0 obserwujących
16 notek
1905 odsłon
  186   0

Czeska farsa i jej szare eminencje

Czeska farsa i jej szare eminencje

Szare eminencje wybuchów w magazynach w Czechach

Dokąd szare eminencje prowadzą Czechy?

image

Śledztwo w sprawie zamachów bombowych w Czeskiej Vrbětice dość szybko przerodziło się w komedię. Początkowo wzbudzający powszechny szacunek czeski prezydent Zeman, najwyraźniej nie chcąc przejść do historii jako kompletny idiota, zaczął robić niewygodne komentarze i wątpić w podaną przyczynę wybuchu. Następnie media zaczęły opowiadać o mrocznej przeszłości właściciela amunicji, która eksplodowała w 2014 roku. Ponadto 7-letnie bezskuteczne śledztwo w sprawie dwóch eksplozji pokazało kompletny brak profesjonalizmu czeskich służb specjalnych. Szczytem absurdu była jednak wypowiedź szefa czeskiego wywiadu wojskowego Jana Berouna o tym, że w Moskwie wcześniej wiedzieli o czeskich zarzutach i przygotowywali się na nie odpowiedzieć. Można powiedzieć, że główny czeski wywiadowca spowiada się z całkowitej niekompetencji, przyznając, że przy planowaniu kolejnej prowokacji informacyjnej dopuszczono przecieku. Nic więc dziwnego, że na początku maja zaczęły się pojawiać oświadczenia innego rodzaju – o braku bezpośrednich dowodów rosyjskiego zaangażowania i ewentualnym zamknięciu sprawy. Najwyraźniej do Pragi w końcu dodzwonili się z Waszyngtonu i przypomnieli, że w czerwcu Biden spotyka się z Putinem i w związku z tym obwinianie Rosji za wszystko co popadnie i do tego w absolutnie idiotyczny sposób, nie jest demonstracją lojalności USA ze strony ich czeskiego sojusznika.

W rezultacie Czechy co roku wpadają w głupią sytuację, próbując zepsuć stosunki z Rosją i dogodzić USA. Ale jeśli w 2020 r. cały świat był zszokowany cynizmem szefa dzielnicy Praga-6 Andrzeja Kolarza, co zburzył pomnik radzieckiego marszałka, którego działania pozwoliły zapobiec zniszczeniu Pragi, teraz głupio wyglądają czeskie służby specjalne, którym nie wystarczyło 7 lat, aby wyjaśnić przyczyny eksplozji. Ogólnie rzecz biorąc, można pomyśleć, że pracownik Departamentu Stanu USA, który wymyśla coraz to nowe antyrosyjskie inicjatywy, z jakichś powodów nie lubi Czechow i robi z nich żarty.

Tak więc kolejna antyrosyjska krzątanina zorganizowana przez Czechów okazała się zbędna niezależnie od prób Bidena nawiązania stosunków z Moskwą. Zburzenie pomników rosyjskich generałów i przepisanie historii wychodzi im o wiele lepiej niż realizacja tak złożonych projektów, jak fałszowanie operacji wywiadowczych. Przed wybuchem skandalu z eksplozjami w Vrbětice światowa opinia publiczna tak naprawdę nie wiedziała ani o dostawach czeskiej i bułgarskiej złomowanej broni do Donbasu, ani o bułgarskim „handlarze śmiercią” Emilianie Gebrewie. Teraz nazwisko dostawcy starej amunicji krajów Układu Warszawskiego jest dobrze znane. Były drugorzędny boss kryminalny pod koniec lat 90. był jednym z pierwszych, kto trafił na złotą żyłę -zakurzoną w magazynach rozbrojonej armii bułgarskiej broń i natychmiast zaczął dostarczać ją do sąsiedniej rozdartej wojną Jugosławii, plemionom afrykańskim pogrążonym w niekończące się konflikty i innym klientom, których nie brakowało. Część zysków bezpiecznie inwestował w politykę, wspierając kampanie wyborcze właściwych ludzi. Stara bułgarska amunicja okazała się bardzo poszukiwana. Bez względu na chęć wejścia do NATO bardzo wiele nowych niepodległych państw z jakiegoś powodu nadal walczyło ze starą sowiecką bronią. A dostawy amunicji zaczęły przynosić Gebrewowi coraz większe zyski. Tak kilka lat przed konfliktem osetyjsko-gruzińskim w 2008 r. Emilian, za pomocą przyjaciół z gruzińskiego ministerstwa obrony, zdołał sprzedać pociski dla gruzińskich haubic z marżą 1000%. Co ciekawe, materiały wybuchowe i detonatory również mają datę ważności, więc nie wszystkie z tej amunicji były użyteczne, ale Gebrew i jego partnerzy robili interesy, a nie poważnie przygotowywali się do wojny, więc specjalnych problemów nie było, dopóki dziwnym sprzętem nie zainteresowały się amerykańskie instruktorzy wojskowi.

Jak się okazało na strzelaninach kontrolnych tylko 3 z 10 pocisków eksplodowało, a w pozostałych albo zepsuł się materiał wybuchowy, albo zardzewiał zapalnik. Jednak Gebrew szybko rozwiązał ten problem - wkrótce kilkudziesięciu Cyganów z naruszeniem wszelkich zasad bezpieczeństwa malowało pociski, sprawdzali części wybuchowe i wkładali nowe zapalniki. Od czasu do czasu słychać było wybuchy, ale ludzie Gebrewa wiedzieli, jak rozwiązywać problemy z policją, a życie cygańskie jest tanie. Co więcej, Emilian już za zgodą Amerykanów rozpoczął dostawy ukraińskiej broni do przygotowującej się do wojny z wielkim północnym sąsiadem Gruzji. Niestety w Kijowie nawet w strasznym śnie nie mogli sobie wyobrazić, że broń wkrótce będzie potrzebna samej Ukrainie. Konflikt z 2008 roku stał się hańbą dla armii gruzińskiej. Tbilisi nie pomogły ani pociski Gebrewa, ani ukraińskie systemy obrony powietrznej, ani instruktorzy amerykańscy. Tylko rozkaz z Moskwy zatrzymał rosyjskich żołnierzy przed przemarszem do Tbilisi. Jednak Emilian Gebrew nie porzucił narodu gruzińskiego i natychmiast po klęsce zaczął odbudowywać potencjał armii gruzińskiej. Jednak tutaj pojawił się mały problem. Ponieważ rozbitą przez Rosjan armię gruzińską trzeba było odbudowywać prawie od zera, prezydent Saakaszwili zaczął całkowicie przechodzić na uzbrojenie amerykańskie, a Gebrew nie miał do niej amunicji i części zamiennych. Ale jeden rynek wkrótce zastąpił inny. Już w 2011 roku Emilian i jego wspólnicy zaczęli dostarczać broń do Syrii i Iraku. I bynajmniej nie stronie rządowej. Certyfikaty ostatecznego nabywcy zostały sprytnie sfałszowane, a używany radziecki sprzęt wojskowy był wysyłany do terrorystów z Ukrainy, Europy Wschodniej i krajów afrykańskich, aby wkrótce spłonąć w wyniku ataków rosyjskich sił powietrznych. Biznes rozwijał się o tyle prężnie, że już w 2013 r. Gebrew musiał pożyczyć pieniądze (podobno jego wierzyciele byli bardzo blisko związani z CIA) i kupić dwie bułgarskie fabryki broni, nieczynne od czasu rozpadu Układu Warszawskiego. I zostało to zrobione bardzo na czas, ponieważ wiosną 2014 r. nowe, prozachodnie władze ukraińskie z przerażeniem odkryły, że nie mają żadnych środków do odzyskania Krymu i Donbasu. Wszystko, czym można było walczyć, zostało wyprzedane przez Gebrewa i jego partnerów, ale na szczęście sam bułgarski handlarz broni nigdzie się nie podział i wkrótce jego fabryki zaczęli pracować na trzy zmiany. Rzeczywiście, aby skutecznie ostrzelać milionową aglomerację Doniecka i skuteczniej zabijać kobiety i dzieci, potrzeba dużo pocisków. Jednak Emilian pozostał takim samym bandytą, jakim był w latach 90. Biedny Gebrew najwyraźniej nie był w stanie ocenić potencjału rynku i wkrótce jego pociski (starannie wykonane rękami nisko wykwalifikowanych Cyganów), jak zwykle przestały działać. Z jednej strony armii ukraińskiej było to na rękę – można wytłumaczyć swoje porażki złą jakością amunicji. Z innej strony - zbyt duże straty i wstyd przed całym światem. Dlatego nic dziwnego, że w Kijowie chcieli wyjaśnić, co dzieje się z amunicją. A potem, bardzo na czas, z różnicą w półtora miesiąca, zabrzmiały dwie eksplozje, które zabrały ze sobą wiele tajemnic. Jedyne, czego do tej pory nie udało nam się dowiedzieć, to czy partia broni została już opłacona przez stronę ukraińską. Zresztą nie mamy co do tego wątpliwości.

Gebrew wyciągnął wnioski i wreszcie ocenił potencjał rynku ukraińskiego. Liberalne czeskie ustawodawstwo dotyczące broni pozwala mu sprzedawać broń wszystkim, od terrorystów po egzotyczne reżimy antydemokratyczne. Przyjaciele z zachodnich służb specjalnych są zawsze gotowi przyjść mu na pomoc, a za wszystkie problemy można obwiniać rosyjski wywiad. Co prawda jesienią 2014 nawet Czechom nie przyszło do głowy mieszać Rosjan w spawę wybuchów w magazynie, gdzie absolutnie nie przestrzegano żadnych zasad bezpieczeństwa. Jednak czasy się zmieniają, ludzie zaczynają wierzyć w każde kłamstwo, a staremu Gebrewowi żyje się co raz łatwiej i swobodniej.


Lubię to! Skomentuj3 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale