Myśleć trzeba. Myśleć!
Nae King! Nae Quin! Nae Laird! Nae Master! We will nae be fooled again!
28 obserwujących
384 notki
184k odsłony
  90   0

Kabul Witkiewicz vs. Buchara Burnes. O pierwszym Polaku w Afganistanie

Polska najpierw etnonacjonalistyczna (acz z woli komunistów), następnie europejska, wreszcie atlantycka, ale zawsze zaściankowa – nie chce i nie umie widzieć ni pamiętać siebie jako podmiotu Eurazji. Gorzej nawet - jako Polacy zostaliśmy pozbawieni świadomości naszego udziału w wielkich geopolitycznych i cywilizacyjnych rozgrywkach toczących się na tych niezmierzonych obszarach. Nie dostrzegamy w naszym sarmatyzmie odrębnej, polskiej, szerokiej, imperialnej i inkluzywistycznej wizji eurazjatyckiej – ale pozwalamy go spłycać to jakichś jasełek w służbie papizmu i kontrreformacji. Nie znamy też nazwisk i historii tych wszystkich naszych rodaków, którzy stali się aktorami, oficerami, choć często i ofiarami Wielkiej Gry, najważniejszej rywalizacji o Serce Lądu, której kolejna odsłona już trwa i w której znów umiemy być mniej nawet niż pionkami. A przecież to Polak był jednym z najpierwszych i najlepszych graczy na jednej z kluczowych szachownic tej symultanicznej rozgrywki – w Afganistanie.

image 

Życiorysy godne Kiplinga

Był czas, gdy Brytania była dumna z Aleksandra Burnesa. Młodego Szkota, który w misjach przewyższających opowieści Kiplinga przemierzył Pendżab, dotarł do Buchary (od której ostatecznie wziął związany już na zawsze ze swym nazwiskiem przydomek), ale który przede wszystkim był autorem obecności anglosaskiej w Kabulu, a więc zjawiska doskonale znanego i mającego ogromny wpływ także na naszą epokę. Amerykanie z kolei, zwłaszcza w okresach, gdy własna obecność na ziemi Pasztunów i Tadżyków wymagała odpowiedniej legendy – umieli przywołać postać Josiah Harlana, pensylwańskiego kwakra i masona, trochę awanturnika, trochę misjonarza, trochę mitomana, a w sporej dawce szpiega (co składało się na mix typowy nie tylko dla tamtych czasów), który o mało już wówczas nie wykroił sobie z Afganistanu własnego królestwa. Nb. i tę opowieść, przerobioną jako „The Man Who Would Be King” – znamy dzięki niezawodnemu Kiplingowi, a potem filmowi Johna Hustona. A tymczasem ilu ludzi w Polsce słyszało o Janie Prosperze Witkiewiczu, trzecim białym w ogóle i pierwszym nie Angliku, który w ogóle dotarł do Kabulu, będąc tam niezwykle skutecznym przeciwnikiem polityki brytyjskiej i emisariuszem tego, co z wyczuciem odwieczności nazwano interesami Kontynentu?

 

image

Paralelność życiorysów Buchary Burnesa, legendy Wielkiej Gry i niemal zapomnianego Polaka - uderza wszystkich zajmujących się historią geopolityki stosowanej. Obaj reprezentowali narody mniejszościowe w ramach imperiów, z których jednak pierwszy do czasu korzystał z pozycji junior-partnera hegemona, a drugi zdecydowanie ją odrzucał – poza jednostkami takimi jak Witkiewicz. Nazwisko Burnesa w jego własnym kraju kojarzy się wyłącznie z jego krewniakiem, wielkim szkockim poetą. Polak – tak, był z tych Witkiewiczów. Dla pierwszego problemem była prowincjonalność pochodzenia, bo w realiach Indii, perły jeszcze wówczas Kompanii Wschodnioindyjskiej – syn burmistrza malutkiego Montrose nie był wszak żadną figurą. Drugi – w młodości zachorował na polską chorobę, bawił się w spisek gimnazjalny i zapłacił za niego latami nudy w zapomnianym wówczas przez Petersburg Orenburgu, na granicy znanego świata. Obaj na swych dalekich placówkach pozornie zabijali tylko czas nauką języków orientalnych i chłonięciem miejscowych kultur, zwyczajów, plotek i uwarunkowań. Obaj bowiem wiedzieli, że żeby się wybić – muszą udowodnić własną wartość, wyszarpać własną przyszłość zagrzybiałym układom i otworzyć nowe perspektywy nie tylko własnym karierom, ale i swym imperiom. Nie trzeba chyba dodawać, że jak w przypadku wielu innych wybitnych jednostek – plany te powiodły się tylko połowicznie. Tzn. Burnes został rozszarpany przez wściekły afgański tłum we własnej kwaterze Kabulu, pod bokiem wielotysięcznego korpusu brytyjskiego. Witkiewicz zaś zginął w niewyjaśnionych okolicznościach, w dość ewidentnie upozorowanym samobójstwie. Obaj jednak przedtem zagrali w kampaniach Wielkiej Gry w wyniku których Rosja na kilkanaście dekad opanowała Azję Środkową, podbrzusze Eurazji, do którego wolno i niezbornie, ale stara się dziś powracać. Anglia latami zaś skupiała własne wysiłki na odwracaniu tej rosyjskiej uwagi od spraw wschodnich, czego kolejnymi przejawami były i polskie powstania, i wojna krymska, i wreszcie Wielka Wojna, a więc pośrednio i znana nam organizacja świata po jej dogrywkach i karnych trwających jeszcze współcześnie.

Ubóstwo źródeł, mierność publicystyki

O tych historycznych i dzisiejszych implikacjach Wielkiej Gry pisałem już zresztą w innym miejscu, podnosząc jak trudno jest zrozumieć i historię Polski, i nasze obecne położenie bez znajomości tych pozornie tak odległych (w czasie i przestrzeni) oraz egzotycznych wydarzeń. Niestety jednak, tak o samej rywalizacji o Serce Lądu, jak i o głównych jej aktorach - po polsku wydano niewiele. Ot, kanoniczne opracowanie Petera Hopkirka, ale już materiałów źródłowych i wspomnień jak na lekarstwo, prócz pozycji takich jak np. „Wyprawa do ChiwyFredericka Burnaby’ego, czy „Podróże po Azji Środkowej 1885-1890Bronisława Grąbczewskiego. Z kolei dostępne na rynku prace popularnonaukowe, jeśli nawet same nie grzeszą sensacyjnością pod publiczkę – to w takim kierunku są redagowane i reklamowane przez wydawców. Los taki stał się udziałem choćby ciekawego acz nierównego (zwłaszcza przez swe odniesienia do teraźniejszości) „Powrotu królaWilliama Dalrymple’a.

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale