Myśleć trzeba. Myśleć!
Nae King! Nae Quin! Nae Laird! Nae Master! We will nae be fooled again!
21 obserwujących
164 notki
110k odsłon
285 odsłon

Abchazja – geopolityka mandarynek

Wykop Skomentuj10

Byłem w Abchazji w 1990 r. Formalnie dwa lata przed rozpoczęciem działań wojennych, ale w istocie już w trakcie konfliktu. Na rogatkach miast stały abchaskie check-pointy, po napaściach na manifestacje niepodległościowe – z autonomicznej republiki praktycznie usunięto gruzińską milicję i bojówkarzy, jednak w każdej chwili oczekiwano ich ataku. Górale gotowi byli do walki.
image

Niepodległość nie dla wszystkich


Inaczej niż w innych republikach – w Abchazji nie wiecowano, nie odbywano nie kończących się zebrań, nie opowiadano sobie jak to cudownie będzie po rychło spodziewanym upadku ZSSR. Przeciwnie, chociaż Abchazi byli wśród założycieli Związku (i to na prawach samodzielnego podmiotu, a nie autonomii w obrębie znienawidzonej historycznie Gruzji) i chociaż niewiele dobrego spotkało ten mały naród w poprzedniej epoce – to tym bardziej byli pewni, że przyszłość nie będzie żadną krainą „zachodniego dobrobytu”, a pogodna twarz Eduarda Szewardnadzego powtarzającego tylko, że „nie będzie odwrotu z drogi pieriestrojki” – dla Abchazów była szyderczą maską, zza której już wychylał się gruziński „liberalny nacjonalistaDżaba Joseliani i jego krwawi Mcheridoni.

Pamiętam również rok 1990 i wybuchłe wtedy wykwity prometeizmu w Polsce, te emocjonalne pochwały dla Litwinów tłamszących właśnie polskie dążenie do autonomii na Wileńszczyźnie, te pogłębione analizy dowodzące „prawa do samostanowienia narodów Kaukazu” (w tym Gruzinów) – i całkowity brak odpowiedzi na podstawowe pytania: po pierwsze – co w zamian? Jaka idea i organizacja powstrzyma te wszystkie nienawidzące się genetycznie narody i plemiona, trzymane dotąd strachem (bądź realnie istniejącą sowiecką wspólnotowością) – przed rzuceniem się sobie do gardeł? Po drugie zaś – kto i na jakiej podstawie decyduje, że dane dążenie niepodległościowe jest słuszne, godne poparcia międzynarodowego i szlachetne – a które wraże, podle separatystyczne i zasługujące na wspólne zduszenie?

Kolejne odsłony abchaskiego dramatu związane były właśnie z pozostawieniem tych kluczowych kwestii bez rozwiązania, nadto zaś były pochodną uznania wówczas Gruzji za najbardziej użyteczne i zaawansowane narzędzie dla wciągania przestrzeni post-sowieckiej w orbitę wpływów Zachodu. Stąd właśnie ze stołka prezydenckiego w Tbilisi strącony został Zwiad Gamsahurdia, nieco szalony, mocno nacjonalistyczny, agresywny, ale jednak zaczynający niegdyś swą niepodległościową karierę jeśli nie razem, to w każdym razie nie wprost przeciw Abchazom – a władzę w republice przejęli formalnie narodowi, ale przede wszystkim mafijno-prozachodni Mcheridoni – Jeźdźcy (a za nimi ulubieniec i Zachodu, i Borysa Jelcyna – Szewardnadze). Od ich napaści na Abchazję zaczęła się wojna, która przyniosła straszliwe zniszczenia kwitnącym w czasach sowieckich abchaskim kurortom, z Suchumi i Picundą na czele, mnie zaś kojarzy się przede wszystkim z serią migawek, w których w miejscach moich dawnych spacerów z abchaskimi i gruzińskimi kolegami stały wyrzutnie rakiet i punkty opatrywania rannych. Był to kontrast, do którego przez następne dekady zdążyłem się przyzwyczaić, najpierw w b. Jugosławii, a ostatnio także w Donbasie. Wówczas jednak była to względna nowość – szczęśliwy świat zwykłych ludzi rozpieprzony i rozstrzelany dla czyjegoś projektu geopolitycznego…

Abchazja ofiarą pro-zachodniej polityki Kremla


Zakończenie działań wojennych nie oznaczało zresztą końca kłopotów Abchazów. Mało znanym przyczyną obecnej wciąż bardzo trudnej (zwłaszcza pod względem ekonomicznym) sytuacji Abchazji jest to, co nastąpiło po zwycięskiej wojnie o niepodległość. Dzięki pomocy ochotników z całego północnego Kaukazu, Kozaków, a ostatecznie także zaangażowaniu Federacji Rosyjskiej bez entuzjazmu rozdzielającej walczące strony – udało się uzyskać w 1994 r. ostateczną pacyfikacją, a niepodległa republika mogła okrzepnąć pod rządami Władysława Ardzinby. Cóż z tego jednak, że przestano strzelać – gdy Abchazję postanowiono zagłodzić!

Kraj pozbawiony ciężkiego przemysłu, będący niegdyś cytrusowym zapleczem ZSSR, czepiący dochody z turystyki – postawiono w stan całkowitej blokady ekonomicznej. Także – niestety – ze strony aspirującej do sympatii Zachodu Rosji. Sprzeciw Gruzji (niezniesiony do dziś dnia) nie pozwala ani na otwarcie lotniska w Suchumie, ani na uruchomienie połączeń kolejowych (osobowych ni towarowych, a nawet tranzytowych – choć niegdyś właśnie tędy pociągami Rosja handlowała z Armenią). Jedyny ruch mógłby się więc odbywać tylko przez granicę lądową z Rosją. Sęk w tym jednak, że w latach 1994-2008 ta bynajmniej nie chciała uznać niepodległości republiki, której drugą ręką pomagała wszak chronić przed Gruzinami!

Abchazja stała się więc pierwotnie ofiarą rozwalenia Związku Sowieckiego przez jego własnych przywódców, następnie – została zaatakowana przez cieszących się przyzwoleniem Zachodu gruzińskich nacjonalistów, by na półtorej dekady znaleźć się w czarnej dziurze wywołanej najpierw jelcynowską smutą (której elementem była mała stablizacja rosyjsko-gruzińska w oparciu o relacje Jelcyn-Szewardnadze), a dalej także słabością wchodzącej dopiero kremlowskiej ekipy Władymira Putina, zdeterminowanej początkowo, by poświęcać peryferia w zamian za jarłyk z Zachodu.

Wykop Skomentuj10
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka