Myśleć trzeba. Myśleć!
Nae King! Nae Quin! Nae Laird! Nae Master! We will nae be fooled again!
21 obserwujących
171 notek
118k odsłon
4904 odsłony

Skręt w prawo

Wykop Skomentuj44

Nie będę bronił Artura Zawiszy. Jego prawo jazdy (to znaczy nie jego…) – jego sprawa. Nie będę też cytował tego ludowego senatora, który pytany o swoją jazdę po pijanemu odpowiedział pamiętnym „Kto pije i płaci – honoru nie traci!”. W takich sytuacjach należy skupić się na tym co można by może pożytecznego wyciągnąć z tego smutnego zdarzenia drogowego. A w tym przypadku warto by się zastanowić nad naprawieniem oczywistego błędu, popełnionego osiem lat temu przez ustawodawcę przy okazji kolejnego dłubania w kodeksie ruchu drogowego.

image

Cholerni dobroczyńcy

Przypadek (prywatnie niegdyś przesympatycznego) Artura Zawiszy dowodzi jednego: z gruntu idiotyczny jest przepis nakazujący kierowcy skręcającemu w prawo ustąpić pierwszeństwa rowerzyście poruszającemu się po ścieżce z prawej strony auta. Co bowiem co z tego, że w przypadku wypadku (takiego jak ten) kodeksowa wina jest kierowcy i może sobie dostać wyrok – skoro to rowerzystka ma zgruchotane kolano? Co jej po tej "racji"? To jest właśnie dowód, że przepis jest idiotyczny - ze względu na BEZPIECZEŃSTWO ROWERZYSTÓW. Dalej – przecież dokładnie tak samo będzie z tym nieszczęsnym bezwzględnym pierwszeństwem pieszego przed przejściem. Cholerni dobroczyńcy jakoś nie myślą, że od ich pomysłów piesi nie staną się pancerni i gdy wtargną na przejście to może i kierowca będzie winny - ale przechodzący MARTWY.

Uparci zwolennicy utrzymywania i wprowadzania następnych zakazów, nakazów i innych regulacji mających (na papierze…) uzdrowić polski ruch drogowy powtarzają tylko, że „przecież wystarczy uważać”, że „w końcu się przecież nauczą!” – nie precyzując jednak czy to „w końcu” obejmować ma tylko jakąś określoną liczbę mandatów i wyroków, czy także akceptowalną ilość okaleczonych, inwalidów i zabitych. Na tym bowiem polega zasadniczy problem ze wszystkimi oświeconymi reformatorami społecznymi – że dla niekwestionowanej słuszności własnych teorii zawsze są gotowi poświęcić coś tak nieistotnego, jak ludzkie życia.

Co więcej, w oczach fanatyków już uchwalone absurdy nabierają mocy nieomal sakralnej, a choćby wspominanie, że jakoś w wielu przypadkach słowo nie stało się ciałem (np. skandaliczny tryb administracyjnego odbierania praw jazdy za przekroczenie prędkości powyżej 50 km/h w terenie zabudowanym nijak nie ukrócił problemu wyścigów na drogach publicznych, bo w ogóle nie był wymierzony w wyścigowców i nijak ich nie dotykał) – jest traktowane jako bluźnierstwo, uleganie „drogowej cywilizacji śmierci”, służenie „lobby motoryzacyjnemu” i oczywiście chęć wymordowania wszystkich pieszych i rowerzystów. I sugerują to niedwuznacznie ci wszyscy, którzy poza tym radośnie się zgadzają, że może zginie jeszcze 50 czy 100 osób, ale „przecież w końcu się nauczą!”

A tymczasem przepisy – także drogowe – to nie Ewangelie święte. Jeśli nie służą zakładanemu celowi - w tym przypadku zwiększeniu bezpieczeństwa na drogach - to są do zmiany. Przepisy nie są wartością samą w sobie. To NARZĘDZIA o falsyfikowalnej skuteczności. Przecież to powinno być oczywiste! Przepisy istnieją TYLKO w zderzeniu z praktyką i muszą być do niej dopasowane. Legislacja nie jest (a w każdym razie nie powinna być) ideologią.

Kto ma większą pompkę

W tym konkretnym przypadku sekwencja zdarzeń, a więc i wynikających z nich zagrożeń – jest jasna. Ewidentnym namieszaniem w przepisach było w ogóle pojawienie się rowerzysty z prawej strony pojazdu. Normalnie skręt w prawo wykonuje się z prawego pasa NIE MAJĄC żadnego pojazdu z prawej strony. Powstanie ścieżek rowerowych, które czasem są pasem drogowym, a czasem nie są (przeciwruch) spowodowało zagrożenie. Kierowca wykonując skręt w prawo może nie zauważyć szybko nadjeżdżającego rowerzysty, przede wszystkim uważając na pieszych mogących przechodzić przez jezdnię itd. Natomiast rowerzysta widzi przecież duży, ciężki i szybki samochód jadący z lewej, stąd łatwiejsze i naturalniejsze byłoby ustąpienie pierwszeństwa przez rowerzystę. Czyli tak, jak było przed 2011 rokiem. Nie prościej?

Naprawdę, wbrew temu co wierzą doktrynerzy różnej maści – prawo ma swoje ograniczenia. Nie da się np. przepisem zwiększyć ludzkiej percepcji – a tworzy się niepotrzebne zagrożenie. To się nazywa BRAK ANALIZY RYZYKA. Po co bowiem tworzyć sytuacje bezpośrednio zagrażające bezpieczeństwu w ruchu drogowym? To przecież materia żywa i tak, jak powinno wymuszać katalog zachowań koniecznych, tak równocześnie musi odnosić i opierać na tym, co możliwe i realne. Tymczasem trudno oprzeć się wrażeniu, że celem pokaźnej części aktywności legislacyjnej na tym polu jest tylko zgnębienie kierowców, wymuszenie, by wyrzekli się motoryzacji (jakby większość robiła to dla przyjemności i na złość bojącym się samochodów, a nie ze względu na życiowe konieczności), wreszcie udowodnienie kto ma większą… pompkę.

Wykop Skomentuj44
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka