Bazgroły grafomana
Pogański kraj, pogańskie obyczaje
2 obserwujących
3 notki
4516 odsłon
  689   0

Dalsze losy Czterech Pancernych cz.I.- Janek i Marusia

Jan Kos po ślubie z radziecką sanitariuszką Marusią wyjechał do ojca do Gdańska. Janek nie wyobrażał sobie przyszłości bez wojska. Jako bohater wojenny bez problemów dostał się do szkoły wojsk pancernych. Marusia zamieszkała u teścia, który został urzędnikiem w Urzędzie Wojewódzkim w Gdańsku.

   Czekając na powrót męża ze szkoły oficerskiej, Marusia podjęła pracę jako pielęgniarka w szpitalu wojskowym w Gdyni. Jankowi wróżono wielką karierę w wojsku i Marusia już widziała siebie jako polską panią generałową. Los chciał jednak inaczej. Gdzieś na początku 1950 roku niespodziewanie aresztowano starego Kosa, ojca Janka. Jak pamiętamy z filmu, był on przed wojną mieszkańcem Wolnego Miasta Gdańska, potem więzili go Niemcy, miał jakieś bliżej nie określone powiązania z ruchem oporu na Pomorzu. Słowem: człowiek niepewny. Starego Kosa oskarżono o współpracę z hitlerowcami (wiadomo: Wolne Miasto Gdańsk), powiązania z II Oddziałem Sztabu Generalnego, czyli z sanacyjnym wywiadem (Komisariat RP w WMG), a wreszcie o współpracę z brytyjskim wywiadem morskim i o sabotaże na Wybrzeżu Gdańskim. Jak było naprawdę, archiwa milczą. Stary Kos procesu nie doczekał i zmarł w więzieniu w Sztumie.

   Aresztowanie Kosa seniora było końcem kariery Janka. Z ostatniego roku szkoły oficerskiej, wprost z zajęć politycznych, aresztowała go Informacja Wojskowa. Jako syn zdrajcy, wroga klasowego, szpiega i sabotażysty nie miał czego szukać w Ludowym Wojsku Polskim. Długo go nie trzymali, wyszedł po roku z odbitymi nerkami i złamanym życiorysem. Najgorsze czekało na niego jednak w domu. Tam zastał kartkę napisaną przez żonę Marusię. Jak pamiętamy, Marusia była Rosjanką, obywatelką ZSRR. Na wracającego z aresztu Janka czekała kartka napisana nieporadnie w polsko-rosyjskim języku:

“Janek, ja komunistka, ja Ruskaja, moj atiec eto Stalin, twoj atiec eto szpion. Wy reakcyjnaja swołocz, ja nie chaczu tieba. Ja jedu w Sowieckij Sojuz. Z mojej ambasady ty dostaniesz papiery rozwodowe. Ty mnie nie szukaj. Ja tiebia nie lubliu.

Marusia”.

   Po kilku miesiącach przyszły dokumenty rozwodowe. Przez następne lata Janek biedował i znowu, jak w czasie wojny, szukał ojca. Tym razem już go nie znalazł. Starzy znajomi z czasów wojny albo też siedzieli w kryminale, albo odwrócili się od niego jak od zadżumionego. Janek nie miał żadnego wykształcenia, nie miał zawodu, pracował więc jako niewykwalifikowany. Po 1956 roku i rehabilitacji ojca (pośmiertnej) skończył jakieś szkoły zaocznie.

   Marusia Kos, de domo Aganiok. Na polecenie sowieckiej ambasady odcięła się od swojego męża i teścia i wróciła do ZSRR. Tam rozwiodła się z Jankiem. Pracowała jakiś czas w szpitalu w Nowosybirsku, wyszła za mąż za oficera wojsk rakietowych, miała z nim syna i rozwiodła się. Drugi raz wyszła za mąż, za lotnika, który zginął nad Koreą. Owdowiała i nadal piękna, zajęła się wychowywaniem synów po rakietowcu i lotniku. Nigdy już nie była w Polsce.

   Kos podjął pracę w stoczni gdyńskiej, nie ożenił się drugi raz. Mieszkał w Gdańsku, w małym pokoiku na poddaszu, którego całe umeblowanie stanowiła metalowe łóżko, stół, krzesło i stojak z miednicą. Prawie jak w więzieniu z tą różnicą, że wychodek był na podwórzu. Nie miał kolegów, przyjaciół czy znajomych. Wolny czas spędzał nie wychylając nosa ze swojej klitki. Jadł pasztetową i pił bimber, w który zaopatrywał się u dozorcy domu. Gdy wybuchła rewolta robotnicza w grudniu 1970 roku Janek siedział w domu i słuchał radia. Słyszał o strajku, ale postanowił się nie przyłączać, nie mieszać. Dobrze pamiętał surową rękę sprawiedliwości ludowej i z wszelką cenę nie chciał wracać do więzienia. Kiedy usłyszał komunikat w radio, w którym władza wzywała robotników do przerwania strajku nie wahał się ani chwili. Postanowił jechać do stoczni i przystąpić do pracy. Kanapki z cebulą zawinięte w gazetę i butelkę gorzkiej herbaty włożył do chlebaka i wsiadł do kolejki. Pociąg był napchany do granic możliwości. Gdy wysiadł na peronie w Gdyni zobaczył, że ulica zablokowana jest przez czołgi i żołnierzy z bronią gotową do strzału. Zamarł ze strachu i chciał wracać. Jednak na stacje wjeżdżały kolejne pociągi, z których wylewał się ludzki tłum popychając Janka do przodu. I wtedy żołnierze otworzyli ogień. Pierwsza kula ugodził Janka prosto w serce. Upadł i zalał się krwią. Robotnicy podnieśli Janka, położyli na drzwiach. Uformował się pochód na czele, którego niesiono zakrwawione zwłoki Janka i pomazane krwią flagi narodowe. Wiele lat później ktoś nawet napisał piosenkę, której tytuł powinien brzmieć „ Janek Kos padł”. Ale to już inna historia. CDN


Lubię to! Skomentuj5 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura