Blog
Państwo Słowiańskie
Domabor Świętoborzyc
2 obserwujących 12 notek 13343 odsłony
Domabor Świętoborzyc, 13 lutego 2018 r.

Katastrofa demograficzna: mit czy rzeczywistość?

2564 127 0 A A A

Wiem, że jakiś czas temu obiecałem optymistyczną notkę o Polsce. Mógłbym się teraz tłumaczyć, że trudno jest taką napisać, a te trudności są obiektywnej natury i trwają od jakichś dobrych 350 lat. To byłoby jednak zbyt łatwe: nietrudno być pesymistą mając polski paszport. Dlatego dziś chciałbym spojrzeć na jeden z bardziej katastroficznych tematów pod nieco innym kątem.

Nie będę powtarzać banałów i wyświechtanych frazesów. Kto potrzebuje podstawowych informacji o omawianym zjawisku, niech zajrzy do wujka Gógla. Od dobrych kilkunastu lat nakręca się w mediach histerię właśnie na tym tle. My ten balonik przekłujmy.

Wyjdźmy od kilku prostych faktów i osobistego doświadczenia pokolenia wyżu demograficznego lat 80. Sytuację wyjściową stanowiły realia państwa zwanego PRLem. One były takie jakie były, nie będę się o to wykłócać. Chcę wskazać tylko na jeden bardzo prosty fakt: PRL nie miał problemów z przyrostem ludności.

Z jednej strony standard życia w tym państwie był z dzisiejszego punktu widzenia skandalicznie niski, z drugiej mieściły się w jego ramach rzeczy tak dziś deficytowe, jak podstawowe poczucie bezpieczeństwa socjalnego i czas dla swojej rodziny, znajomych i przyjaciół. Ja nie chcę tu bronić PRyLu, po prostu stwierdzam fakt: z perspektywy czasu jest jasne, że jakkolwiek dziadowskie i zbrodnicze by to państwo nie było, to jednak zabezpieczało elementarne warunki dla biologicznego przetrwania i wzrostu Narodu Polskiego.

Efektem była rosnąca falami populacja, czego ostatnim przejawem jest wyż demograficzny lat 80. Było to echo wyżu powojennego, oczywiście słabsze: w latach 80. nie kompensowano już sobie przecież strat wojennych. Można przypuszczać, że gdyby warunki życia nie zmieniły się, to dzisiaj obserwowaliśmy kolejne odwzorowanie tamtego wielkiego wyżu. A jego tymczasem brak...

Wystarczy spojrzeć na powszechnie dostępne statystyki dzietności i przyrostu naturalnego, by stwierdzić że doszło do załamania fali wzrostowej. Dzieci pokolenia urodzonego w latach 80. nie są w stanie nawet zastąpić umierających Polaków, w efekcie czego pomimo spodziewanej (?) powtórki z wyżu wciąż mamy przyrost ujemny.

Co się stało po drodze? Ano - transformacja.

Nie chcę tu teraz biadolić ani wymieniać wszystkich przyczyn takiego stanu rzeczy. Jedni chcieliby je widzieć w warunkach materialnych, inni w procesach kulturowych. Obie strony mają rację o tyle, że chodzi o połączenie zachodniego konsumpcjonizmu ze wschodnimi pensjami, tudzież kapitalistycznego wyścigu szczurów z postkomunistycznym bardakiem (dez)organizacyjno-(bez)prawnym. Europejskie ceny i polskie zarobki? Mieszanka najgorsza z możliwych, która zabija ten naród.

Czy jednak fakt, że kolejnego wyżu nie będzie i czeka nas postarzenie społeczeństwa prowadzące do spadku liczby ludności, to rzeczywiście taka straszna katastrofa?

Popuśćmy wodze fantazji i wyobraźmy sobie, co by było gdyby program 500+ nagle cudownie zadziałał i właśnie pojawiłby się u nas wyż demograficzny. Być może nawet nie na miarę tego ostatniego, ale do niego proporcjonalny w podobny sposób, jak wzrost urodzeń lat 80. miał się do powojennego boomu. 

Wyobrażenie sobie takiej sytuacji nie jest specjalnie trudne, bo przecież znamy doświadczenia osób, które wchodziły na rynek pracy pod koniec lat 90. i w 2000. Te doświadczenia to bezrobocie serwowane na dzień dobry, "śmieciówki", praca za głodowe stawki albo poniżej kwalifikacji, emigracja zarobkowa.

Na płaszczyźnie emocjonalnej znalazło to u wielu moich rówieśników swoje odzwierciedlenie w permanentnym poczuciu poniżenia, stałego zagrożenia biedą i bezdomnością. Bycia wiecznym petentem i piętnowanym w mediach "roszczeniowcem" rozsyłającym setki CVek. Elementem niechcianym, niepotrzebnym w społeczeństwie i na rynku pracy. Upodlenie, rozczarowanie, frustracja. Chleb powszedni Polaka...

Weźmy przypadek z życia: znajomy po dobrych studiach, inteligentny i zdolny, który w normalnych warunkach zrobiłby pewnie karierę, z braku możliwości znalezienia pracy zgodnej z wykształceniem wyjechał do Australii. Teraz nosi talerze miejscowym homoseksualistom i wykonując tę zaszczytną pracę w niepełnym, delikatnie mówiąc, wymiarze godzin żyje sobie wygodniej niż większość tych, co zostali. Doprawdy wspaniały cel w życiu. To po to go matka rodziła?

Z Polski wyjechali wcześniej jego dwaj starsi bracia, koledzy z podwórka i z klasy. Większość dawno zrezygnowała z młodzieńczych ambicji, czy choćby próby przyzwoitego urządzenia się tutaj, na rzecz względnej wygody życia na Zachodzie. Tak pewnie jest dla nich lepiej, ale czy nie jest to marnowanie talentów, które mogłyby przecież dobrze służyć Polsce?

Tego właśnie doświadczyło moje pokolenie, i jeśli dzisiaj jest już trochę lepiej, to tylko i wyłącznie dlatego że miliony tych "niepotrzebnych" Polsce ludzi musiały stąd uciekać - i trochę się luźniej zrobiło.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

Tutejszy.

Ostatnie notki

Obserwowane blogi

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • Ja nie lubię, ten jego kult zawsze mnie irytował. Owczy pęd, festiwal debilizmu i hipokryzji,...
  • Amerykański pan każe, pisuarski murzyn robi...
  • Nic dodać, nic ująć.

Tematy w dziale Społeczeństwo