Myśleć trzeba. Myśleć!
Nae King! Nae Quin! Nae Laird! Nae Master! We will nae be fooled again!
16 obserwujących
122 notki
87k odsłon
516 odsłon

Zełenski, czyli kolejny etap rozpadu Ukrainy

Wykop Skomentuj4

Ukraińcy mieli wybór: clown czy błazen? I ostatecznie nie jest do końca pewne co właściwie wybrali. Przy tej okazji polityczna III RP płacze, nie wiedząc co sądzić o wyniku ukraińskich wyborów. Niektórych kusi, by wyciągać z tego daleko idące, a optymistyczne wnioski. Niestety, chyba zbyt optymistyczne.
image
Po prostu, byle komu niczego się nie mówi. Żeby daleko nie szukać - ledwie wstąpiliśmy do NATO, a nasi macherzy o nalotach na Jugosławię dowiedzieli się z CNN. Waszyngton zmienił namiestnika w Kijowie i nie widział powodów, żeby informować pośledniejszych wasali z Warszawy. Stąd dezorientacja. Tak zwana polityka tak zwanej Ukrainy się przecież nie zmieni. No chyba, że Amerykanie rozkażą inaczej...

Ponadto, dopowiedzmy wyraźnie: kampania Zełenskiego nie była ani antybanderowska, ani sugerowała choćby wizji Ukrainy bez Bandery. Nadzieje w tym zakresie są co najmniej przedwczesne. Na razie, mamy do czynienia co najwyżej z nieśmiałą sugestią, że być może banderyzm nie jest najważniejszy... Przypomnijmy też, że pomysłodawca projektu „prezydent Zełenski”, oligarcha Igor Kołomojski był także kreatorem i sponsorem Prawego Sektora, finansował również bataliony ochotnicze. Po oręż banderowski sięga więc równie łatwo, co Poroszenko. Przekaz Zełenskiego brzmi zresztą raczej "wypłacanie terminowo pensji jest ważniejsze od tego jak się nazywa miasto, w którym dotąd ich nie wypłacano i jaki pomnik w tym mieście stoi". Nie zaś "zostawmy pomniki w spokoju i/lub nie stawiajmy ich zbrodniarzom". Nie miejmy więc złudzeń. Banderze jeszcze nie jeden ogarek zapalą.

Zabawne, ale optymizm w związku z wynikiem Zełenskiego wyrażają też niektórzy Rosjanie, przeważnie ci sami, którzy z nadzieją pytali mnie czy zwycięstwo PiS-u oznacza pozytywny przełom w stosunkach polsko-rosyjskich. Z kolei polscy optymiści to wierzący wcześniej w pozytywną zmianę idącą pod rękę z Donaldem Trumpem czy nawet czyniącą z Andrzeja Dudę polskiego męża stanu, a z PiS-u partię przełomu w relacjach polsko-rosyjskich i polsko ukraińskich. Cóż, może i optymistom łatwiej się żyje na świecie – faktów to jednak nie zmieniło i nie zmienia. "Stale okazujemy Ukrainie solidarność w obliczu rosyjskiej agresji. Nie ustajemy również w wysiłkach na rzecz zbliżania jej do struktur europejskich i euroatlantyckich. Pragnę zapewnić Pana, że Polska jest gotowa do dalszej wszechstronnej pomocy Ukrainie w sferze bezpieczeństwa i reform państwowych. Może Pan liczyć na moje osobiste zaangażowanie w tej sprawie" – tyle miał do powiedzenia prezydentowi-elektowi Ukrainy prezydent III RP. Czyli, tłumacząc na ludzki: dalej wspólnie dawajmy się napuszczać na Ruskich, nadal Polska będzie płacić za eksploatowanie Ukrainy przez Zachód.

Cóż za strategiczna ciągłość polityki wschodniej!


Co więcej, stałość widać nie tylko w postawie kierownictwa III RP, ale także w… wyniku ukraińskich wyborów, choć przecież tamtejsi wyborcy są zapewne przekonani, że opowiedzieli się za zmianą. Bądźmy jednak poważni. Nie po to w danym kraju zmienia się akurat prezydent – żeby rzeczywiście coś się zmieniło. Generalnie można zgodzić się, że najbardziej interesujący element tych wyborów – to ta szumnie nazywana "głęboka Ukraina", do której/z którą najpierw dialogował serial Zełenskiego, a następnie jego kampania. Potwierdza to tylko ogólną obserwację, że gdzieś tam są jeszcze jakieś pokłady normalności. Tyle tylko, że choćby przykład polski dowodzi - że same pokłady nie wystarczą, bo bierna masa nie ma potencjału doprowadzenia do realnej zmiany politycznej.

Natomiast co do interpretacji wyniku wyborczego – to jest ona jeszcze prostsza. Po pierwsze – Poroszenko był namaszczony jeszcze przez poprzednią amerykańską administrację (i czując utratę jarłyku ostatnio próbował się przeorientować na opcję "europejską"). Jego wycofanie było więc kwestią czasu. Zełenskiemu nawet tę rolę napisano tak, żeby bardziej pasował do Trumpa. A po drugie – na Ukrainie jedni już swoje ukradli, w oligarchii naturalna jest cykliczna wymiana tych przy paśniku.

Ukraińcy a sprawa polska


Zresztą – czy w Kijowie coś się zmieni, czy nie zmieni, to na razie kwestia bardziej pobożnych życzeń jednych i zgadywanki pozostałych. Na razie z polskiego punktu widzenia istotne są fakty. Spójrzmy bowiem np. kto realnie utrzymuje ukraińską gospodarkę? "W 2018 r. Ukraińcy pracujący w Polsce przekazali na Ukrainę 3,6 mld dolarów (niemal 14 mld zł) – wynika z najnowszych danych Narodowego Banku Ukrainy. To ponad jedna trzecia wszystkich pieniędzy, które zostały przesłane na Ukrainę przez jej mieszkańców przebywających za granicą". Nota bene "drugą, pod względem wielkości kwotę, przesłano z Rosji – równowartość 948 mln dolarów - o prawie jedną czwartą mniej, niż przed rokiem. Trzecie miejsce na podium zajęły Stany Zjednoczone, z których przekazano na Ukrainę 870 mln dolarów". Przecież mając takie aktywa w ręku – powinniśmy być siłą rozdającą karty na Ukrainie, a nie podrzędnym podwykonawcą zleconych przez innych zadań, w dodatku chronicznie niedoinformowanym!

Tymczasem zaś jest zupełnie przeciwnie. Oto dowiadujemy się np., że "aktualnie analizujemy sytuację dotyczącą skali zainteresowania podejmowaniem nauki oraz pracy w naszym kraju przez pielęgniarki z zagranicy, w tym pielęgniarki UKRAIŃSKIE" – jak oświadczyło ministerstwo zdrowia III RP. No, to na więcej podwyżek niech polskie pielęgniarki nie liczą – można by zauważyć, chodzi jednak nie tylko o sytuację w tej jednej branży i tylko w ochronie zdrowia. Oto nie my wykorzystywać mamy swoją słabą, bo słabą, ale jednak pewną przewagę nad Ukrainę do wpływania na jej politykę, ale przeciwnie – to obecność Ukraińców w Polsce służyć dalszemu terroryzowaniu Polaków pułapką niskich płac. Na jakiej więc podstawie mielibyśmy sądzić, że będący krzykiem rozpaczy Ukrainy wybór prezydenta cokolwiek zmieni na lepsze – czy to w naszych wzajemnych relacjach, czy w pacyfikacji sytuacji za naszą wschodnią granicą?

Na razie bowiem wszystko wskazuje tylko, że Ukraina weszła w kolejną fazę kryzysu. W dodatku potwierdzony został jej podział na nacjonalistyczny Zachód (czyli Małopolskę Wschodnią) i całą resztę, co cały czas źle wróży spoistości tego państwa. Zwycięstwo kolejnej ekipy oligarchicznej sprzyja bowiem raczej dalszej fragmentaryzacji, somalizacji Ukrainy – co zresztą sam Zełenski i jego ekipa wyprorokowali w swoim serialu „Sługa Narodu”, gdzie pojawia się wątek dwudziestu kilku odrębnych Ukrain. I wybór nowego prezydenta wcale scenariusza tego nie oddala. Przeciwnie, zegar dla Ukrainy wciąż tyka, a eksperyment ten nieubłaganie zbliża się do końca.

Konrad Rękas
Konserwatyzm.pl




Wykop Skomentuj4
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka