liberalni, brytyjscy inspiratorzy w 1799 r. I można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że sama podstawa i filozofia tego akurat podatku – dla Adama Smitha byłaby bardziej nawet oburzająca niż opisywanego przez niego kuriozum podatku okiennego. Narzędzie to było jednak z kolei zapowiedzią kolejnego etapu… postępu, czyli rewolucji przemysłowej, wzmożenia oczekiwań socjalnych z czasem niechętnie zaspokajanych w trosce o wydajność, a bardziej ze strachu przed prawdziwą rewolucją, aż wreszcie wojen światowych. W szczególności zaś Wielka Wojna ostatecznie pieczętując zmianę globalnej sytuacji ekonomicznej – zakwestionowała także ortodoksyjne rozumienie kanonów Smitha, stając się dla praktyki gospodarczej tym, czym dla teorii finansów były szkoła marginalistyczna, a w pewnym zakresie nawet marksizm. Już nawet bowiem z czysto technicznego punktu widzenia mimo wszystko czym innym były podatkowe dywagacje czasów „The Wealth of Nations”, a czym innym doświadczanie podwyżki stawki podatku dochodowego z 5,8 do 30 proc. w przeciągu zaledwie czterech lat, z domiarem skaczącym z 2,5 do 22,5 proc. Kolejny etap burzliwej transformacji z lat 1939-45 dodatkowo zaś te wielkości niemal podwoił…

Lubię to! Skomentuj3 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale