Myśleć trzeba. Myśleć!
Nae King! Nae Quin! Nae Laird! Nae Master! We will nae be fooled again!
19 obserwujących
158 notek
107k odsłon
205 odsłon

Jak przegrywamy Bitwę Warszawską

Wykop Skomentuj3

Tak, oczywiście, historycznie już raz ją przecież wygraliśmy. Zanim się jednak zastanowimy, jak to zrobiliśmy i co z tego wynika dla naszej teraźniejszości – pomyślmy: dlaczego do Cudu nad Wisłą w ogóle doszło.

Jasne, też oglądałem ten film: „widocznie musiało, skoro doszło”. Nie zagłębiając się jednak wcale w historie alternatywne łatwo zauważyć, że (oprócz całej otoczki zdarzeń) – zadecydowały wydarzenia o rok wcześniej od 15. sierpnia 1920 r. Nieco tylko uogólniając – polscy przywódcy mieli wówczas dwie opcje.
image

Geopolityczna konieczność


Po pierwsze – można było porozumieć się z Białymi i niewielkim, właściwie bezkosztowym manewrem w worku orłowskim pomóc Denikinowi w zdobyciu Moskwy, co mogło (acz nie musiało) dać Siłom Zbrojnym Południa Rosji zwycięstwo w wojnie domowej.

Jakie korzyści dla Polski z takiego rozwiązania? Mniejsze, acz bardziej oczywiste – to trwałe pozbycie się zagrożenia bolszewickiego i granice według stanu posiadania na październik 1919 r. (daleko na Wschód od granicy ryskiej, mniej więcej po Linii Dmowskiego), oczywiście gdybyśmy uznawali je nam za niezbędne (czego bynajmniej nie potwierdziła późniejsza historia II RP). Zresztą, mając za sąsiada państwo przyjazne, a nawet powiązane z nami długiem wdzięczności – można by było sobie przecież pozwolić nawet na niezaokrąglanie granic tak bardzo, jak w rzeczywistości (która II RP bynajmniej nie przyniosła poprawy położenia strategicznego, przy pogorszeniu spoistości wewnętrznej). Tak czy siak jednak – o naszych granicach decydował zasięg Wojska Polskiego. Między bajki należy włożyć opowieści, jak to „Denikin nie zgadzał się na niepodległość Polski” albo „Chciał granicy na Bugu”. To są po prostu KŁAMSTWA, zweryfikowane już lata temu dokumentami źródłowymi.

Przede wszystkim jednak zysk Polski polegałby na… samym odrodzeniu białej Rosji. Przez całe Dwudziestolecie II RP nie tylko kierowana była przez swe elity tak, jakby znajdowała się w próżni geopolitycznej, ale… rzeczywiście w niej była. Nic: ani jedyny sojusz z Rumunią, ani upokarzającą jednostronna zależność od Francji w latach 1920-26, ani chwilowe przejęcie kontroli przez Wielką Brytanię w okresie 1926-28, ani późniejsze mniej lub bardziej chaotyczne działania dyplomacji polskiej – nie zapewniło Polsce elementarnego oparcia geopolitycznego. Takie mogło dać tylko oparcie się o jednego z sąsiadów. A którego? Cóż, to też wiemy z realnego przebiegu zdarzeń. To Niemcy powersalskie nie mogły zaakceptować samego istnienia Polski, posiadania przez nią Pomorza, Śląska czy nawet Wielkopolski, Ponadto zaś, jak to wiedziano już przed Wielką Wojną – siłę mogło przynieść Polsce tylko dalsze posuwanie się na Zachód (bo już niby gdzie dalej na Wschód za Linię Dmowskiego?). Wybór zostawał więc jeden.

Biała Rosja potrzebowała Polski by powstać. Polska potrzebowała Białej Rosji by przetrwać. Interes był więc obopólny.

Czerwona alternatywa


Istniała jednak alternatywa. Skoro celowo i świadomie odmówiono układu z Denikinem – należało kontynuować rozmowy z bolszewikami i nie kończyć rozmów w Mikaszewiczach impasem (równie celowym, jak jałowo przewlekane negocjacje z Białymi). Czerwoni – a następnie ich państwo, Związek Sowiecki, dotrzymało dokonanych w tamtym właśnie okresie ustaleń z Bałtami, po co więc było wojować jeszcze dwa lata? Również instrukcje Lenina dla Marchlewskiego były jasne: ustępować Polakom, zgadzać się na granice nawet daleko na Wschodzie.

Podkreślmy – tak Biali, jak i Czerwoni godzili się na Mińsk i Kamieniec Litewski w granicach niepodległej Polski! Jedni i drudzy natomiast nie chcieli słuchać żadnych bajek o Ukrainie, doskonale wiedząc, że to bzdury i prowokacje, w dodatku bez oparcia w tamtejszej ludności. Lenin i Denikin bez problemu akceptowali polską Białoruś – ale już nie petlurowski Kijów. A to w jego imię najpierw Piłsudski biernie przyglądał się rozgromieniu Białych, a następnie ściągnął na Polskę najazd bolszewicki, do odparcia bez żadnej bitwy, na drodze dyplomatycznej na kilkanaście miesięcy przed ofiarą krwi na polach pod Radzyminem.

I w tym wariancie mielibyśmy więc pokój, mielibyśmy granice wg najdalszych oczekiwać – nie mielibyśmy natomiast partnera, w każdym razie nie od razu. Jak wiemy z historii – państwo bolszewickie wolno wracało na arenę międzynarodową i chociaż życzliwość Polski mogłaby ten proces przyspieszyć, to i tak trwałoby to dłużej niż mogła znów zaistnieć pełnoprawna podmiotowość białej Rosji. Również i ZSSR ostatecznie wróciłoby jednak w końcu do swojej historycznej pozycji geopolitycznej, a z realnego przebiegu zdarzeń wiemy przecież, że porozumienie polsko-sowieckie było po prostu historyczną koniecznością. Skoro nie w 1919 r. i jeśli nie w roku 1939 – to ostatecznie w 1944.

Mogliśmy pomóc Białej Rosji – i stworzyć silny blok, w oparciu o który coraz dalej i śmielej moglibyśmy z czasem sięgać na zachód. Mogliśmy pomóc Rosji Czerwonej – i mieć pokój. W obu przypadkach zginęłoby mniej ludzi, mielibyśmy lepsze (za takie uważane) granice, mniejsze długi, mniejszą zależność od zagranicy, mniejsze zniszczenia. Mieliśmy wybór – i wybrano nam coś spoza celów polskich, bo już wówczas grano nami nie w naszym interesie.

I czy coś się w tym zakresie zmieniło? Czy czegoś nam nie przypominają deklaracje, że „Nie zgodzimy się na korzystną dla Polski umowę gazową – bo PRZECIEŻ UKRAINA…!”? Pewnie, historia powtarza się jako farsa, zamiast więc parady otarcia łez w Kijowie – mamy paradujących po Polsce Ukraińców, jednak mechanizm poświęcania interesu polskiego pozostał przecież ten sam.

Nasza wojna


Nie tylko zresztą on. Nie wyciągnęliśmy również innych, jeszcze bardziej fundamentalnych wniosków z naszego zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej. Zastanówmy się przez chwilę nie czemu wygraliśmy to konkretne starcie – tylko czemu w ogóle nie przegraliśmy tamtej wojny? Dlaczego rewolucja bolszewicka nie tylko w Polsce przegrała, ale nawet nie wzbudziła jakiegoś szczególnego zainteresowania klasy robotniczej i chłopstwa, czyli swej naturalnej bazy (w tej roli występujących nie tylko przecież w Rosji)?

Oczywiście dlatego, że na żadnym etapie nie była z polskiego punktu widzenia rewolucją, zarzewiem wojny domowej na podglebiu socjalnym – ale tylko i WYŁĄCZNIE obcym najazdem. Sprawa NARODOWA okazała swą zdecydowaną wyższość nad zagadnieniem KLASOWYM. Stąd właśnie przegrana nie tyle Lenina i Trockiego, co przede wszystkim Dzierżyńskiego, Marchlewskiego i innych Czerwonopolaków idących na Warszawę.

No dobrze, ale to przecież wiemy wszyscy, aż do przesady dezawuując odmienną od chwilowo zwycięskiej, czerwoną, bolszewicką wizję Polski w ramach Świata Rad. Czego jednak nie widzimy i nie rozumiemy, a co dostrzec powinniśmy zwłaszcza 15. sierpnia? Że sprawą polską nie jest również ani globalne zwycięstwo światowego kapitalizmu, ani wszechtriumf liberalnej demokracji, ani żadna inna z licznych ideologii, które przyszły nad Wisłę z kolejnego obcego kierunku i tym razem żaden Cud ich nie zatrzymał.

Tak, sprawa narodowa wygrała w roku 1920, ale przegrywa w roku 2019. I nie stoją dziś kolejki do punktów werbunkowych Armii Ochotniczej, cudowna postać nie okrywa Polski swym błękitnym płaszczem, a na murach nie wiszę zagrzewające do obrony, krzepiące odezwy polskich generałów. Najpierw pogrążono nas współczesną parodią „wyprawy kijowskiej”, a dziś przegrywamy naszą Bitwę Warszawską.

Bez walki.

Konrad Rękas



Wykop Skomentuj3
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura