105 obserwujących
607 notek
1242k odsłony
4610 odsłon

Subtelny zmysł powonienia prof. Pawła Śpiewaka

Wykop Skomentuj62

23 kwietnia 1943 roku przypadał Wielki Piątek. Część mieszkańców Podborza udała się do kościoła na nabożeństwo. W tym czasie do wsi przyjechali z Mielca funkcjonariusze gestapo pod dowództwem Rudolfa Zimmermana.

Dalszy przebieg wypadków opisuje dr Maria Przybyszewska:

[…] udali się najpierw do ówczesnego sołtysa – Michała Pająka, z żądaniem aby podprowadził ich pod dom Dudków. Posiadali już wszelkie informacje dotyczące rodziny, jak też ukrywającego się Leona (Lejzor). Wiedzieli, że jest krawcem i mieszkańcy korzystają z jego usług. W domu Dudków były tylko dzieci. Ojciec z sąsiadem poszedł po drewno do lasu rydzowskiego, a matka udała się do Mielca. Leon, który akurat przebywał w domu zdołał uciec, nie zdążył jednak schować swojej maszyny krawieckiej i rozłożonej pracy. Chcąc mieć pewność, że Dudkowie przechowują Żyda, Niemcy zaczęli przesłuchiwać sąsiada – Antoniego Kiliana. Bicie niczym nie odbiegało od rutynowych tortur, wybito mu wszystkie zęby a na koniec został dotkliwie pogryziony przez wilczura. Nie udało im się jednak uzyskać żadnych informacji. Zakrwawionego i prawie nieprzytomnego gospodarza, pozostawiono na podwórku.

Zimmerman wywołał jeszcze jednego z Podborzan – Pietrasa. Usadowił go na skraju rowu, gołe stopy miał zanurzone w prawie lodowatej wodzie. On również nie zdradził.

  Tymczasem, rodzice dzieci Dudków, nie wrócili do domu. O grożącym niebezpieczeństwie powiadomił ich syn Staszek, który przez przypadek był w domu sołtysa w momencie, kiedy Niemcy kazali zaprowadzić się pod jego dom. Gdyby się pojawili, z całą pewnością zostaliby rozstrzelani.

Niemcy pomimo gróźb nie uzyskali żadnych konkretnych informacji. Nie mogli jednak odjechać, nie pozostawiwszy po sobie żadnego śladu. Rozpoczęli podpalanie kolejnych gospodarstw, rozpoczynając oczywiście od zabudowań Dudków. Domy i budynki gospodarcze były drewniane, pokryte strzechą, stały w zwartej zabudowie, więc pożar bardzo szybko się rozprzestrzenił. Niemcy nie musieli się specjalnie wysilać, aby dokonać dzieła zniszczenia. Pociski samozapalające wrzucali już w co drugi dom, wiedząc, że następny i tak się zapali.

Trudno opowiedzieć słowami co czuli wówczas właściciele płonących domów. Wiedzieli, że tracą wszystko, na co do tej pory pracowali bardzo ciężko. Z tych domów, które się jeszcze nie paliły, próbowano ratować resztki dobytku, szczególnie inwentarz żywy. Udało się niewielu, wyprowadzano głównie krowy, które umieszczano w lesie.

Sceneria pożaru była straszna. Z jednej strony mur płomieni sięgający wg. niektórych aż pod niebo, niesamowity żar, niemoc, lament kobiet, dzieci, szok i niedowierzanie, że to się dzieje naprawdę. Z dymem poszło 23 zabudowania gospodarcze. Należy pamiętać, że na wsi płonęły nie tylko domy, ale również obory, stodoły, szopy. Tam przechowywane były narzędzia rolnicze, bydło, kury, resztki zboża, a więc wszystko to, co potrzebne jest do normalnego funkcjonowania gospodarstwa rolnego. Dodatkowo zbliżał się tzw. „przednówek”, najgorszy dla wsi do przetrwania okres: w stodołach spłonęły resztki zboża, które miały pomóc przetrwać do kolejnych zbiorów, niektórzy potracili krowy – jedyne żywicielki, kury, kurczęta.

W feralny piątek mieszkańcy Podborza wszystko to stracili. Zgliszcza nie nadawały się do zamieszkania. Pogorzelcy zamieszkali u krewnych, znajomych, którzy sami niewiele mając, dzielili się resztkami. Odbudowa trwała długo, niektórzy naprędce próbowali postawić chociaż prowizoryczne szopy, które w okresie zimowym nie nadawały się jednak do zamieszkania. Jeszcze kilka lat po wojnie widoczne były skutki pożaru. Wiele rodzin nie było stać na ponowne zaczynanie wszystkiego od początku.

Również dla rodziny Dudków pacyfikacja nie była końcem gehenny. Byli poszukiwani przez Gestapo. W końcu zostali aresztowani; uratowało ich wstawiennictwo jednego z kolonistów niemieckich z Goleszowa u którego służył ich syn Staszek.

Niemniej tragicznie wyglądały dalsze losy rodziny Siekfierdów. Po pacyfikacji cała rodzina ukrywała się w Lesie Schabowskim. Podczas jednej z wielu obław, jakie Niemcy urządzali na tym terenie, zginął ojciec rodziny Szymon, i ukrywający się przez dwa lata w Podborzu syn – Leon (Lejzor). Matka zginęła podczas frontu od wybuchu miny. Wojnę przeżył Romek i Maria. Po przejściu frontu, w marcu 1945 r . Romek przyszedł do rodziny Dudków, którzy mieszkali wówczas w prowizorycznej chałupce. Był wychudzony, obdarty, zawszony. Dudkowie jeszcze raz udzielili pomocy rodzinie, tym razem bratu Lejzora. Romek, przez około pół roku mieszkał wraz z ocalałymi z Holocaustu Żydami, w obecnej siedzibie mieleckiego WKU. Później wyjechał do Palestyny, […] losy Marii, która wyjechała do Krakowa. Tam poznała swojego rodaka i wyjechała z nim do USA. […]”

Wykop Skomentuj62
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka