31 obserwujących
226 notek
418k odsłon
2373 odsłony

Co mnie martwi w zapowiedzi podwyżki najniższego wynagrodzenia?

Wykop Skomentuj137

Teoretycznie należę do grupy, którą zapowiedź podwyżki płacy minimalnej o 78% (z 2250 do 4000 PLN) powinna bardzo zmartwić. Dlaczego? Ponieważ zarabiam nie najniższą krajową, ale powyżej średniej krajowej. Jest raczej mało prawdopodobne, aby firma, w której pracuję podniosła mi pensję o prawie 80%. Oznacza to, że relacja mojej pensji do minimalnej płacy w Polsce znacząco się obniży. Ale nie to mnie martwi najbardziej. Więc co? 

Nie martwią mnie kasandryczne zapowiedzi gwałtownego wzrostu bezrobocia, wypychania pracowników do szarej strefy i na pseudo-samozatrudnienie. Jak to wyjaśniłem w dwóch poprzednich artykułach* takie zapowiedzi już się pojawiały zarówno w okolicach roku 2005, gdy Gilowska zaostrzyła na korzyść pracownika prawo pracy i politykę fiskalną, jak i w roku 2015 po zapowiedziach programu "Rodzina 500+". Według tych zapowiedzi po zaostrzeniu prawa pracy rynek pracy miał się zawalić, bezrobocie wystrzelić do niespotykanych rozmiarów, szara strefa rozrosnąć i skryminalizować, budżet zbankrutować, a gospodarka runąć. Podobnie po wprowadzeniu programu "Rodzina 500+" miała nas czekać druga Grecja, budżet miał zbankrutować, a rząd miał zaciągnąć ogromne kredyty, które w przyszłości miały spłacać biedne dzieci strasznie skrzywdzone kwotą 500 PLN przelewaną co miesiąc na konto rodziców. Rzeczywisty efekt zaostrzenia prawa pracy (podobnie jak w przypadku 500+) pozytywnie zaskoczył kasandry - bezrobocie gwałtownie spadło, gospodarka się umocniła (w roku 2007 mieliśmy rekordowy wzrost PKB rzędu 7%), deficyt budżetowy pierwszy raz w historii zszedł poniżej 3% PKB, dzięki czemu można było obniżyć opodatkowanie pracy (zmniejszenie składki ZUS), a nawet odłożono na przyszły rok (z 2007 na 2008) pewną rezerwę na wypadek gdyby obniżone składki ZUS okazały się niewystarczające. Dlatego wszelkie straszenie ogromnym wzrostem bezrobocia wkładam między bajki, bo jeśli ktoś dwa razy w podobnym przypadku tak bardzo rozminął się w prognozach z rzeczywistością, to tym razem prawdopodobnie jest podobnie. Oprócz tego w ostatnich latach (tak się "dziwnie" złożyło, ze to były lata rządów PiS) rynek pracy przekształcił nam się z rynku pracodawcy w rynek pracownika. Bezrobocie jest rekordowo niskie (już zeszło w okolice 5%, a przypomnę że za Millera wynosiło 20% za Tuska znów prawie dobiło do 15%) i wiele firm ma problem ze znalezieniem chętnych do pracy, więc jeśli nawet bezrobocie trochę podskoczy, to nie będzie to tragedią i zostanie szybko zneutralizowane przez rząd - choćby obniżeniem składek ZUS po stronie pracodawcy (tłumaczyłem to w poprzednim artykule - rząd PiS jest uzależniony od najbiedniejszej części elektoratu i nie może sobie pozwolić na gwałtowny wzrost bezrobocia, bo to byłby jego koniec). Podobnie z wypychaniem pracowników do "szarej strefy" - to właśnie PiS najskuteczniej ten proceder likwiduje, a pomaga mu w tym paradoksalnie... jego zła opinia "ziobrystów - zamordystów" (chyba nie muszę nikomu tłumaczyć jak to się przekłada na chęć do łamania prawa). Więc jeszcze raz powtórzę, że żadna z tych przepowiedni nie budzi najmniejszego mojego niepokoju. 

Martwi mnie w pewnym stopniu nieuchronna inflacja. Takie jest prawo rynku, że wzrost podaży pieniądza (wyższe płace) pociąga za sobą rozluźnienie konkurencji na rynku (czyli w rezultacie wzrost cen - producenci i pośrednicy przy rosnących pensjach mogą je podnosić, bo wiedzą, że i tak sprzedadzą towar). Jest także drugi mechanizm sprzężenia powodującego wzrost inflacji pod wpływem wzrostu płac - to przerzucanie rosnących kosztów pracy na ceny towarów i usług. Oczywiście obydwa te mechanizmy zsumują się podnosząc inflację, ale z pewnością jak zawsze rynek będzie próbował zminimalizować przyczynę naruszającą równowagę (zawsze tak jest, nie tylko w ekonomii - także w procesach chemicznych, fizycznych, biologicznych...), więc jeśli płaca minimalna będzie rosła rocznie o 15%, to inflacja rok do roku powinna osiągnąć pułap 5%, no może incydentalnie w którymś roku 10%. Czyli nie będzie tragedii. Płace ulegną chwilowemu spłaszczeniu (czyli konkretnie ja chwilowo mogę stracić i znaleźć się na poziomie średniej krajowej lub lekko poniżej), ale i tak będą musiały po pewnym czasie odbić (ze względu na konkurencję między firmami w pozyskiwaniu specjalistów). W dodatku, kiedy przeliczy się polskie płace (zwłaszcza tę minimalną) na Euro i porówna z zarobkami mieszkańców zachodu, a nawet wschodu UE (choćby Czech), to człowiek nie wie czy śmiać się czy płakać (z siłą nabywczą już jest dużo lepiej, bo dzięki relatywnie niskim cenom przegoniliśmy pod tym względem Grecję, Portugalię i biedniejsze rejony Włoch... nie mniej więcej krajów jest przed nami niż za nami). Więc inflacja niewątpliwie będzie, bo musi być i to mnie martwi, ale nie tak bardzo. 

Wykop Skomentuj137
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka