22 obserwujących
180 notek
309k odsłon
2511 odsłon

Kiedy myślę: „molestowanie”

Wykop Skomentuj96

 Czy abp. Józef Michalik powinien spotkać się z Agatą Baraniecką – Kłos? Tak, i to jak najszybciej! To spotkanie pozwoli wreszcie zakończyć bezprecedensową nagonkę na Kościół, a jednocześnie zamknąć wstydliwy rozdział z dziejów hierarchii kościelnej. W obecnej sytuacji nie pomogą kolejne homilie, konferencje, moralizowanie, tłumaczenie i wszelkie inne słowa. Tym bardziej, że po lapsusie językowym wszystko, co powie abp. Michalik będzie użyte przeciw niemu. Tu potrzebne jest konkretne działanie. Trzeba jak Papież wrócić do korzeni biblijnych, zacząć dialog z ofiarami, a nie mediami i jak nawrócony celnik zrobić wszystko, aby im zadośćuczynić wszelkie wcześniejsze czyny, słowa i zaniedbania. Dopiero to zamknie usta żądnym krwi krytykom. Dobre instrukcje są potrzebne na przyszłość i dobrze, że powstają. Ale one same nie wystarczą.

 

Dla osoby obserwującej scenę polityczno – medialną w Polsce (zwłaszcza jeśli osoba ta ma choć trochę dystansu do obecnych władz państwowych) nie jest żadną tajemnicą to, że ostatnie zamieszanie wokół tematu pedofilii w kościele przyjęło formę nagonki, której cele są jasne: osłabienie autorytetu kościoła, promocja postaw antyklerykalnych, doraźne odwrócenie uwagi od referendum w Warszawie (oczywiście przed referendum – po nim to jego wyniki i komentarze stały się tematem nr 1). Wśród celów tych trudno szukać jakichkolwiek pobudek altruistycznych: troski o bezpieczeństwo dzieci i komfort psychiczny ofiar. Piszę te kategoryczne słowa, bo wiem co czują ofiary niegodziwych zachowań seksualnych księży – jestem jedną z nich. Jednak w imieniu ofiar muszę napisać także inne gorzkie i kategoryczne słowa: kościół w Polsce sam się o to prosił.

 

Grzechy księży i kryjących ich hierarchów wołają o pomstę do nieba

 

Zalecenia Papieża były bez zarzutu. Jan Paweł II bez owijania w bawełnę głosił, że kto w imię niewłaściwie rozumianego interesu Kościoła w jakikolwiek sposób ochrania księdza dopuszczającego się przestępstw seksualnych, ten staje w obronie zbrodniarza i jednocześnie krzywdzi jego ofiary. Niestety w ojczyźnie Ojca Świętego wielu hierarchów nie posłuchało Jego słów. Jako były katecheta pracujący niegdyś w parafii, której proboszcz - homoseksualista dopuścił się seksualnych nadużyć (także wobec nieletnich ministrantów) muszę z przykrością wyznać, że tego typu problemy były rozwiązywane w sposób wyjątkowo niegodny: rodzinom skrzywdzonych dzieci wypłacano pieniądze, dorosłym, którzy mieli nieszczęście wpaść w oko zboczonemu proboszczowi łamano kariery i charaktery, a proboszcz dalej był sobie proboszczem jak gdyby nigdy nic. Dlaczego to robiono? Prawdopodobnie dlatego, aby nie potwierdzać zarzutów (najwięcej na temat prawdziwego lub rzekomego gwałtu na ministrancie pisał antyklerykalny tygodnik, który „obiektywizmem” i „bezstronnością” mógłby konkurować z „Gazetą Wyborczą”), nie sprowokować nagonki... i tak właśnie sprowokowano giganagonkę, której świadkami jesteśmy. Obowiązywała hipokryzja przejawiająca się nawet w specyficznym słownictwie. Do niewtajemniczonych mówiono się o „oszczerstwach” i „pomówieniach”. Z osobami, które (najczęściej wbrew swej woli, jako ofiary) odkryły tajemnicę podwójnego życia proboszcza nie rozmawiano o homoseksualizmie, pedofilii, zboczeniu, dewiacji, czy nawet „kochaniu inaczej” (eufemizm, ale za to modny i „poprawny politycznie”), tylko o „słabości”, „problemie” proboszcza. Tam, gdzie powinny paść słowa „molestowanie seksualne” używano słowa „umizgi”. Natomiast gdy któraś z ofiar (konkretnie: ja) chcąc obronić swoje dobre imię włączyła dyktafon i udowodniła hipokrytom w kurii jak świątobliwy proboszcz okłamuje wszystkich, z nimi włącznie, a nawet wprost sobie z nich drwi, wtedy dopiero padały mocne słowa typu „ubeckie metody” - oczywiście pod adresem ofiary. Co najgorsze, usłyszałem te słowa z ust kapłana, który znał moje bezkompromisowe i bezinteresowne zaangażowanie w służbę kościołowi od najmłodszych lat! Gdy dziś spoglądam na tę sprawę z dużego dystansu, to muszę przyznać, że w moim przypadku sam fakt przekroczenia przez zboczeńca w sutannie granicy dopuszczalnej w kontakcie z osobą w której się nie jest w bliskiej relacji nie był najgorszy (choć wtedy zaskakiwało mnie, że głupia, pogłaskana noga może godzinami piec jak poparzona). Bardziej bolało to, że kapłan najpierw nadużył mojego zaufania, podszedł mnie w sposób podstępny udając miłego, zaszczutego staruszka, próbował wciągnąć w grzeszną relację, a gdy odpowiedziałem dezaprobatą, wówczas zaczął zachowywać się jak przestępca wobec niewygodnego świadka, wykorzystując przy tym moją zależność służbową. Jeszcze bardziej bolało to, że osoby odpowiedzialne za katechizację dzieci w diecezji zamiast udzielić mi pomocy potraktowały mnie w ten sam sposób. Co najgorsze wiedzieli, że w parafii dzieje się źle, i dotyczyło to nie tylko seksualnych ekscesów proboszcza. Wiem o sprawie wyjątkowo poważnej, jednak o niej gotów jestem porozmawiać wyłącznie z Przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski – nie chcę wykorzystywać ludzkiej tragedii do robienia sensacji.

Wykop Skomentuj96
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo