Nowa nienormalność
Nowa normalność, to nic innego jak nienormalność. Zresztą taka sama jaka jest teraz, tylko że nowa i jeszcze bardziej nienormalna.
8 obserwujących
6 notek
44k odsłony
17914 odsłon

Fikcja pandemii. Komu jest potrzebna legenda o Potworze Koronawirusie: cz.2.

@starline http://fb.com/starlineart
@starline http://fb.com/starlineart
Wykop Skomentuj4

W poprzedniej części (Dlaczego ludzie uwierzyli w legendę?) opisałem fenomen wszechobowiązującej narracji o pandemii jako legendę o Potworze Koronawirusie. Używając innej metafory, otacza nas ona jak dobrze znany kinomanom MATRIX. Żyjemy w nim, podlegamy jego prawom, ale jednocześnie możemy być prywatnie świadomi, że nie jest on prawdziwy. Kto ma swój azyl, gdzie może odciąć się od społeczeństwa, ten ma szansę chociaż na chwilę uwolnić się z tej narzuconej społecznie rzeczywistości. Większość ludzi jednak tego komfortu nie ma i odczuwa MATRIXA wszystkimi zmysłami przez całą dobę. Z premedytacją używam tutaj porównania nawiązującego do filmu o nieistniejącym cyfrowym świecie, do którego ludzkie ciała i mózgi są podłączone przez rządzące światem maszyny, ponieważ rzekoma pandemia to fikcja. 

OD RAZU UPRZEDZAM!!!

- ARTYKUŁ JEST DŁUGI I MA MNÓSTWO ODNOŚNIKÓW - 
ZAZNACZAM Z KTÓRYMI ZALECAM SIĘ ZAPOZNAWAĆ.

Proste fakty a ogłoszenie pandemii

Na świecie mamy pandemię COVID-19, ponieważ 11 marca 2020 r. tak ogłosiła WHO. W zasadzie już wcześniej zrobiły to media, ale tym zajmiemy się w części 3. Za początek uważa się epidemię w Chinach, która z kolei miała rozpocząć się od pierwszego zachorowania 17 listopada 2019 r. w mieście Wuhan. Intuicyjnie rozumiemy słowo pandemię jako śmiertelną, a zarazem zaraźliwą chorobę występującą praktycznie na całym świecie, a przynajmniej na wielu różnych kontynentach. Tymczasem wytyczne WHO odnośnie definicji pandemii zmieniały się w latach 1999, 2005 oraz 2009. Jeszcze w 2003 r. WHO podkreślało, że pandemiczna grypa skutkuje "ogromną liczbą zachorowań i zgonów", aczkolwiek sama organizacja, odpierając w 2010 r. zarzuty postawione po pandemii świńskiej grypy, twierdzi że to było umieszczone wyłącznie w kontekście przewidywanej pandemii ptasiej grypy. Faktem jednak jest, że kryterium wysokiej śmiertelności od 2009 r. nie występuje przy decyzji o ogłoszeniu pandemii przez WHO. Wystarczy jeśli wirus - choroba jest nowa i wysoce zakaźna. (Link do artykułu)

Jeszcze na przełomie marca i kwietnia prof. Włodzimierz Gut, wirusolog i doradca GIS, słynący z delikatnych aluzji co do sensowności niektórych obostrzeń oraz procedur, w wywiadzie „Do Rzeczy” wskazywał, że gdyby nie testy, to zaobserwowalibyśmy być może tylko większą liczbę przeziębień. Jednocześnie postuluje on o zachowanie zdrowego rozsądku i przestrzega, żeby z powodu paniki nie umarło więcej osób niż z powodu wirusa. Zwraca też uwagę na to, że poszczególne kraje różnie kwalifikują zgony – jedne biorąc kryterium zgonu „z powodu koronawirusa” a inne „zarażenia koronawirusem”. Ponadto wskazuje on na specyfikę zagadnień związanych z testowaniem zarażonych oraz to, co one naprawdę badają – czy diagnozują przede wszystkim zarażonych z ciężkimi objawami, czy raczej mierzą nasycenie populacji wirusem. Przypomina też, że wirus jest nowoodkryty i nie wiadomo jak długo obecny w populacji ludzi. (Do Rzeczy - niestety cały wywiad tylko w papierowej wersji)

Podobnie prof. Simon, wojewódzki specjalista w dziedzinie chorób zakaźnych z Wrocławia, jeszcze 31 stycznia twierdził, że nie ma zagrożenia epidemią koronawirusa, apelował o zachowanie spokoju, a później także krytykował wprowadzenie niektórych restrykcji. (za TVP INFO)

Z końcem lutego naukowcy PAN opublikowali wnioski ze swoich badań, że oficjalnie podawana śmiertelność zarażonych na nowego koronawirusa jest znacznie niższa od oficjalnie podawanych danych ze względu na bardzo dużo liczbę osób przechodzących zakażenie bezobjawowo. Z tego powodu podawana jest znacznie zaniżona liczba zakażonych, zwłaszcza, że była ona bardzo mała w porównaniu do innych zakażeń tego typu wirusami. Porównali też dane procentowe śmiertelności różnych chorób słynnych chorób zakaźnych, z których tylko grypa sezonowa miała porównywalnie niską do nowej choroby. (za TVP.info - POLECAM!)

Jeśli chodzi o bardziej kategoryczne wypowiedzi to dr Wolfgang Wodarg, pulmunolog, a zarazem niemiecki eurodeputowany, który doprowadził do dochodzenia w sprawie nieprawidłowości w ogłoszeniu przez WHO pandemii tzw. świńskiej grypy w 2009 r., tłumaczy, że mamy do czynienia ze zwykłym kolejnym wirusem powodującym sezonowe grypy, a problemy spowodowane są wyłącznie z powodu wywołanej paniki. (LINK 1 ; LINK 2LINK 3 - POLECAM!)

Podobnie profesor Knut Wittkowski, epidemiolog, 3 kwietnia br. twierdzi, że nowy wirus jest taki sam, jak inne wirusy powodujące grypy sezonowe, a kwarantanna i izolacja społeczna to szkodliwy pomysł. Twierdzi, że sens ma wyłącznie tworzenie odporności stadnej, która polega na zakażeniu wirusem około 80% społeczeństwa z czego większość w ogóle tego nie zauważy, a tylko chorych i słabszych należy przez kilka tygodni szczególnie chronić. (LINK 1 ; LINK 2)

Z kolei profesor Klaus Püschel, szef hamburskiego instytutu medycyny sądowej twierdzi, że po przeprowadzonych przez niego licznych badaniach nad osobami, które w Hamburgu umarły będąc zarażone nowym koronawirusem, żadna nie odeszła z tego świata z jego powodu.(Do Rzeczy - tradycyjnie całość w papierowym wydaniu)

Podobnie twierdzi dr n. med. Zbigniew Martyka i ordynator oddziału zakaźnego w Dąbrowie Tarnowskiej, który wypowiada się wprost, że z punktu widzenia medycyny pandemii nie ma, a można mówić co najwyżej o cyklu lekkiej grypy. Wskazuje przy tym na szereg absurdów w zaleceniach, ich potencjalną szkodliwość, a także przestrzega przed sianiem paniki, która okazuje się zabójcza. (Gazeta Krakowska - POLECAM!)

Oczywiście powyższe opinie nie są odosobnione, ale i tak nikną w morzu katastroficznych alarmów, przestróg i przepowiedni. Należy jednak odnotować, że są to wypowiedzi osób poważnych, a argumentacja spokojna i zdroworozsądkowa. Są jednak takie przypadki krytyków pandemii, którzy zmodyfikowali swoje opinie. Matteo Bassetti dyrektor szpitala w Genui i Prezydent Włoskiego Stowarzyszenia do spraw Infekcji (opis sytuacji w serwisie demagog). Warto jednak podkreślić, że nie odwołał on swojego stanowiska tak, jak sugeruje cytowany portal, tylko raczej dostosował się do obowiązującej narracji.

Uczciwie trzeba też przyznać, że dominujące są opinie skrajnie przeciwne od powyższych. Mamy okazje słuchać ich na co dzień z każdej strony (ministrów, ekspertów, WHO i wielu innych), więc wystarczy, że przytoczę tylko jedną. Lidia Stopyra, ordynator Oddziału Chorób Infekcyjnych i Pediatrii Szpitala im. Żeromskiego w Krakowie stwierdziła:
„Wydawałoby się, że osoba zakażona powinna siedzieć w domu pod nadzorem sanepidu. Ale wiemy doskonale, że jest też mnóstwo bezobjawowych osób, które nie wiedzą o swoim zakażeniu. Jeśli do kościoła przyjdzie ktoś, kto kicha, kaszle, to kropelki z wirusami osiadają na ławce. Kolejna osoba, która tam usiądzie, pewnie dotknie ławki, a potem, nawet mimowolnie, może dotknąć swoich ust, oczu czy nosa. Zarazi się. Jedna z 10 takich osób umrze.”
Zwróćmy uwagę na to, co wynika z wypowiedzi pani doktor: osoba zarażona, także bezobjawowa, może kaszlnąć lub kichnąć na ławkę w kościele, a kolejna osoba prawie na pewno się zarazi i ma 10% szans na śmierć! (LINK DO WYWIADU)

Skoro jeden lekarz lub naukowiec mówi, że to niegroźna i lekka grypa, a drugi coś skrajnie przeciwnego, to nie pozostaje nam nic innego, jak sprawdzić, który według ogólnodostępnej wiedzy może mieć rację. 

Podstawowe informacje (dla zainteresowanych)

Wirusy i infekcje

Wirusy to są cząsteczki materii organicznej złożone z kwasów nukleinowych (informacji genetycznej), białka (które jest zakodowane w tej informacji) oraz, czasami, otoczki lipidowej. Wirusy namnażane są przez komórki organizmów żywych, w tym też np. roślin, które nazywane są często żywicielami. Jest to dosyć myląca nazwa, ponieważ wirusy nie wykazują żadnych funkcji życiowych, w tym metabolizmu, a prawidłowo powinno mówić się o gospodarzu. Podczas namnażania w komórkach zachodzi zazwyczaj do zmian w namnażanej informacji genetycznej i dlatego wirusy wciąż mutują. Oczywiście jedne szybciej, drugie wolniej. Czasami dochodzi nie do przesunięcia ale do skoku antygenowego (zamiany całych fragmentów łańcucha z informacją od innego wirusa przy jednoczesnym zakażeniu) i mamy do czynienia z zauważalną zmianą wirusa.

Poza nielicznymi wyjątkami wirusy mają jedną bardzo ważną cechę – są bardzo małe. Tak małe, że możliwe jest ich zaobserwowanie dopiero pod mikroskopem elektronowym. Jakbyśmy mieli je przyrównać obrazowo do komórki bakterii, to wirus jest kubkiem na stole, a komórka pokojem w którym ten stół się znajduje. Wirion (pojedyncza cząstka wirusa) wnika do takiej komórki, której błona komórkowa rozpoznanie białko wirusa jako akceptowalne, następnie zainfekowana komórka bardzo szybko namnaża wirusa i zazwyczaj rozpada się, a wiriony w wielokrotnie większej liczbie krążą dalej. Część z nich porywa fragmenty błony komórkowej, z której powstaje osłonka lipidowa. Koronawirusy są właśnie takimi wirusami z osłonką.

Wirusy są wszechobecne i nikt nie wie ile jest ich na świecie. Co roku odkrywanych jest około kilkuset nowych, a przy okazji monitorowane są te, które już odkryto. Taksonomia wirusów wyróżnia między innymi koronawirusy, które występują u ssaków i ptaków, przy czym dość rzadko są one zdolne żyć na kilku różnych gatunkach. O przejściu bariery międzygatunkowej mówimy nie wtedy kiedy ludzie zarażają się od zwierząt (np. ptasia grypa), ale wtedy gdy ludzie zarażają się dalej między sobą tym wirusem. Uważa się (to hipoteza), że na ludzi koronawirusy zaczęły przechodzić stosunkowo niedawno. Są one w stanie – podobnie jak wirusy grypy – infekować śluzówki i nabłonek dróg oddechowych. Inne komórki, a zwłaszcza skóra, po prostu ich nie wpuszczą do środka. Oczywiście wirusy nie są w stanie przetrwać poza ustrojem, ponieważ błyskawicznie schną, niszczy je promieniowanie etc. Podobnie sama ślina ze względu na obecność różnych enzymów (np. mieloperoksydazy) jest dla niech potencjalnie niebezpieczna. Faktycznie wirus zakaża będąc w dużej ilości przyczepiony do mikroskopijnych fragmentów oderwanego nabłonka, który jest w śluzie dróg oddechowych. O „lotności” wirusa decyduje w jak drobnych cząstkach wydychanego i wykaszlanego aeorozolu jest on w stanie dłużej przetrwać.

Koronawirusy są dla człowieka dużo mniej zakaźne od wirusów grypy. Np. w 2009 r. podczas pandemii tzw. świńskiej grypy (oficjalna nazwa to grypa północnomeksykańska) zaprzestano w pewnym momencie zliczania nowych przypadków zakażeń, taka była ich skala. Jeśli kogoś to nie przekonuje, to polecam poniższy fachowy fragment odnośnie profilaktyki zakażeń w stosunku do koronawirusów (w ogóle dobre źródło wiedzy za wyjątkiem przeszacowanej śmiertelności).
„Cały czas powtarzam studentom, że najlepszą profilaktyką jest częste mycie rąk i twarzy wodą z mydłem. Mamy tu do czynienia z wirusami osłonkowymi, co oznacza, że mają na swojej powierzchni fragment błony komórkowej gospodarza. Gdy dokładnie myjemy ręce ciepłą wodą z mydłem to osłonka jest usuwana i wirus przestaje być zakaźny, a tym samym groźny. Dlatego musimy pamiętać, żeby nieumytymi rękami nie dotykać okolic oczu, nosa i twarzy, bo wirusy wnikają do naszego organizmu przez śluzówki.” (LINK)

Ważną jeszcze kwestią jest to, że – co po namyśle wydaje się dość oczywiste – organizm jest nie tylko non-stop bombardowany przez wirusy i bakterie, ale też w tym czasie jest bardzo często zakażony równocześnie różnymi patogenami. Stąd zakażenia krzyżowe oraz różnorakie powikłania wirusowe i bakteryjne. Modelowy obraz – jeden wirus – jedna choroba jest bardzo często zupełnie nieprawdziwy. Podobnym uproszczeniem jest myślenie, że wystarczy „jeden wirus” żeby się zarazić. Zazwyczaj na zakażenie jest szansa przy większej ekspozycji, bo po prostu mniejsze porcje nawet jak dotrą do śluzówki, są neutralizowane przez nieswoistą odpowiedź układu odpornościowego.

Zakażenia a odporność indywidualna i stadna

Wirusy i bakterie błyskawicznie zabiłyby człowieka, gdyby nie jego wprost nieprawdopodobnie działający układ odpornościowy. Żeby to zrozumieć, wystarczy przykład, że ludzi, których odporność jest mocno upośledzona po specjalnych lekach lub chemioterapiach, może zabić dosłownie czyjeś kichnięcie. A przecież mamy do czynienia tylko z mocno osłabionym systemem, a nie jego brakiem. To nie maseczki i kombinezony chronią nas przed zachorowaniem, tylko prawidłowo działający układ odpornościowy.

Najprościej i obrazowo możemy pokazać reakcję odpornościową na patogeny w podziale na nieswoistą oraz swoistą. Reakcja nieswoista polega na tym, że organizm po prostu neutralizuje, a potem najczęściej „zjada” wszystkie białka, które uważa za obce. Kto oglądał „Było sobie życie” ten umie sobie to wyobrazić. Na tej płaszczyźnie organizm działa praktycznie cały czas i w pewnym uproszczeniu ona decyduje o tym, że „organizm ma silny i jego choroba nie bierze”, gdy poziom tej reakcji jest na wystarczająco dużym poziomie. Dlatego takie ważne jest to, żeby nasz układ odpornościowy był poddawany bodźcom. Równocześnie układ immunologiczny działa też na płaszczyźnie swoistej, czyli wytwarzając w kilku fazach różne przeciwciała, które są zdolne bardzo skutecznie neutralizować konkretne wirusy, ponieważ są w stanie łączyć się z ich białkami. Proces ten jest bardzo skomplikowany i związany z produkcją różnych cytokin, czyli takich substancji wytwarzanych przez sam organizm, które powodują stany zapalne (wbrew obiegowej opinii to nie wirus jej powoduje, tylko sam organizm walcząc z zakażeniem), które często prowadzą do śmierci osłabionych organizmów (tzw. burza cytokin). Do każdego rodzaju wirusa organizm produkuje dokładnie pasujące do niego przeciwciała i przez jakiś czas utrzymuje je na podwyższonym poziomie (czasem przez całe życie). Takie zjawisko zazwyczaj związane jest z odpornością na danego wirusa i nawet jeśli dojdzie do zakażenia to przechodzimy je bardzo słabo, ponieważ organizm od razu szybko i skutecznie niszczy je.

Dla istnienia (a właściwie nieistnienia) w populacji chorób zakaźnych kluczowa jest tzw. odporność stadna. Odporność stadna może być też efektem wyszczepienia populacji. Im więcej osób jest odpornych, czyli ma przeciwciała na danego wirusa, tym szansa na zarażenie kolejnych osób spada. W zależności od wirusa określa się, że barierą jego rozprzestrzeniania jest np. 80-90% osób uodpornionych. Ostatnio to hasło stało się dość modne, ale nie do końca dobrze rozumiane. Możemy o niej mówić odnośnie ospy prawdziwej lub innych chorób, które zniknęły zupełnie, a przynajmniej z naszej części świata.

Przy wirusach (trzech odkrytych różnych koronawirusach i różnych wirusach grypy), które szybko mutują i wywołują tzw. grypy sezonowe dochodzi co najwyżej do częściowej odporności stadnej, która zresztą ma małe znaczenie w kolejnych sezonach. Osiągnięcie zapowiadanego poziomu 60-80% społeczeństwa zarażonych tylko danych wirusem jest po prostu nierealne, nawet kiedy zakładamy że wirus jest w danej populacji zupełnie nowy i w związku z tym jego transmisja jest szybsza. Oczywiście pozostaje zawsze nadzieja, że przy zmutowaniu wirusa, pozostaje pewna upośledzona odporność (tak się zakłada przy szczepionkach na dany typ wirusa grypy), ale tak naprawdę nie można tego nigdy przewidzieć. Na razie są dane o osiągnięciu lokalnie do 15% osób mających przeciwciała na tego wirusa (LINK do artykułu o tzw. niemieckim Wuhan)

Ponadto z dotychczasowych obserwacji zawsze widać – i ma to wymiar kilku- lub kilkunastotygodniowy - że liczba wirusowych zakażeń dróg oddechowych zawsze rośnie, a potem spada. Tak jest przy każdej epidemii grypy. Zależy to zarówno od odporności, jak i od czynników środowiskowych. Mało tego, dużo bardziej zjadliwe (a co za tym idzie - śmiertelne dla żywicieli) zoonozy od obecnego koronowirusa, który przeszedł na człowieka z łuskowca albo z nietoperza, SARS (ten pierwszy) czy MERS (prawdopodobnie z wielbłądów) praktycznie zanikły. Trudno odpowiedzieć dlaczego dokładnie tak się dzieje i ile razy w historii przechodziły sezonowo różne koronawirusy na człowieka, a potem zanikły. Bez wątpienia jest, że w dobie masowych podróży lotniczych choroby dużo szybciej przenoszą się po świecie. Dawniej trwało to dziesiątki lat, jeśli w ogóle do tego dochodziło, a dzisiaj wystarczą tygodnie.

Zasadniczą różnicą (mimo właściwie tej samej drogi zakażeń) między wirusami grypy a koronowirusami jest jednak to, że grypy (nie wszystkie) mogą rozprzestrzeniać się do pewnego poziomu wykładniczo po całym społeczeństwie, a koronawirusy mają taką zdolność bardziej w ogniskach zakażeń (w rodzinie, w DPS-ach, w szpitalach i przychodniach), co wynika po prostu z mniejszej zaraźliwości i lotności wirusa. Ponadto grypy rozprzestrzenia się szybciej z powodu szybszego wylęgania się choroby. (LINK – sensowne tylko odnośnie zaraźliwości)

Objawy i diagnoza choroby, a wykrywanie wirusa

Lekarz w przychodni diagnozując pacjenta z infekcją dróg oddechowych najczęściej orzeka po zbadaniu tzw. obrazu klinicznego choroby, że to przeziębienie albo grypa. Nie jest w stanie powiedzieć, że ktoś ma infekcję spowodowaną takim to a takim wirusem, bo jest to po prostu niemożliwe. Po pierwsze, nie ma czegoś takiego jak podręczny test na wirusy. Po drugie, objawom może towarzyszyć zakażenie kilkoma patogenami. Po trzecie, zakażenie danym wirusem może dawać bardzo różne objawy, a pewne charakterystyczne objawy mogą być spowodowane różnymi wirusami. Rinowirusy, które są przyczyną nawet do 80% przeziębień (za 20-30% odpowiadają koronawirusy), zwłaszcza tych w okresie jesienno-zimowym, objawiają się katarem. Zazwyczaj wirusy te nie schodzą niżej w drogach oddechowych, ponieważ giną w podwyższonej temperaturze. Są jednak wyjątki kiedy powodują nie tylko katary ale też kaszel i objawy grypowe. Z kolei wiadomo, że za przeziębienia odpowiadają też przynajmniej dwa spośród dotychczas odkrytych siedmiu koronawirusów, które są bardziej odporne na temperaturę, a kolejne dwa (z nowym licząc to trzy) odpowiadają za zakażenia typowe dla gryp, a nawet uważa się, że są przyczyną występujących co kilka lat sezonów grypowych. Z kolei różne typy wirusów grypy – A,B lub C skutkują zazwyczaj objawami grypy, lekkiej grypy albo zapalenia spojówek. Każdy jednak może daną chorobę grypową przejść lekko lub bardzo ciężko, a pewien odsetek gryp kończy się powikłaniami, z których najczęstszym są zapalenia płuc.

Grypa sezonowa jest bardzo powszechnym i cylicznym zjawiskiem. Od października do kwietnia w Polsce rejestruje się tygodniowo około 200 tys. zachorowań. W USA szacuje się, że 10-20% populacji co roku choruje na grypę, a umiera na nią około 36 tys. osób rocznie. Jej śmiertelność określa się na poziomie dość niskim, czyli 0,1%, a nawet niżej, ale trzeba zdać sobie sprawę, że to nie są zidentyfikowane konkretne wirusy, tylko stosunek śmierci z powodu grypy do ogólnie zarejestrowanych objawów grypowych (a nawet - dokładniej - do szacownej liczby zakażeń w danym sezonie).

W przypadku nowego koronawirusa SARS-CoV-2, podobnie jak do dwóch pozostałych koronawirusów grypogennych mamy do czynienia z wirusem, który daje objawy chorobowe u mniej niż 20% zakażonych i praktycznie nigdy u dzieci. W przedziałach do 9 lat i 9-15 lat notuje się około 1,5% wszystkich rozpoznanych przypadków. Ponad 80% zarażonych nie wykazuje żadnych objawów lub bardzo słabe, a tylko kilka procent ciężkie i wymagające hospitalizacji. Kilkanaście procent ma po prostu grypę. Każdy może sobie znaleźć te informacje w internecie, aczkolwiek coraz ciężej jest o dostęp do przejrzystych i jasnych statystyk. Warto odnotować, że odsetek ten może być jeszcze niższy ze względu na to, że z definicji większość testów wykrywających wirusa skierowanych jest w stronę ludzi chorych lub zagrożonych chorobą (warto podkreślić, że śmiertelnośc grypy sezonowej jest liczona do szacowanej liczby zakażeń, a nie do liczby wykrytych testami przypadków, dlatego jej wartość wynosi zazwyczaj ułamek procenta nie prawie 10%!). Najczęstsze powikłania zarażenia tym wirusem to wirusowe zapalenie płuc, w przeciwieństwie do powikłań po zakażeniach wirusami gryp, które skutkują częściej zakażeniami bakteryjnymi płuc i zatok. Jednak mając przed sobą osobę z objawami grypowymi lub z tzw. grup ryzyka, to bez zrobienia testu nikt nie może powiedzieć, czy ma ona tego koronawirusa. Co to jednak znaczy zrobić test na SARS-CoV-2?

Wchodząc w temat testów, to musimy rozróżnić przede wszystkim testy genetyczne i serologiczne. Czyli szukamy albo genów wirusa w pobranej próbce, albo przeciwciał na tego wirusa we krwi badanego. W przypadku tych pierwszych należy pobrać wymaz czyli zeskrobany nabłonek z nosogardzieli i za pomocą laboratoryjnej metody PCR namnożyć w ciągu kilkunastu godzin materiał genetyczny, a następnie szukać charakterystycznej dla tego wirusa sekwencji nukleotydów. Generalnie brzmi to i wygląda jak czarna magia, ale przy zachowaniu wysokich standardów daje szanse na wysoką (nawet 95%) trafność testów. Jak to wygląda można przeczytać od strony teoretycznej w Wikipedii (opis w Wikipedii). Testy te nie są wskazane do badania poziomu obecności wirusa w społeczeństwie, ponieważ wirus może występować w próbce wyłącznie w przypadku zakażenia, a w odpowiedniej ilości tylko w kilku kluczowych dniach. Ponadto takie badania są kosztowne, czasochłonne i wymagają reżymu laboratoryjnego, ponieważ bardzo łatwo zanieczyścić próbkę lub ją zniszczyć. Są one wskazane do diagnozowania ciężkich przypadków, ponieważ materiał najlepiej jest pobierać od osoby mającej objawy zakażenia, gdyż wtedy ilość wirusa może być duża. Niestety w praktyce masowe badania laboratoryjne okazały się w dużej, ale też nieznanej oficjalnie, skali błędne. W przywoływanym już wywiadzie z dr. Wolfanga Wodagra wskazywał on już na ten problem (testy nie przeszły badań klinicznych). Liczba słabych ogniw jest olbrzymia, od personelu Sanepidu, który robi takie wymaz po raz pierwszy na taką skalę, po laboratoria zawalone pracą i bez wystarczających procedur nadzorczo - kontrolnych. Dr Paweł Grzesikowski alarmuje, że mamy problem z fałszywymi dodatnie, jak i fałszywymi ujemnie wynikami, na podstawie których podejmowane są krytyczne decyzje, nawet jeśli próbki pochodzą od osób bezobjawowych. „Konsekwencje błędnych wyników testów są nieobliczalne. Zaczyna się od zafałszowanych statystyk, a kończy się na nieuzasadnionej ewakuacji szpitala.” (LINK DO WYWIADU). Do całości obrazu warto przytoczyć, że odsetek wyników pozytywnych oscylował w Polsce około 5%,  a teraz już spadł prawie dwukrotnie, gdy badane są osoby z objawami lub bez objawów, ale pochodzących z grup ryzyka. Nie wiemy jednak czy wynika to z badania większej liczby osób bezobjawowych.

Testy na badanie obecności przeciwciał z definicji mogą wskazać osoby w zaawansowanym stadium zakażenia, kiedy organizm produkuje te przeciwciała oraz te, które już przeszły przez to zakażenie, bo przeciwciała przynajmniej przez szereg tygodni powinny być dalej obecne we krwi. Problem jednak jest w tym, że testy te zostały opracowane i dopuszczone do użytku bez badań klinicznych, a wyprodukowane masowo w Chinach. Niektóre kraje zrezygnowały ze stosowania tych testów, ponieważ nawet 80% dawało błędne wyniki! (LINK) Polska nie stosowała tych testów, tylko zdecydowała się na zakup tych opracowanych przez Koreę Płd. ale nie wiemy jaki jest poziom ich trafności (LINK) ale wątpliwości były wyrażane i nie słychać żeby się potwierdziły lub nie (LINK). Wiadomo tylko, że Ministerstwo Zdrowia jedną partię testów antygenów będzie reklamować (LINK). Warto też widzieć, że temat wadliwości tzw. szybkich testów nie jest niczym nowym i dokładnie tak samo było przy świńskiej grypie w 2009 r. (LINK)

Podsumowując temat testów musimy zdawać sobie sprawę, że tak naprawdę mamy do czynienia z łowieniem ryb za pomocą dziurawych sieci w stawie ,w którym pływają też różne inne nie interesujące nas przedmioty. Wiemy, że coś w te sieci wpada, ale nawet nie wiemy na pewno co. Jedyną rzeczą, która jest pewna, to to, że liczba wyników pozytywnych jest skorelowana z liczbą wykonanych testów, co jednoznacznie wskazuje, że wykrywana jest włącznie część osób zakażonych.

Do całości obrazu dochodzi też kwestia pomysłów zbadania masowymi testami obecności przeciwciał w reprezentatywnej grupie społecznej, żeby określić i monitorować poziom zagrożenia epidemiologicznego nowym wirusem. Postulowano to w Niemczech oraz w Polsce (LINK), a także zrealizowano takie sondażowe badania w Austrii, Krakowie, czy Nowym Jorku, czy też Kaliforni. O ile badania w Nowym Jorku zostały zrobione na kilku tysiącach osób wychodzących ze sklepów, co dało wynik nawet ponad 21% dla samego miasta osób posiadających przeciwciała tego wirusa (LINK), to metoda próbki losowej jak do sondażu preferencji wyborczych w Austrii (około 1500 osób) nie miała zupełnie sensu, ponieważ wirus ten występuje przede wszystkim w ogniskach zakażeń, czyli nie jest w żadnym przypadki równomiernie rozproszony w populacji. Badania w Kalifornii zrobiono badania na przeciwciała w hrabstwie Santa Clara i wyszło, że posiada je 2,8% osób, a liczba zarażonych jest większa od oficjalnej między 50 a 85 razy! (LINK) Z kolei badania w Krakowie przyniosły dosyć ciekawe wyniki, że około 2% społeczeństwa ma już przeciwciała (co ma być zbieżne z badaniami z innych krajów – LINK). Oznaczałoby to, że ekstrapolując te wyniki na cały kraj, w Polsce około 750 tys. przeszło już zakażenie tym wirusem, czyli że wykryto około 1% zarażeń! Wszystko więc wskazuje, że żyjemy w fikcyjnych statystykach zarówno jeśli chodzi o skalę zjawiska, jak i odnośnie jego zagrożenia, ale też wszystkich procedur epidemiologicznych. Robiąc jednak tego typu badania trzeba mieć pewność, że testy mierzą to, co mają mierzyć z określoną i zestandaryzowaną czułością. 

Rola wirusów w zgonach

Ile osób zabijają wirusy i jak się kwalifikuje zgony

Co roku na świecie szacuje się że na grypę umiera 0,5 mln osób (są też szacunki że od 200 tys. do 600 tys.), a kolejne 2 mln na powikłania pogrypowe. (za Wikipedia) Jest to więc choroba powszechna, istniejąca praktycznie od zawsze, która co roku uśmierca wiele osób, w tym też trzeba zaznaczyć, że wirus grypy w przeciwieństwie do nowego koronawirusa nie oszczędza małych dzieci.

W świadomości społecznej nie funkcjonuje fakt, że znaczna część chorób przewlekłych kończy się zgonem przy znacznym współudziale wirusów. Czy to choroba nowotworowa, cukrzyca, otyłość, problemy z krążeniem i wiele innych schorzeń wymienianych jako czynniki zwiększające ryzyko śmierci na COVID-19, są takimi samymi czynnikami w przypadku innych zakażeń. W ich zaawansowanym stadium odporność jest tak słaba, że nawet zwykłe przeziębienie może doprowadzić do śmierci. Najczęstsze powikłanie nowej choroby czyli wirusowe zapalenie płuc nie jest też wcale żadnym nowym zjawiskiem i występuje także jako powikłanie przy dotychczasowych grypach (LINK).

Czynnikami osłabiającymi odporność oprócz tak zwanych chorób towarzyszących lub współistniejących jest brak ruchu (LINK), sam wiek (LINK), a także unieruchomienie i leżenie (LINK). To tłumaczy życiową oczywistość, że starci, chorzy i leżący po prostu umierają na te choroby, których inni często nawet nie zauważają. Jeśli do tych obciążeń dodamy tym osobom silny lub długotrwały stres, to obniżamy ich odporność jeszcze bardziej (LINK). Ten aspekt jest dzisiaj pomijany lub bagatelizowany, bo stres nie tylko tak obciążonych ludzi zabija.

Odpowiedź na pytanie na co umarł człowiek nie jest prosta. Jeszcze w 2013 r. w Polsce 25% kart zgonów była wypełniana nieprawidłowo, tzw. lekarz wpisywał coś, co można zinterpretować jako „śmierć z powodu śmierci” (LINK). W 2018r. takich zgonów było już 28% (LINK1 oraz LINK2). Dla potrzeb statystyki publicznej w Polsce należy jednak podać główną – bezpośrednią przyczynę śmierci oraz przyczynę wtórną i wyjściową. Na stronach GUS znajdujemy wyjaśnienie tych pojęć:
„Za przyczynę wyjściową uważa się chorobę stanowiącą początek procesu chorobowego, który doprowadził do zgonu albo uraz czy zatrucie, w wyniku którego nastąpił zgon. W praktyce medycznej wyodrębnia się dodatkowo przyczynę zgonu: wtórną (za którą przyjmuje się chorobę lub uraz albo okoliczności wypadku - będące następstwem wyjściowej przyczyny zgonu) oraz bezpośrednią (która stanowi choroba stająca się ostateczną przyczyną zgonu w następstwie choroby, urazu lub zatrucia, albo okoliczności wypadku będących wyjściową i wtórną przyczyną zgonu).” (LINK)

Jeśli temu się dobrze przyjrzymy, to zrozumiemy, że mamy do czynienia z pewną buchalterią i po prostu lekarz musi zadecydować i wpisać na co umarł dany człowiek, a potem jest to kodowane (jak GUS prowadzi statystykę zgonów). Można też sobie ściągnąć podręcznik poświadczania zgonów w Europie, w których dąży się do pełnej standaryzacji tych opisów i zobaczyć, że informacja o stanie chorobowym oraz przyczynach zgonu powinna być bardzo precyzyjna. (PDF do pobrania).

COVID-19 - zgony na koronawirusa, czy z koronawirusem?

Jeśli chodzi o nową chorobę COVID-19 to WHO określił jak powinny być zliczane śmierci. Polska większość tych zaleceń przyjęła za wyjątkiem poświadczania przyczyny bez pozytywnego laboratoryjnego testu, wyłącznie na podstawie uzasadnionych podejrzeń. (LINK). To, jak to wygląda w praktyce dość dobrze opisane jest w artykule na medonet (LINK - POLECAM).

Powyższa informacje dość dobrze rozjaśniają, gdzie w przypadku istnienia chorób współtowarzyszących powinny być one wpisywane, a gdzie odpowiednie kody nowej choroby. Po prostu, jeżeli ktoś chorował na raka płuc, to rzadko znajdziemy tą pozycję w miejscu bezpośredniej przyczyny śmierci (LINK - POLECAM), ale oczywiście w statystykach przyczyn zgonu odnotowany zostanie jako rak. Możemy mieć taki przypadek: osoba chora na raka ma obniżoną odporność i choruje na grypę, której powikłaniem jest zapalenie płuc, a zgon następuje w na skutek ARDS (ciężkiej niewydolności oddechowej). To wszystko lekarz musi zapisać w karcie zgonu. Jeśli pacjent ma pozytywny test na nowego koronawirusa lub podejrzewa się to zakażenie, należy wtedy użyć nowych kodów na bezpośrednią przyczynę śmierci. Jednak do tej pory taki zgon w zależności od zaawansowania choroby nowotworowej i przebiegu chorób, był traktowany w statystykach jako śmierć z powodu zapalenia płuc, albo grypy, albo raka.

Pozostaje jednak otwartym zagadnieniem, jak naprawdę wyglądają karty zgonów osób, które zmarły będąc zarażone SARS-CoV-2 i czy nie zmieniono standardów kodowania zgonów w porównaniu do tego, jak to robiono z chorymi pacjentami w przypadku innych infekcji dróg oddechowych. Nie wiadomo też kiedy i na jakich zasadach raportowane są informacje do WHO, które codziennie są aktualizowane. Krótko mówiąc jest pytanie, czy karty zgonów we Włoszech i Niemczech są wypełniane podobnie a tylko inaczej jest to raportowane do WHO, czy też mamy inną kwalifikację chorób i przyczyn śmierci na kartach zgonu. Nigdy też nie wiadomo, co kryje się za najczęściej używanym sformułowaniem „zmarły zarażony koronawirusem, miał choroby współtowarzyszące”. I tak np.: „Na codziennej konferencji prasowej w Rzymie szef Obrony Cywilnej, specjalny komisarz ds. kryzysu Angelo Borrelli zastrzegł wyraźnie, że zmarłe osoby były zakażone koronawirusem, ale jednocześnie obciążone innymi chorobami. Tym samym we Włoszech zaczyna się mówić o osobach zmarłych "z koronawirusem". Tych 168 osób "nie zmarło na koronawirusa, ale to ludzie, którzy wśród różnych chorób mieli także koronawirusa" – podkreślił.”(LINK).

Jeśli nawet popatrzymy na oficjalne statystki osób zmarłych z koronawirusem w Nowym Jorku (LINK) to wśród nich nie ma praktycznie osób do 44 roku życia (niecałe 5%), a spośród tych, które umarły młodsze tylko 1% nie miało zdiagnozowanych poważnych chorób współtowarzyszących. Statystki dla samych Włoch w marcu wyglądały podobnie.
„W najnowszym sprawozdaniu instytutu monitorującego przebieg epidemii zwrócono uwagę na wysoki odsetek zmarłych na COVID-19, którzy mieli inne choroby. Średnia liczba tych chorób to 2,7. U 23,5 procent zmarłych zdiagnozowano jedną współistniejącą chorobę, u ponad 26 procent - dwa schorzenia, a u 48 procent - trzy lub więcej. 1,1 procent osób, które zmarły, miało mniej niż 50 lat; to ponad 30 zmarłych - wynika z analizy zgonów. 9 z tych osób nie skończyło 40 lat. Siedem z nich cierpiało na choroby kardiologiczne, nerek, cukrzycę i otyłość. Instytut zastrzegł zarazem, że nie dysponuje kartami lekarskimi dwóch pozostałych.” (LINK)

Pozostając przy Włoszech to średnia wieku śmierci z koronawirusem wynosi około 81 lat, przy czym 70% zamarłych to mężczyźni. Średnia długość mężczyzn we Włoszech to 80,5 lat, a kobiet to 84,9 lat (LINK). Nie widać więc żadnych anomalii jeśli chodzi o wiek. Należy też zauważyć, że 85% zarażonych we Włoszech osób i mających powyżej 80 lat przeżywa! (LINK)

Wniosek jest jeden – z koronawirusem praktycznie wyłącznie umierają ludzie chorzy i starsi lub po prostu starzy, czyli tacy, jacy zazwyczaj codziennie umierają. Jest to naturalny proces wymiany pokoleń i mówiąc kolokwialnie – na coś umrzeć trzeba. Kwestią do zbadania jest więc tylko, czy nie mamy do czynienia z jakąś szczególnie zwiększoną liczbą tego typu zgonów, bo tylko to mogłoby świadczyć o jakiejś anomalii. Ale i ten wniosek trzeba obwarować jednym zastrzeżeniem – skoro umierają osoby w średnim wieku dożywalności to z definicji jest to „normalne”. Anomalią byłoby tylko, gdyby masowo odchodziły z tego świata osoby w tym wieku, które cieszą się relatywnie dobrym zdrowiem.

Kłamstwa, wielkie kłamstwa i statystyki

O tabelkach i wykresach, w które wszyscy patrzą

Nie ma chyba lepszej ilustracji do stwierdzenia Marka Twaina: „Są trzy rodzaje kłamstw: kłamstwa, bezczelne kłamstwa i statystyki” niż powszechnie oglądana na całym świecie strona ze tabelami i wykresami dotyczącymi koronawirusa – Worldometers (LINK). Niestety cała masa ludzi na świecie skrupulatnie obserwowała te swoiste notowania i orzekała, że „rośnie”, „wypłaszcza się”, a u tych „mniej ofiar” a u innych „tragedia”. Trzeba też jasno powiedzieć, że ktoś kto miał do czynienia z metodologią zbierania i przetwarzania danych oraz choćby średnie wykształcenie z biologii, po prostu nie mógł się w tym momencie nie zorientować, że ta cała akcja z rzekomym informowaniem o wszystkim społeczeństwa nie jest po prostu zwykłą hucpą. Szukając analogii, to te tabelki mają taką samą wartość jak prognozy przyszłych emerytur z III filaru wyświetlane nam przez sprzedawcę.

Po pierwsze, podstawową zasadą jest, że sama liczba wpisana w odpowiednią rubrykę oznacza na pewno tylko tyle, że ktoś ją tam wpisał. O co chodzi? Oczywiście o „zarażonych” i „zgony”. Jeśli nie ma bardzo rygorystycznych reguł zbierania danych, to po prostu te liczby nic nie znaczą. Jak już było wyżej wykazane, to różne kraje stosowały skrajnie różne zasady raportowania zgonów na koronawirusa. Podobnie też zupełnie w różny sposób „szukano” osób zarażonych, przy czym żadna metoda nie nadaje się za bardzo do mierzenia zjawiska „nowych zarażeń”, ponieważ jedne mierzą obecność przeciwciał ,a drugie dają informację o wirusie w drogach oddechowych przede wszystkim u osób z objawami. Stąd też z tych wyjściowych danych mamy zupełne „od czapy” liczone współczynniki śmiertelności i zaraźliwości. Dodatkowe informacje o wadliwości samych narzędzi (testów), o których wyżej było wspomniane, to tylko wisienka na torcie.

Po drugie, jeśli zestawiamy ze sobą jakieś dane to musimy mieć pewność, że zostały one zebrane takimi samymi narzędziami i według tej samej metodologii. Jak już było powiedziane to narzędzia i poziom ich błędu był skrajnie różny. Poza tym pozostaje jeszcze kwestia w jaki sposób i kogo typujemy do badania, a przede wszystkim to, ile testów codziennie wykonamy. To kluczowe czy będziemy robić testy przesiewowe przypadkowym ludziom pod sklepem, czy w szpitalach i DPSach. Podobnie wygląda kwestia, czy próbki pobieramy tylko od domowników osoby z ogniska zakażeń, czy też szukamy od razu dalej po znajomych. Wszystko to przekłada się na liczbę testów, a co za tym idzie na liczbę wykrytych przypadków COVID-19.

I tak dochodzimy do jednej jedynej danej, która z całych tych statystyk może być przedmiotem analizy. To liczba wykonanych testów na milion mieszkańców. (ostatnia kolumna LINK). I tak mamy Islandię która zrobiła 55 tys. testów na około 340 tys. mieszkańców (czyli m/w co szósty mieszkaniec miał zrobiony test) co przy okazji dało wynik, że około 3,3% populacji tego kraju może mieć przeciwciała (oczywiście nie uwzględniając prawie pewnego błędu wynikającego z niedokładności testów). Jest to raczej górna granica, ponieważ testowanie jednak zawsze jest jakoś ukierunkowane na grupy narażone. W krajach których nie przebadano tak znacznej części populacji nie można tak łatwo przekładać tych wyników na całość społeczeństwa. Możemy pokusić się na podanie danych z Malty (około 10% przebadanej populacji i 11% testów pozytywnych), Luksemburg (9,2% przebadanych i 6,8% pozytywnych), oraz dla porównania Litwę (7,4% i 0,75%), Danię (5,9% i 3,1%), Portugalię (5,5% i 5%), Hiszpanię (5,3% i 11%), Belgię (5,3% i 8,9%), Włochy (4,5% i 8%), Szwajcarię (3,7% i 9,3%), Niemcy (3,3% i 6,3%), UK (3,1% i 10,9%), Czechy (3% i 2,5%) i Szwecję (1,7% i 15,7%). W Polsce gdzie praktycznie 100% testów było genetycznych przebadano około 1,4% społeczeństwa i 3,3% wyników było pozytywne. Jedyne co z tych danych wynika to to, że wirus jest obecny w populacji i to prawdopodobnie w znacznie większej liczbie niż się to przedstawia. Procent testów pozytywnych w czasie dla danego kraju zmieniał się maksymalnie dwukrotnie (czyli było np. 10% pozytywnych, a teraz jest 6%). Jeśli jednak zestawimy to z przytaczaną już wcześniej informacją, że nawet 80% testów dawało fałszywe (w obie strony) wyniki, to w zasadzie wiemy - jak Sokrates – że nic nie wiemy. Specjalnie przytoczyłem te dane dla kilku krajów, żeby potem z premedytacją powiedzieć: z tego nic nie może wynikać, bo zbadaliśmy to za pomocą wadliwego narzędzia. Każdy jednak ma poczucie, że jednak może coś w tych liczbach jest, jakiś trend, jakaś prawidłowość. Otóż nie – metodologia jest nieubłagalna. Wadliwie zbierane dane dają śmieciowe wyniki.

W zasadzie porównywanie krajów między sobą, bez zestandaryzowania narzędzia i doboru osób do badania według tego samego klucza, nie ma większego sensu. Nie jest wykluczone, że poziom osób z przeciwciałami w Polsce i we Włoszech jest podobny. Nie ma tutaj miejsca już na wnikanie, ale trzeba też pamiętać, że na dane Włoch, Niemiec i Hiszpanii składają się wyniki z ich autonomicznych regionów, które są skrajnie różne, a każdy region prowadzi swoją politykę zdrowotną.

Po trzecie, mamy do czynienia ze zjawiskiem, które można nazwać „odkryjmy u siebie epidemię”. Polega to na budowaniu wrażenia olbrzymich przyrostów na małych liczbach, jeśli chodzi o tego typu infekcje. To po prostu odkrywanie rzeczywistości za pomocą testów. Widzimy świat i zgony poprzez filtr (nota bene bardzo wadliwy), w którym z całego worka ludzkich tragedii wyłuskujemy tylko jeden czynnik, którego ma siłę odróżniamy od innych gryp. Tylko jego mierzymy, sprawdzamy przyrosty, spadki, wypłaszczanie krzywej i tym podobne bzdety. Dzięki temu usuwamy kontekst i możemy epatować dynamiką zakażeń i liczbami, która są marginalne do całej reszty. Na grypy choruje 10-20% społeczeństwa co roku, czyli między 3,5-7 mln w Polsce. Według przyjętej kwalifikacji wsp. śmiertelności 0,1% może to dawać nawet około 7 tys. zgonów na grypę oraz około 25 tys. na powikłania rocznie. Są to wszystko równie ciężkie i bardzo często dokładnie tak samo wyglądające zgony i powikłania jak na tego nowego koronawirusa. Dla jeszcze szerszego kontekstu warto pamiętać, że codziennej w Polsce umiera średnio 1100 osób, a około 400 tys. rocznie. Aż 45% przyczyn tych zgonów to choroby układu krążenia, 25% to nowotwory złośliwe (tak – właśnie te też często kończą się infekcją jako bezpośrednią przyczyną zgonu), około 5% to różne przyczyny zewnętrzne jak samobójstwa, wypadki i zabójstwa, a także około 5% to choroby układu oddechowego, z czego 3% przypada na zapalenia płuc (około 20 tys. i 12 tys.).

O ile powyższe punkty 1 i 2 odnosiły się do artefaktu badawczego, to tutaj mamy do czynienia z czystym budowaniem iluzji. Dzisiaj już wiadomo, że nie było w Europie żadnego pacjenta zero i przeciwciała są w próbkach pobranych od pacjentów w grudniu (LINK). Musimy zdać sobie sprawę, że w ten sam sposób możemy opracować test na dowolnego innego średnio zjadliwego wirusa powodującego grypy i zrobić sobie pandemię. Uczciwe podejście wymagałoby zbadania poziomu wirusa w różnych społeczeństwa ze szczególnym uwzględnieniem ognisk największego ryzyka, czyli szpitali, przychodni i DPSów, a potem monitorowanie tego wirusa, o ile rzeczywiście są podejrzenia o jego wyjątkowej zjadliwości lub zaraźliwości. Na dzisiaj mamy śmieszną stronkę ze śmiesznymi liczbami. Każdy kto ma choć odrobinę rozeznania zdaje sobie sprawę, że faktyczne liczby dotyczące zarażeń są między jeden a dwa rzędy wielkości większe, a śmierci są liczone w wielu (większości) krajach na zasadzie: każdy testopozytywny zmarł na COVID-19.

Praca na małych liczbach oraz epatowanie wykresami daje jeszcze jeden bardzo ważny efekt, jakim jest złudzenie, że można panować nad chorobą zakaźną, z których olbrzymia część zakażeń jest bezobjawowa. Nikt za bardzo nie zwraca uwagi sprzeczność, że mówi się o bardzo wysokiej zaraźliwości nowego wirusa, a zarazem oficjalna liczba zakażonych z kilku miesięcy na świecie osiąga poziom zarażeń na grypy w ciągu roku w samej Polsce. Tymczasem jest oczywiste, że zakażeń jest na pewno o wiele więcej, a zarazem z powodu mniejszej zaraźliwości niż przy grypie nie ma szans na taki sam poziom. Wystarczy pomyśleć, jak byśmy zareagowali, jakby ktoś wpadł na szalony pomysł wyeliminowania grypy lub katarów. Tutaj jednak dzięki właśnie zaniżonym liczbom jest to możliwe.

Na tropie nowej choroby COVID-19

Wystarczy wykonać eksperyment teoretyczny, żeby pokazać, że świat walczy z hipostazą. Co by się stało i co by było robione, gdybyśmy walczyli z prawdziwą pandemią nowej choroby COVID-19, która stwarza istotne zagrożenie dla ludzkości?

Po pierwsze, mielibyśmy do czynienia na świecie ze zjawiskiem o podobnej sile rażenia jak istniejące choroby zakaźne: gruźlica (900 tys. zgonów rocznie), albo wirusowe i bakteryjne zakażenia pokarmowe, czyli biegunki (około 1,5 mln). Dla porównania na wszystkie zakażenia układu oddechowego umiera co roku około 3 mln osób. Mało tego, jest wiele poszlak, że jest to jeden z wielu wirusów powodujących infekcje układu oddechowego, których masowo nikt na co dzień nie bada. Ten problem zauważam bynajmniej nie jako pierwszy i np. w USA tylko około 20% zbadanych gryp dało pozytywny wynik na wirusa grypy. Co ciekawe testy zrobiono zaledwie około 2% osób chorującym na grypy. Czyli nie wiadomo co powoduje pozostałe około 80% i mamy do czynienia z masowym występowaniem infekcji grypopodobnych. (LINK) John Ioannidis, profesor Stanford i autor wspomnianego artykułu porusza też kwestię masowego zjawiska zakażeń krzyżowych. Badania wstępne naukowców Stanford pokazały że wśród 20-25% pacjentów z Covid-19 testy wykazały również występowanie wirusów grypy lub przeziębień (za: LINK1 i LINK2). Jeśli jednak przyjmiemy – czysto teoretycznie – że zagrożenie to nie wystąpiło w skali porównywalnej do innych epidemii, ponieważ zostało wcześnie rozpoznane i aktualnie jest toczona z nim walka, to z tego wynika drugi punkt.

Po drugie, mielibyśmy prowadzone szeroko zakrojone przypadki badań nad każdym zgonem zarażonych tym wirusem. Badano by przede wszystkim wszystkie możliwe zakażenia krzyżowe, które razem z nim występują, a każdy zmarły poddawany byłby drobiazgowej sekcji zwłok z wykonaniem wszelkich możliwych badań histopatologicznych. Patolodzy i mikrobiolodzy pracowali by po 16 godzin na dobę, szukając śladów innych zarazków oraz zmian we wszelkich możliwych tkankach, a równocześnie robiono by wszelkie możliwe wywiady w rodzinach zmarłych szukając zależności z chorobami dziedzicznymi itp. Stosowano by masowo różnorakie terapie eksperymentalne i właściwie wszystko co komu by przyszło do głowy. Tymczasem tak nie jest. Stosowane jest leczenie objawowe oraz próby leczenia znanymi lekami z dotychczasowej praktyki. Zazwyczaj pomaga się chorym samym przejść chorobę, a organizm walczy z wirusem, ponieważ praktycznie umierają ci, którzy umarli by prawie na pewno na każdą inną ciężko przechodzoną infekcję. O ile WHO przyznaje (ale do kogo to dociera?), że liczba zakażonych jest o wiele większa niż jest to podawane w oficjalnych statystykach (nawet 3 mln we Włoszech), to jednocześnie widzą szansę wyłącznie w szczepionce. Wygląda to jak podążanie z kolejną fikcją, ponieważ nie ma gwarancji, że uda się ją zrobić, ani pewności, że jeśli nawet wirus zostanie w populacji, to nie zmutuje tak, że szczepionka będzie bezużyteczna.

To wszystko prowadzi nas do pytania, czy nowa choroba przypadkiem nie jest fikcją. Nie chodzi tu o kwestionowanie oczywistości, że istnieje wirus i zakażenie nim o charakterystycznych objawach. Tutaj chodzi o to, że sekwencja wydarzeń jest wprost nieprawdopodobna. 17 listopada w Wuhan lekarze obserwują nietypowe objawy wirusowego zapalenia płuc u 55 letniego mężczyzny. Pacjentów z takimi objawami i wirusem jest więcej. Na początku stycznia z pobranych próbek udaje wykluczyć zarówno dotychczas znane koronawirusy jak i wirusy grypy inne zarazki. 7 stycznia udaje wyizolować wirusa a w ciągu 5 dni zostaje poznany jego genom, który pozwala na opracowanie testu PCR na jego obecność (opracowany w Berlinie) aczkolwiek wyizolowanie wirusa na potrzeby prac nad szczepionką udało się dopiero w marcu. W przypadku aktualnie ogłoszonej epidemii uznano, że odkrycie wirusa pokrywa się w czasie z jego przejściem na człowieka. Nawet laik zdaje sobie sprawę, że to musiałby być po prostu nieprawdopodobnie wyjątkowy zbieg okoliczności, że akurat udało się skojarzyć pewne objawy z nowym wirusem i to akurat w miejscu, gdzie laboratoria pozwoliły na błyskawiczną reakcję i zbadanie pobranych materiałów.

Procedura rejestracji nowej choroby podobnie jak przy SARS i MERS polega na uznaniu, że powoduje ją nowoodkryty koronawirus. Nie stosowana jest taka praktyka w stosunku do symptomów powodowanych przez inne wirusy powodujące ostre infekcje. Można to sobie sprawdzić w kwalifikacji chorób (LINK). Obok chorób powszechnych i istniejących „od zawsze” mamy nowe choroby, które udało się bardzo szybko zarejestrować, ale też i bardzo szybko zanikły – SARS i MERS, przy czym odnotowana liczba zgonów w obu przypadkach wyniosła nieco ponad 700 osób, czyli bardzo niewiele jak na cały świat. Jednym z objawów jest sklasyfikowany i znany od dawna i powszechnie ARDS (LINK). Pojawia się pytanie czy to jest normalne i skąd mamy pewność, że tego typu wirusowe zoonozy nie są notoryczne.

Mamy także taką mylącą dla opinii publicznej praktykę, że choroby będące wynikiem zakażeń wirusowych stanowią około 20% przypadków, a około 80% zakażeń przebiega bezobjawowo. Tak jest np. z uważaną za niebezpieczną Gorączkę Zachodniego Nilu. W tym momencie podawanie liczby zakażonych, a nie chorych, jest po prostu mylące.

Jednak największą zagadką jest to, dlaczego kiedy Los dał nam coś w rodzaju naturalnego eksperymentu w postaci zakażeń na statku Diamond Princess, to nie stał się ten przypadek podstawą wszelkich badań nad zaraźliwością i śmiertelnością tego wirusa. Nie przebiło się to w ogóle do mediów, społeczeństwa ani nie stało się żadną podstawą do decyzji. Przytomnie zauważył to od razu bloger Piotr Wielgucki, ale wszystkie wiodące media i lekarze wolą o tym przypadku milczeń (wpis blogera tutaj). Przypominając, w skrócie, na statku wycieczkowym, w którym głównymi pasażerami są zazwyczaj emeryci odkryto ognisko zarażeń po tym jak jeden z pasażerów wysiadł w Hong Kongu, a u niego rozwinęła się choroba. Statek popłynął dalej do Japonii, gdzie wszyscy chorzy załoganci i pasażerowie trafili do szpitala w Jokohamie. Od tym, że są pływającym ogniskiem zarażeń dowiedzieli około 2 tygodnie po rozpoczęciu procesu zarażać. Na 3711 osób (z czego prawie 2700 pasażerów) zaraziło się 712 osób czyli niecałe 20%, przy czym są opinie, że poziom ten wynikała z obowiązkowej kwarantanny na statku i rosnących zakażeń już w porcie w Jokohamie. Wygląda na to, że ponad 80% tych ludzi wirus po prostu nie był w stanie zakazić mimo poruszania się w zamkniętej powierzchni. Warto odnotować, że 45% zarażonych nie miało objawów lub bardzo lekkie a ponad 55% średnie. Zmarło z ciężkimi objawami 1% zarażonych czyli 7 osób ale po paru kolejnych tygodniach liczba ta urosła kilkunastu. trzeba jednak zaznaczyć, że po badaniach uwzględniających wysoki wiek zarażonej populacji amerykańscy naukowcy określi śmiertelność tych zarażeń na poziomie 0,125% czyli w granicach grypy sezonowej (LINK). Takich przypadków zamkniętych grup w których rozwinęło się zarażenie na pewno na świecie było więcej. Nikt jednak nie informuje opinii publicznej o tym, jak naprawdę wygląda zaraźliwość wirusa, oraz faktyczny przebieg większości zakażeń. Czy można w świetle tego typu danych dalej utrzymywać narrację, że wirus ten stanowi zagrożenie dla świata, jak nie był w stanie zagrozić nawet nieznacznej części wiekowej populacji zamkniętej na statku?

Dodatkowe zgony

Ostatecznym argumentem „Świadków Pandemii” (określenie Piotra Wielguckiego vel Matka Kurka) jest stwierdzenie, że w krajach z najwyższymi odnotowanymi zgonami z koronawirusem odnotowano również wzrost liczby zgonów w stosunku do ostatnich miesięcy, a nawet kilku ostatnich lat. Z wątpliwą przyjemnością rozprawimy się także z tym wyzwaniem, ale przedtem zauważmy że:

1. Temat ten był od samego początku poruszany i wskazywano na to, że to ponury efekt rozpętanej paniki. Jako pierwszy chyba i najlepiej określił to dr Wodagr (LINK). Zwrócił on uwagę nie tylko na efekt paniki, ale też na problem wpływu zakażeń szpitalnych za śmierć pacjentów (15 tys. os. rocznie w samych Niemczech). W samej UE notuje się rocznie 2,5 mln zakażeń szpitalnych, które są przyczyną nawet 90 tys. zgonów (LINK). Dawniej ludzie powszechnie bali się pójść do szpitala, bo wiedzieli, że to grozi wszelkimi chorobami i śmiercią. Dzisiaj na nowo trzeba to przypominać. Jednym z tych zakażeń są zapalenie płuc związane ze stosowaniem wentylacji mechanicznej VAP (LINK CO TO JEST) do którego łatwo mogło dojść podczas paniki w przepełnionych szpitalach.

2. To po stronie chcącej udowodnić pandemię stoi ciężar dowodu wykazania, że bezsprzecznie i przede wszystkim z powodu tej infekcji mamy wzrost zgonów. Powstaje pytanie dlaczego podaje się dane z Włoch, ale nie ze Szwajcarii albo Niemiec, czy Polski. Czy tam wirus okazuje się być mniej śmiertelny?

3. Uczciwość metodologiczna każe badać przynajmniej kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat wstecz, a także porównywać konkretne kategoria przyczyn zgonów.

Pytanie o zwiększoną liczbę zgonów pojawiło się na podstawie danych ze strony Euromomo prezentującej dane o śmiertelności z 24 krajów Europy (faktycznie to 19 bo UK jest rozbite na 4 części, plus dwa kraje związkowe Niemiec). Serwis nie obejmuje krajów tzw. Europy Śr.- Wch za wyjątkiem Węgier. W tych krajach zbiorczo od 12 tygodnia (czyli od połowy marca) tego roku widać wzrost liczby zgonów. Wykres pokazuje dane od początku 2016 r. czyli tylko 4 lata wstecz. Mamy dostęp tylko do zbiorczej liczby zgonów w podziale na wiek oraz do odchyleń od przewidywanej liczby zgonów w poszczególnych krajach. To bardzo szczątkowe dane. Jednak pierwszą rzeczą, która od razu się rzuca w oczy to najniższy od 3 lat szczyt zgonów na przełomie lat, co można wiązać z bardzo łagodną zimą. O ile tydzień 12. jest zwiększony o około 8 tys. zgonów względem przewidywań, to 13. tydzień o 21 tys., 14. o 33 tys. zgonów, 15. o około 34 tys., a 16. o 24 tys. zgonów, co w maksimum stanowiło przeszło 150% przewidywanej wartości. Za te 5 tygodni mamy zanotowany więc w tych krajach 120 tys. więcej zgonów niż to wynikało z prostych przewidywań tego serwisu.

Serwis ten umożliwia też śledzenie współczynnika z-score, który ma pokazywać odchylenie od standardowej przewidywanej liczby zgonów. Odchylenia we wspomnianych wyżej tygodniach występują wyłącznie w następujących 7 krajach (plus delikatnie w Szwajcarii), co można zestawić z liczbą zgłoszonych zgonów z koronawirusem w tym okresie: Belgii (5,6 tys.), Francji (19,5 tys.), Włochy (20 tys.), Holandia (3,6 tys.), Hiszpania (20 tys.), Szwecja (1,5 tys.), Wielka Brytania (18,5 tys.) co daje 88,7 tys. zgonów. Oczywiście nie znajdziemy na tym serwisie podanych liczby zgonów dla każdego kraju osobno, ale zaobserwujemy, że ze wyjątkiem jednotygodniowego wzrostu współczynnika w Szwajcarii we wszystkich krajach wsp. z -score był bez żadnych odchyleń. Tak więc „brakuje” nam około 30 tys. zgonów na 110-120 tys. (biorąc poprawkę na Szwajcarię) wzrostu w tych krajach. Co się więc kryje pod 25-30% dodatkowych zgonów jeśli nie zarażenie koronawirusem? Dlaczego zjawisko zwiększonej liczby zgonów jest tylko w tych krajach, które zgłaszały więcej zgonów z koronawirusem? Na ten pytania nie można dać odpowiedzi bez pogłębionych danych z porównywaniem zmian w różnych przyczynach zgonów. Oczywiście nasuwają proste i znane odpowiedzi, że zwiększona śmiertelność wynika przede wszystkim z załamania się działania służby zdrowia, ale trudno to przesądzić bez dostępu do danych szczegółowych. Odpowiedź nam przyniesie też opublikowanie zweryfikowanych danych kolejne tygodnie. Zobaczymy czy korelacja tych dwóch zjawisk nadal występuje. No i oczywiście cięgle jest pytanie, dlaczego ten sam wirus ma zabijać we Włoszech, Francji, Belgii, Holandii i we Francji, ale nie w Szwajcarii, Słowenii czy Niemczech lub Danii.

Jednak są też inne dane, które warto przytoczyć za serwisem Fakty o COVID-19, które wskazują nam to, że w nieco dłuższej perspektywie nie mamy do czynienia z największym odchyleniem: (LINK)

1. Ogólna śmiertelność, bez względu na przyczynę, w Wielkiej Brytanii utrzymuje się w granicach pięciu najsilniejszych fal grypy w ciągu ostatnich 25 lat. Szczyt codziennych zgonów w szpitalach został osiągnięty już 8 kwietnia. (LINK)

2. Liczba zgonów w Wielkiej Brytanii gwałtownie wzrosła w ostatnich tygodniach, ale śmiertelność jest wciąż na poziomie najsilniejszych sezonów grypowych z ostatnich pięćdziesięciu lat. Również w Wielkiej Brytanii nawet 50% dodatkowych zgonów ma miejsce w domach opieki społecznej.

3. W ramach projektu InProportion opublikowano wiele nowych wykresów przedstawiających aktualną śmiertelność w Wielkiej Brytanii w porównaniu z poprzednimi epidemiami grypy i innymi przyczynami śmierci. W zasadzie ten wykres pokazuje bezsens pokazywania statystyk tylko kilka lat wstecz. 

image

Obrazek za cytowanym już serwisem: FAKTY O COVID

Oprócz tych danych pokazujących, że nie mamy do czynienia z większą anomalią niż to się zdarzało w ostatnim ćwierćwieczu warto zwrócić uwagę, że:

1. W większości krajów od 50 do 70% wszystkich dodatkowych zgonów miało miejsce w domach opieki społecznej, które cierpią z powodu wprowadzonych restrykcji, przy czym wcale nie jest pewne że to właśnie nowy wirus był przyczyną śmierci.(LINK). Warto przy tym przytoczyć doniesienia o masowym zjawisku porzucania starszych ludzi pod opieką nielegalnych pielęgniarek z Europy Śr.-Wsch., którzy stanie odwodnienia trafiali potem do szpitali. (LINK)

2. Nawet 50% wszystkich dodatkowych zgonów mogło być spowodowane nie przez Covid19, ale przez skutki wprowadzonych restrykcji, panikę i strach. Na przykład leczenie zawałów serca i udarów mózgu zmniejszyło się nawet o 60%, ponieważ wielu pacjentów nie odważyło się już pójść do szpitala.

3. W krajach takich jak Włochy i Hiszpania, oraz w pewnym stopniu w Wielkiej Brytanii i USA, przeciążenia szpitali z powodu silnych fal grypy nie są niczym niezwykłym. Ponadto nawet 15% lekarzy i pracowników służby zdrowia zostało poddanych kwarantannie, nawet jeśli nie wystąpiły u nich objawy.

4. Kraje, które nie wprowadziły drastycznych restrykcji i zakazu kontaktów socjalnych, takie jak Japonia, Korea Południowa i Szwecja, nie doświadczyły bardziej negatywnego przebiegu wydarzeń, niż inne kraje. Szwecja została nawet pochwalona przez WHO, gdyż teraz cieszy się z wyższej odporności ogólnej w porównaniu z krajami objętymi zakazami.

5. Strach przed brakiem respiratorów był nieuzasadniony. Według specjalistów zajmujących się chorobami płuc, inwazyjna wentylacja (intubacja) pacjentów Covid-19, która jest częściowo wykonywana ze strachu przed rozprzestrzenianiem się wirusa, w rzeczywistości często przynosi efekt przeciwny do zamierzonego i uszkadza płuca.

6. Najnowszy raport z amerykańskiego CDC pokazuje, że ilość hospitalizacji z Covid-19 wśród osób powyżej 65. roku życia mieści się w zakresie silnych fal grypy. Jest on nieco wyższy wśród osób w wieku od 18 do 64 lat i znacznie niższy wśród osób poniżej 18 roku życia. (LINK)

Ostatnie dni przynoszą jeszcze bardziej intrygujące oraz przerażające wieści. Dr Wolfgang Wodarg 15 maja br. opublikował swoje ustalenia i badania, z których wynika, że większość dodatkowych zgonów to efekt eksperymentalnego leczenia. Naukowiec nie tylko podtrzymuje swoje wcześniejsze twierdzenia, że nie mamy do czynienia z żadną nadzwyczajną sytuacją, tylko z zakrzywionym obrazem ekspansji wirusa za pomocą nadczułych testów, które nie przeszły klinicznych, ale z eksperymentalnym leczeniem, które wg niego jest bardziej tematem dla detektywów z zakresu medycyny. (LINK - POLECAM)

Okazuje się, że osoby, które mają niedobór genu G6PD, który jest kluczowy w odporności na malarię, bardzo źle reagują na szereg substancji, w tym kwas acetylosalicylowy, metamizol, sulfonamidy, witamina K, naftalen, anilina, leki przeciwmalaryczne i nitrofurany. Niedobór G6PD powoduje wówczas zaburzenia procesów biochemicznych w krwinkach czerwonych i w zależności od dawki wywoływana jest hemoliza łagodna lub zagrażająca życiu. Jak pisze dr Wodagr:
„Zweryfikowałem leki, które mogą powodować ciężką hemolizę z niedoboru G6PD i doznałem dużego szoku. Jedną z substancji, którą wymienia się jako bardzo niebezpieczną we wszystkich postaciach niedoboru tego enzymu, jest lek przeciw malarii – hydroksychlorochina (HCQ).9...)Zatrważający wynik moich badań brzmi: typowe ciężkie przebiegi z hemolizą, mikrozakrzepami i dusznością bez typowych objawów zapalenia płuc występują coraz częściej, gdy spotykają się dwa czynniki:
- wielu pacjentów, z niedoborem G6PD, których przodkowie żyli w krajach, gdzie występuje malaria;
- profilaktyczne lub terapeutyczne zastosowanie wysokich dawek HCQ.”
Okazuje się, że lek ten był podawany nawet ponad 70% osób, których stwierdzono jako zarażonych, nawet bez stwierdzenia objawów lub ciężkich objawów. To, że mimo wątpliwości i braku badań klinicznych szpitale powszechne stosują te leki, można bez problemu znaleźć w samemu w internecie. (LINK). Warto przy tym wspomnieć, że jedną z hipotez tłumaczących śmiertelność, a zwłaszcza wśród mężczyzn w sile wieku, słynnej grypy hiszpanki sprzed stu lat, jest stosowanie zbyt dużych dawek aspiryny, która po prostu chorych zabiła (LINK). Obecnie ustalona maksymalna dobowa dawka to 4 g, podczas gdy wtedy podawano chorującym nawet 30 g leku dziennie. (LINK) Jeśli prawdą jest to, że historia się powtarza jako farsa, to mamy do czynienia z jej bardzo ponurą odmianą. 

Realne ofiary i absurdy fikcyjnej pandemii

Musimy zdać sobie sprawę, że jesteśmy i będziemy otoczeni wirusami powodującymi infekcje dróg oddechowych. Jedynym działaniem, które ma jakieś szanse na powodzenie, aby ratować jednostki, jest izolacja ludzi z tzw. grup ryzyka, a nie walka z wszechobecnym i niewidzialnym zagrożeniem, którego wymiaru nawet nie określono.

W przeciwieństwie do funkcjonującego w obiegu publicznym bzdurnego argumentu (bo nie mamy żadnej pewności, że to ten wirus spowodował zakażenie, a poza tym potencjalnie śmiertelnych patogenów wokół nad jest zawsze cała masa), że co prawda wirus zabija starszych i chorych, ale gdyby nie on, to przecież ci ludzie jeszcze by jakiś czas pożyli, nie da się ukryć, że ta cała fikcyjna pandemia przyniosła wiele ofiar, które naprawdę nie musiały umrzeć lub cierpieć. Powszechny okazał się problem z dostaniem do lekarza pierwszego kontaktu oraz przyjęć na SOR, a nawet z otrzymaniem opieki od pogotowia. Znane są historie (np. Wrocław) nie przyjęcia ofiary wypadku do szpitala z powodu obawy zarażeniem koronawirusem, w związku z czym ofiara zmarła po przewiezieniu do dalszego szpitala z powodu upływu krwi. Zmalała liczba zawałów oraz tzw. ciężkich przypadków na oddziałach kardiologicznych, w tym wszczepiania rozruszników serca. Ofiary pandemii, to takie przypadki, jak członek legendarnego zespołu „Rezerwat”, który dwa dni z mocnymi bólami brzucha nie udawał się do lekarza, a gdy do w końcu trafił na pogotowie, to okazało się, że z powodu pękniętego woreczka doszło do niego już do sepesy. Nie ma potrzeby tutaj podawania źródeł, ponieważ każdy może sobie wstukać w wyszukiwarkę odpowiednie hasło i znaleźć takich przypadków na kopy.

Ta cała światowa walka z koronawirusem wygląda jak walka chińskiego komunisty Mao z wróblami. Przypomnijmy, że ten arcyzbrodniarz, nakazał w ramach walki z czterema plagami przeganiać i zabijać w całym kraju wróble, ponieważ wyjadają one ziarno w pól. W efekcie plony zostały zjedzone przez owady, a głównie szarańczę, które do tej pory zjadały wróble. Z powodu szkód nastąpiły straszne straty i głód. Mając dzisiaj na transparentach walkę o zdrowie, zamrożono faktycznie działanie służby zdrowia, oraz wprowadzono działania bezpośrednio obniżające odporność praktycznie całej populacji, czyli stres, brak ruchu, przerwy w rehabilitacji. Nie pozwolono także najmłodszym osobom (przedszkolakom i uczniom), które zazwyczaj bezobjawowo lub bardzo lekko przechodzą infekcje dróg oddechowych nabrać odporności, przez co na zbliżający się jesienią sezon grypowy szczątkowa odporność stadna będzie jeszcze mniejsza. Natomiast poprzez zamrożenie gospodarki dodano do tego spotęgowany efekt kryzysu gospodarczego, który pociągnie za sobą także obniżenie poziomu życia oraz konieczne cięcia na służbę zdrowia. Głodu takiego jak w Chinach Mao raczej nie będzie, ale mechanizm jest dokładnie ten sam.

W ramach tej współczesnej walki w wróblami uruchomiono całą masę absurdalnych procedur, zakazów i nakazów. Jest logiczne, że kijem odgonimy wróbla, a jak wszyscy ludzie będą gonić wróble, to większość z nich odleci. Pojawia się jednak pytanie o sensowność i skutki uboczne takich działań. Warto wymienić kilka najważniejszych:

1. Zamknięcie żłobków, przedszkoli i szkół, a także parków, placów zabaw, boisk.
Młodzi ludzie prawie w ogóle na tego wirusa nie chorują, a zarazem na nich najłatwiej zbudować pierwsze ogniwa odporności stadnej. W Korei Płd. po krótkiej kwarantannie zrezygnowana z tego elementu, który jest wręcz doprowadzony do przesady i absurdu na Zachodzie. Skutkiem ubocznym jest dezorganizacja życia całych rodzin, a co za tym idzie zakładów pracy. Nie tylko nie ma danych potwierdzających, że dzieci zarażają, a wręcz są przykłady, że tego nie robią. Zarażony SARS-CoV-2 chłopiec miał kontakt ze 170 osobami, nikogo nie zaraził! (LINK)

2. Społeczny dystans z powodu „bezobjawowych nosicieli”.
Nie ma czegoś takiego jak nosicielstwo koronawirusa, tylko bezobjawowa infekcja, z którą sobie po prostu organizm doskonale radzi. Nie ma żadnych badań potwierdzających, że takie osoby zarażają bez bliskiego bezpośredniego kontaktu, co same w sobie jest logiczne. Bez kaszlenia trudno jest kogoś na dystans zarazić. Faktycznie w pierwszej fazie infekcji można zarażać przed wystąpieniem objawów, ale to wymaga kontaktu bezpośredniego i nie zaraża się przez minięcie kogoś na ulicy. Warto przy tym przypomnieć, że samo WHO jeszcze w 2019 r. podkreślało, że nie ma żadnych dowodów na skuteczność takich metod jak utrzymywanie dystansu społecznego, ograniczenia w podróży i zamykania granic. (LINK1 oraz LINK2)

3. Nakaz noszenia maseczek przez osoby zdrowe.
Maseczki po prostu szkodzą i nie ma sensu tu porównywać do maseczek chirurgicznych noszonych w sterylnych salach szpitalnych na czas zabiegu. Nawet odruchowo źle reagujemy na przysłonięcie nosa i ust. To jest po prostu sprzeczne z naszą naturą. Najgorsze mogą być powikłania grzybiczne. Jedynym sensem jest bezwzględny nakaż ich noszenia przez osoby kaszlące i kichające oraz w miejscach bardzo bliskiego kontaktu, takich jak zatłoczona komunikacja miejska. Maksymalny czas noszenia nie powinien przekraczać 15-30 minut.

4. Zamknięcie szeregu branż usługowych.
Nie ma żadnego wytłumaczenia dlaczego można kupić chleb, a nie można kupić butów lub pójść do fryzjera. Tak samo jest z restauracjami, kioskami i szeregiem innych usług.

5. Ograniczenie lub zabronienie nabożeństw religijnych.
Przyjęcie, że sklepy działają, a kościoły nie, po prostu nie ma żadnego sensownego wytłumaczenia. W wielu krajach od razu nakazano je zamknąć, a w Polsce wprowadzono bardzo restrykcyjne ograniczenia liczby wiernych. Nawet nie ma nawet sensu szukać sensu i logiki w tych regulacjach.

6. Szczytem jednak absurdu jest ubieranie się ratowników medycznych oraz wszelkich pielęgniarek i lekarzy w stroje rodzące skojarzenie z magazynem broni biologicznej.
Koronawirus to nie wąglik i nie ma sensu stosowania tego typu budujących psychozę oraz powodujących zmęczenie fizyczne i psychiczne pracowników obostrzeń. W przypadku koronawirusa należy się w całej służbie zdrowia tak samo zachowywać jak przy epidemii grypy. Skoro masowo nie chorują kasjerki, to znaczy, że zwykła przegroda wystarczy. Normalne jednorazowe fartuchy lub normalne oddawane do prania w temperaturze 60 stopni po kontakcie z każdym pacjentem, okulary, standardowe (jak przy każdym badaniu) rękawiczki i ewentualne jednorazowa maseczka (najlepiej z filtrem) przy osobie kaszlącej. Poza tym oczywiście mycie rąk i twarzy po każdym pacjencie. Ratownicy w pomarańczowych strojach to element kabaretu, a nie rozsądnych działań. Mało tego – im więcej takich absurdalnych zaleceń, tym mniejsza uwaga samego personelu na podstawowe reguły higieniczne, na co zwracał już uwagę w przytaczanym wywiadzie dr Matyka.

Przy okazji warto też się rozprawić z mitycznym już wykresem obrazującym konieczność wypłaszczenia krzywej z powodu ograniczonych możliwości służby zdrowia a zwłaszcza OIOM. Zbudowano ten obrazek bez podania żadnych liczb – ani realnych możliwości systemu ani zakładanych obciążeń krytycznych. A fakt jest taki że szpitale jednoimienne w Polsce stoją puste i generalnie 2 miesiące służba zdrowia praktycznie stała. Kto chce, może tez sobie sprawdzić, ze dokładnie tak samo było i jest w Lombardii, jak tylko zrezygnowali przyjmowania na oddziały zakaźne wszystkich testopozytywnych bez ciężkich objawów. Z wiodących mediów się tego nie dowiemy, ale jednym z obrazów tej dzisiejszej pandemii są puste szpitale i wolne łóżka na OIMO-ach.

Podsumowując - mamy do czynienia z wirusem nowoodkrytym, ale nie wiadomo jak długo obecnym w populacji ludzkiej, funkcjonującym na marginesie wszystkich zakażeń górnych dróg oddechowych, a przy tym o śmiertelności standardowej dla gryp sezonowych, ale mniejszą niż przy sezonach mocnych gryp. Zakażenie jest diagnozowane na podstawie wadliwych testów, a co gorsza są poważne przesłanki, że z powodu paniki oraz niewłaściwego leczenia wiele osób straciło życie.

Jak do tego doszło i czy leczą nas oraz rządzą nami skorumpowani idioci, to już temat na kolejne części. Zapraszam do części 3, w której opisuję MECHANIZM GLOBALNEJ PANIKI >>

Wykop Skomentuj4
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Rozmaitości