22 obserwujących
413 notek
216k odsłon
  671   3

Polskie partnerstwo

Mimo oczywistej zdrady Francuzów, Anglicy wspierali bardzo wydajnie mało skuteczny francuski ruch oporu dostarczając mu 100 razy więcej zrzutów zaopatrzenia niż znacznie skuteczniejszej polskiej AK. Wszelkie rekordy pobiła pomoc niedawnemu sojusznikowi Hitlera, a tylko na skutek przypadku niespodziewanemu aliantowi sowieckiemu. Tej pomocy udzielano do końca wojny, kiedy już było wiadomo, że po zwycięstwie nad Niemcami następnym celem bolszewickiej agresji będzie zachód, ze szczególnym uwzględnieniem imperium brytyjskiego, nie wykluczając też Stanów Zjednoczonych.

Stwierdziwszy, że udzielając hojnej i bezwarunkowej pomocy Sowietom, Stany Zjednoczone wyhodowały sobie wroga, który ukradł im tajemnicę broni atomowej, stając się w ten sposób równorzędnym przeciwnikiem, rozpoczęły proces budowania układu partnerskiego.

Na terenie Europy naturalnym sojusznikiem pozostała Wlk. Brytania, ale tylko jako „niezatapialny lotniskowiec” i baza wypadowa. Brakowało partnera na kontynencie, Francja de Gaulle’a miała ambicje ponad stan i uważała się za partnera równorzędnego. Wg jego oświadczenia: fakt że Amerykanie mogą nas zabić dziesięć razy, a my ich tylko raz, nie czyni różnicy w poziomie traktowania. Jego ambicje, którym dał wyraz podczas wizyty w Polsce, zmierzały do stworzenia układu europejskiego, niezależnego od USA.

Wprawdzie namawiał Polskę (faktycznie sowiecki PRL), ale przecież chodziło mu o Sowiety.

Gomułka, po nieuniknionych w takim przypadku „konsultacjach” z Kremlem, odpowiedział dość brutalnie, że sojusze Polski z zachodem zawiodły, a tylko sojusz ze Związkiem Radzieckim przyniósł wielkie korzyści. Była to odpowiedź niezupełnie na temat, ale za to znakomita okazja do popisania się wiernością wobec bolszewików.

Kreml bowiem nie traktował Francji jako równorzędnego partnera i dlatego wolał utrwalenie układu, w którym europejskie centrum znajdowało się między Moskwą i Waszyngtonem, oczywiście walcząc o jak najbliższe jego położenie w stosunku do Moskwy. Trzeba przyznać że chwilami mu się to udawało.

Odrębnego potraktowania wymagają amerykańskie zabiegi o stworzenie swojego układu europejskiego.

Przede wszystkim odnosi się wrażenie, że Stany Zjednoczone nie miały i nadal nie mają określonej polityki imperialnej wobec Europy. Ma to szczególne znaczenie w świetle polskich poszukiwań partnerstwa.

Tak naprawdę to Amerykanie znaleźli się w europejskiej polityce dopiero w Wersalu. Wilson przyjechał do Europy jako niemal jej zbawca i wydawało się, że bez trudu zrealizuje swoje szlachetne idee zawarte w czternastopunktowym memoriale. Tymczasem uległ całkowicie geszefciarskiej grze Lloyd George’a i karczemnej niekiedy atmosferze przetargów. Mając wszystkie atuty w ręku roztrwonił je, oddając bez walki punkt po punkcie. W końcu praktycznie się wycofał, nie przystępując do Ligi Narodów.

Tłumaczenie naciskiem amerykańskiej opinii publicznej, przerażonej stratami ludzkimi własnej armii, nie ma sensu. Właśnie ten wzgląd wskazywał na niezbędność amerykańskiej obecności w Europie w celu zapobieżenia powtórce. Potwierdziło się to w pełni dopiero po II wojnie światowej.

Zanim do tego doszło, trzeba było zagospodarować makabryczny spadek po Roosevelcie, który wobec Ameryki reprezentował interesy Stalina. Nie udało mu się wprawdzie oddać całej Europy, nawet jawnie tego żałując, ale i tak dopuścił do powstania bolszewickiego imperium na jej terenie, czego skutki przeżywamy szczególnie dziś.

Następcy Roosevelta, chociaż nie wszyscy, postanowili jednak bronić pozostałej, wolnej jeszcze Europy przed dalszą ekspansją sowiecką. Obrona Berlina, ze sprawną organizacją “mostu” powietrznego, powstrzymała te zapędy.

Główny, a w zasadzie jedyny wówczas obrońca zachodniej Europy – Stany Zjednoczone musiały znaleźć odpowiedniego partnera. Zdawało się, że jest to naturalna rola Francji, ale wzajemne nieufności i rozbieżność celów w czasie epoki de Gaulle’a, zmusiły Waszyngton do ulokowania swoich nadziei w Bonn. Było to pójście po linii najmniejszego oporu, Niemcy ani po pierwszej, ani po drugiej wojnie nie były odpowiednim partnerem dla Stanów, a nawet przed tymi wojnami stanowiły groźną konkurencję dla amerykańskiego przemysłu.

Główną przyczyną tego wyboru nie były racje polityczne, gospodarcze czy militarne, ale zwykła prywata, w imię której, dla wygody okupantów amerykańskich, wyznaczono kurs wymiany marki na dolara – 4,13, tj. niemal dwukrotnie poniżej jej siły nabywczej. Skorzystało z tej okazji lobby importowe w Ameryce, promując niemieckie wyroby, z “garbusem” na czele. Zwyciężyła zwykła korupcja wbrew żywotnym interesom amerykańskim, co się natychmiast ujawniło po upadku Sowietów i nieuchronnej zmianie aliansów. Skutki amerykańskiej głupoty, podobnie jak i po pierwszej wojnie spadły nam na głowę choćby w postaci obecnej wojny.

Lubię to! Skomentuj7 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura